Dark side of the moon The Wall Wish You Were Here Achtung Baby HTDAAB Led Zeppelin Led Zeppelin Led Zeppelin Led Zeppelin Use Your Illusion I Use Your Illusion II Coma Dżem Nowoczesne przeglądarki
Blog > Komentarze do wpisu

Summer Wine - Tarantinonalia

Kapłani Voodoo wiedzą że istnieją co najmniej dwa sposoby na zrobienie z człowieka zombie. Na mazurach wybraliśmy ten łatwiejszy.

Wąska uliczka na Ochocie. Skwarne piątkowe popołudnie. Wsiadamy do Dodga Chargera 440. Nim Ola zdąży wrzucić dwójkę, rozlega się dźwięk otwieranego piwa. Po przebiciu się do Legionowa, zatrzymujemy się w Macu na obiad. W czasie konsumpcji posiłku, słyszymy panią, mówiącą do swojego dziecka: "Nie zwracaj na nich, uwagi. Oni są pijani." Nieprawda. Wtedy nie byliśmy pijani. Jeszcze... Trzeba nas było zobaczyć następnego dnia.

Dygresja. Relacja ta jest nieco chaotyczna, bo złożona z moich przebłysków i relacji osób trzecich. Nawet jeśli jakieś szczegóły są rozmyte to myślę, że uda mi się naszkicować obraz wyjazdu.

W tym miejscu chciałbym podziękować Oli za bezpieczne przewiezienie nas tam i z powrotem. Cud że wytrzymała z nami całą drogę. Trzeba mieć wiele cierpliwości, by wytrzymać z rozochoconą czwórka pasażerów, przekrzykującą się bez ustanku. Podróż upłynęła nam pod hasłem: "Piłeś kiedyś w (tu wstaw nazwę miejscowości, przez którą aktualnie przejeżdżamy)?" Zawsze się okazywało, że nigdy w danym miejscu nie piliśmy, co oczywiście skutkowało toastem.

Zakupy zrobiliśmy w rodzinnym mieście Prima, który zareklamował je najlepiej jak mógł: "W Przasnyszu są trzy kebaby." Poza bochenkiem chleba i kilogramem kiełbasy, nikt nie pomyślał by kupić coś więcej. Oczywiście poza wózkiem piwa i kilkoma poweraidami na ranek. Ja miałem wielką ochotę na wino, więc kupiłem cztery butelki.

Tuż przed zmrokiem docieramy nad jezioro. Jest las, jest domek, jest pomost, jest fajnie. Zaczyna padać - mniej fajnie. Ale butelki idą w ruch, rozgrzewają, robi się przyjemnie. Jesteśmy głodni, ale zbyt leniwi, żeby rozpalić ognisko, zwłaszcza że robi się ciemno i nie widać, gdzie jest drewno. Kiełbaski lądują na patelni. Przyjeżdżają dziewczyny, trochę zdziwione, trochę zdegustowane. Tekst: "A niedawno, chłopaki z WAT'u nie mieli problemu z rozpaleniem ogniska.." działa na ambicję i zabieramy się do pracy i rzeczywiście po dłuższym czasie i nam się udaje rozniecić ogień.

Prim zabiera mnie i Rufjana na spacer po lesie. Biorą po piwie, ja zaś w jedną rękę chwytam butelkę wina, a w drugą szklaneczkę. I idę z nimi przez ciemny las, na przemian to ją uzupełniając, to ją opróżniając. W pewnym momencie znika nam Prim, po czym wyskakuje z krzaków, by nas wystraszyć. Wpadamy na pomysł świetnej zabawy. Świetnej wtedy, z perspektywy czasu wydaje mi się to nieco idiotyczne. Zadzwonimy do Cyca, powiemy mu, że zgubiliśmy się w lesie i będziemy udawać, że to Blair Witch Project i ściga nas jakaś wiedźma. Dzwonimy, mówimy, że się boimy, jest strasznie i zaraz umrzemy (nie omieszkając dodać hasła: "I see dead people."). Cyc jednak osiągnął w tym samym czasie wyższy stopień świadomości. Z bełkotu łatwo się domyślić, że jest niesamowicie pijany. Jedyne co nam się udaje zrozumieć z tej rozmowy to Cycowe: "Jak nie masz pieniędzy, to nie dzwoń." Czysta abstrakcja.

Idziemy przez las. Jest ciemno. Trochę wina rozlewam, ale więcej wypijam. Co chwilę atakują nas jakieś gałęzie, strzygły i inne paskudztwa. Przedzieramy się jednak dzielnie, by po kilku kilometrach dojść do jakiegoś jeziora. Jest ślicznie. Księżyc świeci, a my w trójkę siadamy na jakichś resztkach wieżyczki ratownika i sącząc trunki delektujemy się pięknem Polskich mazur.

Wracamy do domku. Wypijam trzecią butelkę, śpiewając "Too drunk to fuck". Coś w tym jest. Wino jest pyszne. Dziewczyny mówią, że czekają na wschód słońca. Ja mówię, że też chcę. Nie wiem w jaki sposób Kasia doprowadza mnie na fotel, stojący na tarasie, przykrywa kocem i mówi, żebym chwilkę odpoczął i że mnie za godzinkę obudzi, a potem poczekamy na wschód słońca. Mówię, że super, tylko, żeby mnie obudziła, bo nie chcę spędzić nocy na dworze.

Budzę się. Czuję, że ktoś wlał mi do pęcherza pięciolitrowy baniak wody. Jest zimno. Jest bardzo zimno. Piździ jak w Suwałkach. Otwieram oczy, jest widno. Rozglądam się, jestem wciąż na tarasie. Weź tu zaufaj kobiecie. Pędzę do ubikacji, a potem drżąc z zimna wskakuje do łóżka, w którym śpi Ruflord. Mieliśmy spać razem, tylko, że on uszczęśliwiony, że padłem na zewnątrz delektował się łóżkiem w samotności. Co więcej, wyglądał nawet w nocy przez okno, czy śpię jeszcze i czy nie wtargnę do jego słodkiego azylu. No i, aż do rana nie wtargnąłem.

Sobota rano. Trochę pijani wstajemy i dochodzimy do wniosku, że nie ma nic do jedzenia, więc jedziemy na zakupy do Szczytna. Raczymy się po kliniku, żeby przypadkiem nie wytrzeźwieć. W Szczytnie Ruflord udaje się na kebaba (wyjątkowo wielki), a potem idziemy na pizzę (wyjątkowo niedobra). Uraczeni kolejnym piwem, spostrzegamy zamek Szczytnieński Ten sam, do którego udał się Jurand ze Spychowa, by ratować swoją córkę, a podli Krzyżacy pokazali mu jakąś szkaradę, która się nadawała tylko do programu "Chcę być piękna".

W zamku tym jest muzeum. Za bilet, warty cztery złote można obejrzeć parę map, wypchane borsuki i lisy, kilka szaf, wiosło i jakieś wrzeciona. Zdecydowanie nie jest to najlepszy sposób spożytkowania tych pieniędzy. Już chyba lepiej udać się do muzeum kolejnictwa w Warszawie, choć to też nie jest mega ekscytująca atrakcja. A przepraszam. W Szczytnieńskim muzeum trafiamy na wystawę plakatu, nawet ciekawa, plakaty śmieszne. Na tyle, że przy jednym z nich wybucham śmiechem. A pani kustosz pyta się mnie co w tym takiego śmiesznego, więc jej tłumaczę. Nie bardzo rozumie. Rozmawiamy sobie trochę. Oglądamy księgę gości, ona mi pokazuje w niej rysunki swojego kilkuletniego synka, ja zostawiam pamiątkowy wpis z adresem bloga. Pani kustosz namawia mnie do zwiedzenia wieży, jedyne dwa złote i porażający widok. Nie korzystamy.

Bar. Jakieś piwo, jedno, drugie, tańczę Madonnę. Chwila przebłysku, że się zaraz upiję i trzecie oddaję Buthowi, sam zamawiam colę. Jedziemy do sklepu, cztery wina, to dobry zakup na wieczór. Jedziemy do drugiego sklepu, bo nie wszystko można dostać w tym pierwszym. Na tablicy ogłoszeń zostawiamy swój ślad.

blogowe ogłoszenie

Nader radośni wracamy nad jezioro. Dziewczyny są mniej radosne. Okazało się, że pojechaliśmy na zakupy, a nie było nas pół dnia. Ok, gramy we frisbee, w siatkówkę, robi się radośnie. Pada pomysł gry w monopol. Gdzieś tak po dwóch godzinkach gry, dziewczyny (które z nami nie grają i są mniej radosne), uznają, że nie da rady się z nami dziś pobawić i jadą do Szczytna. Po kolejnych paru godzinach wypełnionych targami, których by się nie powstydził sam Warren Buffett, gdy kończymy grać, zaczyna się finał.

Wstaje Rufjan. I nagle okazuje się, że jest pijany. Szacunki wskazują na jakieś dziesięć piw, ale są to dość mgliste szacunki. Ze mną i resztą uczestników nie jest lepiej. Rufjan bierze piwo i idzie na spacer. Ja biorę wino i idę z nim. A za nami idzie Ola pilnować, żeby nam się nic nie stało. Podążamy wczorajszą ścieżką. Kilka kilometrów nocą, okazuje się kilkuset metrami za dnia. Gdzieś tam Rufjan prawie spada ze skarpy, próbując się wysikać, gdzieś tam jestem ja, który idę z pustą butelką po winie na głowie. W pewnym momencie w lesie, mijamy Prima, który bezwiednie idzie gdzieś tam. Powstrzymujemy go i wspólnie wracamy do domku.

Tu już skwierczy ognisko, dziewczyny wróciły. Prim bełkocze, że idzie pływać. Reakcja w stylu: "Ocipiałeś?" nie robi na nim wrażenia, pędzi na pomost, dziewczyny próbują go powstrzymać, wskakuje do wody. Buth idzie w jego ślady. Cudem się nie topią, wracają do domku i chyba idą spać, bo ich pod koniec imprezy nie pamiętam.

Pada kolejne wino, jest ognisko na całego. Wiem, że robię Rufjanowi kiełbaskę, on mówi, że to najlepsza kiełbaska, jaką jadł w życiu. Wiem, że rozpijam młodszą siostrę Kingi, kończąc z nią czwartą butelkę. Przy ognisku robi się pusto, wino mi się kończy, Rufjan mówi, że w lodówce powinny jeszcze być jakieś piwa Ruflorda, ale każe mi iść, bo on był przed chwilą ludzi pobudził i było niesympatycznie. Zakradam się niczym ninja do lodówki i biorę dwa piwa. Tu mnie rusza sumienie, więc budzę Ruflorda i mówię, że ja od niego piwo pożyczę, na co słyszę, że to bardzo głupi pomysł, bo jak wypiję to się na niego zrzygam. Ślubuję, że na niego nie zwymiotuję i odchodzę z piwami w ręce.

Końcowa solówka wygląda mniej więcej tak, że przy dogasającym ognisku siedzą Kinga z Anią i obserwują nasz popis. Śpiewam (drę się) z Rufjanem, kto głośniej, robię fikołki na trawie, tańczę przy ognisku, a wszystko to wieńczę samoczyszczącym się, pełnym obscenicznych gestów tańcem, w ognisku, przy wtórze własnych wrzasków i trzech różowych słoni. Kurtyna. Brawa. Gwizdy.

Budzę się w łóżku z Ruflordem, czuję się wyśmienicie. Mam nogi, ręce, wszystko pod kontrolą. Byłoby cudownie, ale teraz docierają do mnie szczegóły. Dowiaduję się, że upiłem się z Rufjanem niesamowicie, że zrobiłem wstyd, że zasnąłem praktycznie na kolanach młodszej siostry Kingi, że Kasia odprowadziła mnie za ucho do łóżka, niczym uczniaka, że przed padnięciem do łóżka wykonałem śliczny podwójny piruet i że po raz pierwszy Ruflord słyszał, żeby ktoś śpiewał przez sen: "Jestem pijany Olo, la la la la."

I tak, miałem moralniaka. Normalnego kaca nie było, pomógł przepyszny żurek, power aidy i soczysta pizza w Szczytnie. Nie bolała mnie głowa, nie wymiotowałem, nie suszyło, ale było mi głupio. Głównie dlatego, że gdy tylko rano Kinga mnie zobaczyła, to wybuchnęła śmiechem, a mina Ani wyrażała dość wysoką dezaprobatę. Nie mówiąc o innych komentarzach. U Rufjana było niewiele lepiej. Wśród dziewczyn zaczęły krążyć pogłoski, że biegał po domku, jak go Pan Bóg stworzył. Coś w tym musiało być...

Pod prysznicem doszedłem do wniosku, że jestem alkoholikiem i że już zawsze nim będę. Postanowiłem nie pić. Wytrzymałem prawie cały sierpień - miesiąc trzeźwości. Ponad trzy tygodnie...

Na koniec dialog najlepiej podsumowujący wyjazd na mazury. Sprzątałem, a raczej próbowałem coś sprzątać, gdy ktoś, bodajże Ola powiedziała:

- Olo. I tak nie odkupisz swoich win.

- Jakich win? - Zapytałem.

- Czterech.

poniedziałek, 24 września 2007, tjeden

Polecane wpisy

  • Rzeczy, które robisz w Krakowie będąc na feriach

    Idąc brukowanymi uliczkami oglądasz starówkę, na którą właśnie spadł śnieg. W doborowym towarszystwie jesz lasagne ze szpinakiem w przeuroczej restauracyjce, k

  • Not Another Action Movie

    Tysiące okropnych rzeczy, gnało nas tego ranka. Dodge Nexia, mignął kierunkowskazem i wypadł na Ursynowskie ulice, zatłoczone niczym zlew po imprezie. Nie patrz

  • Baza Ludzi z Mgły

    Ze Slashem spotkałem się na dworcu kolejowym w Rzeszowie. Pociąg z Wrocławia przyjechał o bluźnierczej godzinie, czwartej nad ranem, z minutami. Pół godziny póź

Komentarze
Gość: Ola, *.wolomin.net
2007/09/25 00:15:09
Tjeden nie napisałeś, że byłeś szarmancki i szukając piwa w nocy zaszedłeś ucałować mnie w rękę, po czym "z gracją" przewróciłeś się na swój bagaż, stwierdziłeś, że to prawie jak seks i... hmmm wyfrunąłeś na dalsze poszukiwania :D
-
Gość: rufLord, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2007/09/25 00:47:19
O człowieku...strach i groza.

Dorzucę kilka wspomnień.

Wspomnienie 1. Przasnysz. Wyjeżdżamy z wózkiem na którym jest nie wiem ile piw. Ze trzydzieści? Pakujemy to do chargera. Ledwie się mieści i nagle z radością zauważam - galang, to do środka resztę!

Wspomnienie 2. Jakiś las w drodze do TAM. Po wypiciu piwa numer fafnaście prośba o małą toaletę. Łazienka miała kafelki w kształcie krzaczków i drzewek. I lasem pachnniało. Gdy zrobiłem siusiu usłyszałem dźwięk od którego natychmiast mi podnosi głowę. MiG 29 leciał. I to był znak od Dża...

Wspomnienie 3. To było już w Szczytnie, dnia drugiego. Zakupiłem kebab wielkości głowy słonia. Zapłaciłem za niego chyba z 10 PLN i zanim odebrałem obraziłem Panią mówiąc - to jest najdroższy kebab ziemi. Teraz wiem, że jest tez największy. Staram się już nie obrażać w kebabach...
Acha, Tjeden i Rufi dojedli kebab i też ledwie im weszło.

Wspomnienie 4. Przegrałem w monopol.

Wspomnienie 5. W życiu nie słyszałem śpiewania przez sen. A Tjeden odśpiewał pieśń.

Wspomnienie 6. Dnia następnego widziałem jak w ciągu 2 minut człowieka dopada kac. Tjeden wstał radosny i wesoły, ale tylko dlatego że kac go szukał. Znalazł go przy stoliku i obszedł się z nim strasznie. Wszedł potylicą a wyszedł czołem. I tak właśnie Tjeden wyglądał w drodze do domu, siedząc na tylnym siedzeniu chargera z miną mówiącą - ale sie narobiło...

Zło! :-)
-
Gość: rufjan, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2007/09/25 07:02:01
A ja nadal uwazam, ze zabawa byla przednia! Jakos tak jest z tymi wyjazdami, ze czlowiek hamulcow zadnych nie ma. Ja chcialbym podziekowac Oli za to, ze widzac mnie w stanie upodlenia nie krzyczala..., a mogla zabic. :)
-
Gość: cyc, *.acn.waw.pl
2007/09/25 07:51:21
Dementuje jakobym miał być pijany, kiedyście do mnie z lasu dzwonili. To są niczym nie podparte oszczerstwa!
-
tjeden
2007/09/25 10:56:25
Komentarze niezbędnym uzupełnieniem notki. :)

@ Ola
Nie wypada mi się chwalić. ;)

@Ruflord
Wszystko prawda.

@Rufjan
To nie było tak, że hamulce niektórym puściły, one zostały w domu.

@Cyc
Bredzisz, jako i wtedy bredziłeś. ;)
-
Gość: rufjan, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2007/09/26 07:33:05
ja w sumie, nie wiem, czy cyc wtedy bredzil, czy po prostu kiepsko probkowal, jego wypowiedz wygladala tak "dfsgsdfg sdfgsdgsdfg sgdfgsdfgsdf sdfgsdfgsdfsgdfg sdgsdfgsdfgsdfg yyyyyyyyyyyyyyyyyyyy asdgfdfgsdf sdfgsdfgsdfg, jak cie nie stac, to nie dzwon". Prosze Panstwa, oto mis :)
-
2007/09/26 23:54:35
Uuu, widze tutaj ekscytujące słowa-klucze:

1. "Summer Wine" - taki kawałek, co to latał latem w radiach różnorakich, a który jest wyjątkowo debilną przeróbką, bo coverem tego nie nazwe, oryginalnego "Summer Wine" fantastycznie wykonanego przez niejaką Gry Bagxien oraz FM Einheita. Zainteresowani mogą się zgłaszać :>

2. Charger. Dodge Charger. Pewnie nie chodzi o tego klasycznego, ale tak czy siak... Charger

A impreza jak to u Tjedena pasjonująca. Ja natomiast rzucam picie, od dokładnie miesiąca wytankowałem zaledwie 11 piw i 6 kap gorzały :> To dopiero złooo, czyż nie? :}
-
Gość: rufjan, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2007/09/27 07:13:12
Mysle, ze to glupota!
-
tjeden
2007/09/27 08:19:27
Ad. 1
Summer Wine - to zdecydowanie nie było takie Summer Wine jak w piosence. Oryginału nie kojarzę, ta wersja letnia całkiem przyjemna (może dlatego, że nie znam oryginału?). Ale najbardziej przypadło mi do gustu wykonanie tej pisoenki przez Bono i The Corrs. A zwlaszcza teledysk, gdzie cudownie na siebie patrza i Bono po rak kolejny udowania, ze nie umie tanczyc (albo nazwijmy to, tanczy jak ja ;)).

Ad. 2
Powiedzmy, że jest po kilku przeróbkach. ;)

Ad. 3
Przejdzie Ci. :)
-
warszawa78
2007/09/28 11:10:30
O w mordę, jak ja uwielbiam takie imprezowe opisy :)
-
Gość: rufjan, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2007/10/01 06:57:43
warszawa78... gdyby tjeden tylko pamietal wszystko. Zapomnial np, ze uznalismy za swietna zabawe, zaraz po przyjezdzie, skradanie sie i chowanie za drzewami. ;]
-
tjeden
2007/10/01 23:45:42
@ Warszawa78

To zapraszam kiedyś na piwo. :)