Dark side of the moon The Wall Wish You Were Here Achtung Baby HTDAAB Led Zeppelin Led Zeppelin Led Zeppelin Led Zeppelin Use Your Illusion I Use Your Illusion II Coma Dżem Nowoczesne przeglądarki
piątek, 21 stycznia 2011

Dziś jest idealny dzień na pisanie bloga.

Dziś jest najgorszy dzień na pisanie bloga.

http://tjeden.blox.pl/2008/01/Nie-ma-rzeczy-niemozliwych.html

 

poniedziałek, 15 lutego 2010

Dzień przed sylwestrem zerwałem z dziewczyną. Wkurzony wsiadłem w pociąg i pojechałem prosto do Warszawy, słuchając po drodze faceta, którego mądrością życiową było to, że kobieta jest lepsza od dziury w płocie, bo przynajmniej drzazgi nie wchodzą w huja. A wszystkie tego typu tyrady wygłaszał popijając piwo jasne pełne, kupione u tłustego sprzedawcy, który w przepoconym podkoszulku przedzierał się korytarzami wagonów na stacji Łódź Kaliska.

Wiedziałem, że potrzebuję zmian, więc zgoliłem brodę i wąsy, włosów nie śmiałem jeszcze wtedy tknąć. Tak przygotowany pojechałem na drugi koniec miasta na imprezę sylwestrową i tam pierwszy raz poznałem Asię. Pierwsze co pomyślałem, to że Cyc nie zasługuje na taką dziewczynę, może była zbyt ładna, a może zbyt świętoszkowata. Sam nie wiem. Gdy godzinę później zamknęli się w łazience, pomyśleliśmy, że rżnęli się na różowym dywaniku gospodarza. Myliliśmy się, choć do dziś nikt nie wiem co tam robili.

Kilka dni później, na Bazarze na Polnej, pomagałem Cycowi wybierać bukiet kwiatów. Cyc szykował się na randkę. Wcześniej owszem, coś słyszeliśmy o jego podbojach, ale zawsze te dziewczyny były daleko i jakoś specjalnie Cyc nam o nich nie opowiadał. Dziwnym było widzieć go, wychodzącego z zadymionego baru i zastanawiającego się, jakie kwiaty najbardziej się Jej spodobają. Wybraliśmy kwiaty, odprowadziłem Cyca do City, gdzie zaczekał na swoją randkę, ja podreptałem do metra.

Asia wprowadziła się do Cyca, a ja pewnej czerwcowej soboty pojechałem uczyć jej byłą współlokatorkę analizy. Plan był taki, że ona jest sympatyczna, a korepetycje są niezłym pretekstem by się poznać. Z analizy byłem noga, z podrywania również. Skończyło się na tym, że w drodze powrotnej dopadła mnie potężna ulewa, do domu wróciłem w przemoczonych ciuchach, a z Asi koleżanką się więcej nie spotkałem.

Pojechaliśmy prawie całą ekipą na weekend na Mazury, w Warszawie został Cyc. W poniedziałek, gdy w biurze wspominałem 4 wina, zadzwonił: "Meen, musimy na piwo dziś wyskoczyć."."Dostałeś podwyżkę, czy się oświadczyłeś?" zapytałem. "Meen, pogadamy jak się spotkamy.". W barze, przy metrze Wilanowska, w palącym słońcu, w przedostatni dzień lipca, Cyc opowiedział mi jak się oświadczył.

 

Opowieść walentynkowa

poniedziałek, 12 października 2009

W tanim pociągu osobym dziewczyna obok jadła słonczenik, mimo że i tak było jej już zdecydowanie za dużo i zajmowała część mojego siedzenia. Na domiar złego cały czas kaszalała, pociąg hałasował, do pełni szczęścia brakowało tylko kurczaków pałętających się między nogami. Gdy dojeżdzaliśmy do Krakowa, poprosiła mnie o pomoc przy zdjęciu walizki. „Jest ciężka, wie pan, od rodziców wracam.” „Nie powinni ci dawać tyle jedzenia, nie w twoim stanie.” Jednak nie powiedziałem tego głośno.

Wawel to taki Polski Buckingham Palac. Tyle, że jest większy i dużo wyższy, kredowe wzgórze na którym stoi, sprawia, że jest naprawdę imponujący. I tak jak w Londynie, pewnie czasem w oknie można dostrzeć królową. No przynajmniej można było gdy mieliśmy królowe.

Okazało się, że łóżko pod Marylin Monroe okropnie skrzypi. Nawet gdy się na nim tylko leży. Pierwszą noc spędziliśmy praktycznie bez ruchu, potem przeniśliśmy się na wersalkę między Audrey Hepburn i Jamesa Deana. Czy to o nim Woody Allen powiedział, że chciałby być opuszkami jego palców?

Do eremu Kamedułów idzie się cudną drogą, której boki wyznaczają rosnące w równych odstępach drzewa. Do Krakowa jest stąd kilka kilometrów, wokoło rozciągają się pola i lasy. Jesienią, gdy pada można się tu poczuć prawie jak w Bieszczadach. Wysoki kamienny mur opasa klasztor, idzie się wzdłuż niego pod górę i podchodzi pod bramę. Po tej stronie nie ma żywej duszy. Można popatrzeć na wyblakłe kolory ścian wokół zamkniętych drzwi. Nie można wejść dalej.

W kinie dwie starsze panie, siedzące na skraju sali, powiedziały nam, że się spóźniliśmy, gdy z trudem przeciskaliśmy się koło nich, a potem nakrzyczały na nieszczęśnika, który miał pecha zająć miejsce przed nimi. Nieprawda, że się spóźniliśmy. Reklamy trwały jeszcze dobre dziesięć długich minut, w czasie których modliłem się, żeby film się już zaczął, bo nie bałem się, że nie wytrzymam do końca, a wiedziałem, że do łazienki nie ma innej drogi, niż tylko koło nich. Wytrzymałem.

Idąc wzdłuż murów ulicą Pijarską, dochodzi się na placyk koło arsenału, którego spokój zadziwia w porównaniu z tłokiem pod Bramą Florianśką, która jest raptem kilkadziesiąt metrów wcześniej. Arsenał i bilioteka połączone są gankiem przerzuconym na ulicą. Ciekawe ile osób zauważyło, że to Krakowski most westchnień.

„Chcesz w tym iść do Jazz Rocka?” Rzeczywiście, jaskrawo pomarańczowa koszulka to nie byłby dobry pomysł na ubiór do klubu, gdzie największymi hitami był Memory Remains i Sweet Child of Mine. Gdy byliśmy drugi raz przy barze, barman zapytał czy znów chcemy dwa dębowe (nie było porterów). Tym razem wybraliśmy tyskie i colę z lodem i cytryną. Pierwszy raz tańczyłem w klubie, przy Voodoo Godsmacka i bynamniej nie byłem sam.

Smoka nie spotkałem.

Apartament Hollywood

niedziela, 08 marca 2009

Mężczyźni po prostu uwielbiają ten serial. Ja też. I wcale mnie to nie dziwi. Dlaczego?

1. Hank śpi z prawie każdą kobietą, którą spotka

Czy to poznana w księgarni małolata, czy prezenterka popularnego programu kulinarnego, wszystkie kobiety chcą przerżnąć Hanka. Który mężczyzna by tak nie chcał? Umówmy się, Karen jest niczego sobie i kibicujemy głównemu bohaterowi w odzyskiwaniu jej, ale jeśli już ukochana kobieta nas opuszcza, to chcielibyśmy, by nasze życie seksualne wyglądało jak w tym serialu. Zresztą nie tylko życie seksualne. Przecież milo by było wylądować w domu otocznego wianuszkiem niestarzejących się grouppies Lee. Wracając do sedna, nie chodzi tylko o Hanka. Przecież nawet średnio atrakcyjny Runkle ma niezłe powodzenie. Romans z diaboliczną sekretarką, seks z Daisy z branży porno, to nie jest coś co przytrafia się wiekszości facetów, przynajmniej niezbyt często. I to jest powód numer jeden.

2. Hank jest mimo wszystko porządny

Tak, niby uprawia seks ze wszystkimi kobietami w Los Angeles, ale tak naprawdę marzy o stałym związku, kocha córkę i ma garść zasad, które przestrzega. Nie jest złośliwy, nie chce nikomu zrobić krzywdy. W skrócie: nie dość, że to skurczybyk, to do tego porządny.

3. Kalifornia, klimat, muzyka

Ostatni składnik układanki. Migawki z podróży czarnym porshe bez prawego światła po Sunset Boulevard i przestronne domy sprawiają, że zaglądam do kalifornijskich serwisów nieruchomości w poszukiwaniu okazji, domy powinny być ranie. A może rzucić to wszystko w cholerę, przecież tam zawsze jest ciepło i nigdy nie pada... Na deser muzyka. Californication wyjątkowo opiera się o muzykę. Trochę przykurzyną, o nieśpiesznym rytmie, idealną do nocnego jeżdzenia w kabriolecie po ulicach Los Angeles.I o tym chyba najbardziej marzę.

niedziela, 18 stycznia 2009

A tymczasem postanowiłem trochę bliżej poznać Warszawę. Nie znaczy, to że nie wiem jak dojechać z Żoliborza na Ochotę i nie mam pojęcia gdzie te dzielnice w ogóle są. Ale mieszkać w jakimś miejscu, a trochę więcej się o nim dowiedzieć to dwie różne rzeczy.

Do zagadnienie podszedłem systematycznie, czyli zacząłem zaopatrywać się w fachową literaturę. Uznałem, że "Spacerownik" Gazety Wyborczej (tak, wiem że to żydowska gazeta) będzie dobrym wyborem. Jest to lista tras po dzielnicach Warszawy, które zawierają miejsca warte odwiedzenia. Można się z niego dowiedzieć na przykład, że Ursynów kiedyś był nazywany "Rozkosz", ale ostatecznie przyjęła się ta pierwsza wersja. Szkoda, że tak się stało.

Z Mayaxandrą wybraliśmy się na krótki spacer z książką w ręku po Czerniakowie. I rzeczywiście dzięki spacerownikowi dowiedzieliśmy się gdzie mieszkał przed śmiercią Jan Nowak Jeziorański, w której parafii figurka Jezusa jest ubierana tak, jak w Hiszpańskich kościołach oraz znaleźliśmy fundamenty gigantycznego zbiornika gazu sprzed kilkudziesięciu lat.

- Chodźmy tam, gdzie jest ten ładny pomnik.- powiedziała Mayaxandra.

- Nie. Pójdziemy tam później, teraz idziemy w stronę tej kamiennicy. - odpowiedziałem.

- Dlaczego nie możemy tam iść teraz?

- Bo tak jest w przewodniku.

Zawsze chciałem oprowadzać wycieczki.

Drugą pozycją w bibliografii to "Zły" Leoporda Tyrmanda. Jeszcze jej nie skończyłem czytać, ale książka ta traktuje o tajemniczym Zorro, który rozprawia się z chuliganami w powojennej warszawie i genialnie nadaje się do czytania w czasie jazdy autobusem po mieście, ponieważ co chwila przejeżdża się koło kolejnego miejsca akcji. Zresztą bardzo lubię czytać książki o miejscach w których jestem. Nie zdarza się to często, ale w planach mam przeczytać całe Nigdziebądź, Neila Gaimana w wagonach i na stacjach Londyńskiego Metra. A jak to się uda, to chyba pomarzę o ponownym zgłębieniu twórczości Larry'ego McMurtry'ego słuchając country Teksasie.

poniedziałek, 27 października 2008

W ostatni weekend poszedłem do klubu w makijażu*, jadłem zdrowego, dietetycznego kurczaka ze szpinakiem i obejrzałem Mamma Mia. Czy to znaczy, że jestem już gejem?

*Swoją drogą zrobione oczy nie liczą się jako przebranie i nie pozwalają wejść za darmo do Club70.

poniedziałek, 30 czerwca 2008

Że jadę na The Police dowiedziałem się koło południa. Co prawda od kilku dni widoki na bilet miałem, ale to na zasadzie jak nikt nie będzie chciał jechać, to ja z przyjemnością do Chorzowa się udam, a jak mnie tam zabraknie to nikomu się wielka krzywda nie stanie. Nikomu krzywda się nie stała, ale ja i tak pojechałem. Ze znajomością repertuaru jeszcze gorzej niż na Tori Amos, albo Stonesach, ale wiedziałem, że będzie śpiewał raczej Sting niż Bryan Adams, a i koncert na Stadionie Śląskim, więc może mi się spodobać.

Średnia wieku mojej ekipy to coś koło 35 lat, pojechałem z Mamą i Ciocią - mówiła, żeby ciocią ją nie nazywać, bo się czuje i wygląda młodo, więc będzie to nieciocia. Nieciocia wielką fanką Stinga jest, ma wszystkie jego płyty i w sumie jakby innych zespołów nie było, to i tak miałaby co słuchać i bardzo by się nie przejeła. Dzięki niej dowiedziałem się paru historii o zespole, między innymi tej, że gdy Andy Summers zaczynał w The Police, to umiał grać wyłącznie piosenki składające się z akordów A i E, a reszty douczył się potem.

W Chorzowie mnóstwo wozów z napisem Policja, pod jednym nawet zrobiliśmy sobie zdjęcie. Wejście na stadion, piwko, kiełbaska i na płytę. Pod sceną część wydzielona barierkami dla pierwszych kilku tysięcy osób, którym zależało by być przed sceną. My się tam nie załapaliśmy, ale za to byliśmy w trzecim rzędzie od tych barierek, czyli miejsce z bardzo dobrą widocznością i akurat na tyle blisko by móc ogarnąć całą scenę jak i cały czas widzieć cały zespół. Życzyłbym sobie taką widoczność na innych koncertach (nie tak jak na PJ Harvey, gdzie praktycznie siedziałem bokiem i po koncercie kark mnie trochę bolał). Przed nami dwie rozentuzjazmowane dziewczyny proszą stojącego przed nimi mężczyznę by je wpuścił przed siebie, bo on taki wielki jak one razem i mu zasłaniać nie będą, a on im i owszem. Facet odwraca się, uśmiecha się i mówi: „Takiego wała." Potem jednak okazał się miły i wpuścił je przed siebie

Support to „The Counting Crowes" - śpiewa taki facet w dredach, ze dwie piosenki może kojarzę. Pierwszy utwór nawet mi się podobał, ale gdy nie skończyli go w ciagu 40 minut to już miałem dosyć. Ok, może to były różne piosenki, ale wszystkie na jedno kopyto. Gra coś koło siedmiu czy sześciu osób, ale co z tego skoro facet w dredach cały czas przeżywa swoją niespełnioną miłość? Mimo, że skacze po głośnikach i gestukuluje jest to strasznie nudne. Lepiej by zrobił, gdyby znalazł sobie porządną dziewczynę, a nie ludzi po stadionach zanudzał. Jakieś 90% publiczności na oko ma podobne odczucia.

Za minutę 21 wychodzą The Police. Chyba pierwszy raz ktoś zaczął koncert o czasie, wielki plus na początek. Message In A Bottle - zaczynają grać, brzmi nieźle, ludziom się podoba, pełne trybuny robią meksykańską falę. Sting wygląda genialnie. Nie sprawia tego policyjna odznaka na pasku od gitary, a jego uśmiechnięta przez cały koncert twarz z supermęskim siwym zarostem. Też chciałbym kiedyś tak wyglądać. Andy Summers - wygląda jak podstarzały gitarzysta bez jaj, czyli po prostu nijak. Za to Copeland na perkusji wygląda jak typowy chłopak z polibudy, tyle, że trochę starszy i z białymi włosami wyrastającymi z opaski. W leczniczych lenonkach widać zmrużone z wysiłku oczy, a fakt, ze facet napieprza w bębny sprawia, że wygląda nieco obłąkanie, ale bynajmniej sympatycznie.

Don't Stand So Close To Me 

Większość piosenek kojarzę, z tekstami trochę gorzej no i na pewno nie jest to poziom, na którym po pierwszych taktach poznaję utwór, raczej jest to refren. Setlisty nie będzie, ale ogólnie co piosenka to lepiej, może szaleństwa nie ma, ale zadowolony jestem cały czas. No może do momentu gdy na plecach czuję szarżę o lepsze miejsce, jakiegoś grubego jak stodoła, pijanego jak ja na Olonaliach, kolesia. Facet robi trochę zamieszania, rozumiem, że to koncert i do tego na stadionie, ale z tańców to wszyscy wokół uskuteczniają raczej lekkie gibanie się i czasem klaskanie z podskokiem, a on rzuca się jakby był na punkowym koncercie. Ok, jest na punkowym koncercie, ale trzydzieści lat później, zespół i publiczność się zestarzała, a akurat ta piosenka jakoś super energetyczna nie jest. Próbuje wepchnąć się przede mnie, albo na mnie, wbijam mu łokieć w brzuch, ale napotykam tylko zwały tłuszczu, widzę, że do układu nerwowego nie dotarłem.Jakoś potem mu przechodzi i już bawimy się wspólnie (jakkolwiek to nie brzmi).

Robi się coraz lepiej, trochę skakania i radości jest na Every Little Thing She Does Is Magic, na De Do Do Do, De Da Da Da, już dużo więcej. Równo po godzinie przerwa i po króciutkiej chwili wracają z Roxanne. Tu już mnie porwali, wychodzi im świetnie, mi się podoba bardzo, ale myślę, że to efekt tego, że ten utwór znam dużo lepiej niż pozostałe. Tak samo jest z przedostatnim Every Breath You Take, tu już mogłem śpiewać bawić się i trochę poprzeżywać. Potem wyszli jeszcze na Next to you, gdzie w tle leciały ich zdjęcia z młodości i koniec. O ile zazwyczaj im dłuższy tym lepszy (koncert znaczy się), to tym razem było w sam raz. Nieco ponad 90 minut, czyli już się nasłuchałem, ale jeszcze nie znudziłem.

Koncert życia to nie był, ale cieszę się że pojechałem, te piosenki co znałem dobrze, to zabrzmiały odpowiednio, reszta całkiem przyjemnie, było trochę wspólnego śpiewania. Podpisuję się pod tym, co ludzie dzwoniący do Kaczkowskiego po koncercie mówili - zabrakło magii. Owszem, ludzie się cieszyli, że grają, ale trans i bezgraniczne uwielbienie to to nie było, a dodatkowo na scenie nic się nie działo, żadnej chemii w zespole i to się przełożyło na brak chemii z publicznością. Ale pojechać było warto.

Jak wejśc na koncert The Police za darmo?

Wujkowi - mężowi niecioci, który nas przywiózł, specjalnie na koncercie nie zależało i wybrał oglądanie półfinału Euro. Po pierwszej połowie, gdy nie padły żadne gole, przeszedł się pod stadion, gdzie spotkał stada koników z niewyprzedanymi biletami. Bez problemu w dniu konceru można było bielt dostać, więc konikowie, by amortyzować straty godzili się na sprzedaż biletów nawet po 50 złotych, czyli za mniej niż połowę normalnej ceny. A po rozpoczęciu koncertu rozdawali je nawet za darmo: „Pan weźmie, co ja z tym zrobię." I tak wujek obejrzał drugą połowę już nie meczu, tylko koncertu nie płacąc za to nic. 

niedziela, 22 czerwca 2008
Blog dawno karmiony nie był, trochę dziki się zrobił i tak spode łba na mnie groźnie łypie. Aż strach podejść. Żeby przemóc strach i się przypomnieć, rzucę blogowi garść ogłoszeń i fragmentów tekstów niedokończonych, może nie zagryzie mnie... od razu.

Euro

Nie, meczy komentować nie będę. Pochwalę się tylko, że dzięki prostemu zakładowi i przegranej Polski z Niemcami jestem bogatszy o ośmiopak piwa. Lubię inwestycje pozbawione ryzyka. Kolega chciał się założyć również o wynik meczu Austria-Polska, ale przecież to już byłby hazard.

Blog, wakacje

Tak sobie myślę, by niedługo parę tekstów się pojawiło, tym bardziej, że i wakacje będą i może czasu trochę więcej znajdę. Z innych pomysłów wakacyjnych to pisanie inżynierki gdzieś w planach mi miga, mam już dość uciekania przed promotorem. (Cyc spotkał promotora w windzie. Wyobrażacie sobie tragedię? Nie miał dokąd uciec.)

Indiana Jones

Obejrzałem. Podobał mi się.

Olonalia

Od pół roku żadnych nie było. Aż głupio tak, dlatego na dniach coś zorganizować trzeba, bo jeszczcze wyjdzie na to, że zamrażalnik mam po to by szpinak mrozić, a nie wódkę chłodzić. Przecież tak nie może być. Owszem były różne imprezy w między czasie, ale takie, żeby opisywać? Były za to...

Piotrusiowe urodziny

Na które trochę spóźniony dotarłem, bo wpierw miałem imprezę fabryczną. Potem jeszcze były problemy ze znalezieniem miejsca zabawy. Dzwonię do Piotrka: „Minąłem właśnie Kino Femina", co go zbyt nie ucieszyło: „Zawróc, zawróc, idziesz w złą stronę". W końccu go znalazłem i powitałem szampanem, który wypiliśmy na środku ulicy, po czym wtoczyłem się do jego mieszkania. Dokończyłem pić szampana i zasnąłem.

Budzę się, sprawdzam, co się działo ze światem pod moją nieobecność. Świat przeżył, ze mną gorzej. Ptaki niemiłosiernie hałasują za oknem, a ja leżę w ubraniu na jakiejś kanapie u Piotrka. Solenizant śpi na podłodze, widzę, że odnośnie warunków noclegowych to nie ja miałem najgorzej. Piotrek wstaje i mówi do mnie przepitym głosem: „Sprawdź co masz w kieszeni." Wyciągam z kieszeni dwie łuski po nabojach, a Piotrek z grobową miną mi oznajmia: „Było wczoraj dwóch policjantów, zabiłeś ich. Musiałem pozbyć się ciał".

Gdyby nie, to, że pamiętałem, że jedną z atrakcji urodzinowych Piotrka było wyjście na strzelnicę, to bym się przeraził. Rzeczywiście była wczoraj policja i w ramach prezentu urodzinowego dała Piotrkowi sto złotych, za zakłócanie ciszy nocnej. Ja zostałem namówiony żeby wyjść i przytulić panów policjantów, na co zbyt ochoczo przystałem. Na szczęście jednak powstrzymały mnie drzwi, które były zbyt zamknięte, bym je sforsował w stanie w którym byłem, więc na stu złotych się skończyło. Na szczęście.

środa, 28 maja 2008

Ale mam trochę rzeczy do zrobienia... patrz na Pandę. Wracam w czerwcu.

 

Panda
 
sobota, 19 kwietnia 2008

U23DNicka Cave'a poznałem oglądając na dużym ekranie jego występ w Paryżu, spędziłem dobre kilka godzin w fotelu podziwiając wraz ze wszystkimi dodatkami Pulse Floydów i zobaczyłem wiszące trabanty z koncertu Zoo Station U2 w Australii. Też w kinie. Gdy pojawiła się więc możliwość obejrzenia kolejnego koncertu U2, tyle że a) z trasy na której byłem b) w trójwymiarze, nikt nie musiał mnie namawiać na kupno biletu.

Godzina w tych śmiesznych zielono czerwonych okularach siedząc wygodnie i oglądając Bono, dosłownie na wyciągnięcie ręki, nijak się ma oczywiście do emocji jakie wzbudziło we mnie wejście na płytę stadionu Śląskiego, gdy zobaczyłem gigantyczną scenę. A potem kilku godzinnego czekania, deszczu, ścisku i krzyku gdy gdzieś tam między głowami tłumu, pierwszy raz pojawił się zespół. Organizatorzy reklamowali to w ten sposób, że w kinie można poczuć się jak na koncercie. Nie można, ale dla tych którzy byli, jest to wspaniałe przypomnienie świetnego występu, a ci którzy nie byli, mają okazję zrozumieć, czym tak zachwycają się ci pierwsi.

Dobór kawałków, to największe hity i najbardziej spektakularne fragmenty koncertu. Jest więc i i wybuchające Vertigo, do którego tłum faluje w podskokach jak i animacja samolotu w Bullet the blue sky i zapierające dech flagi w Where the streets have no name. A na Fly tuż przed naszymi oczami (dosłownie bo to w 3D) przelatują napisy, te same co na koncercie. Publiczność spisała się świetnie, nagrywanie materiału w Ameryce Południowej ze względu na publiczność, było świetnym pomysłem. Tylko trochę krótko. I widać, że nie jest to integralny koncert tylko najlepsze fragmenty z dwóch występów, które miały miejsce dzień po dniu.

 

 

Od strony technicznej wszystko bez najmniejszego zarzutu. Było odpowiednio głośno (na koncertach w kinie często jest z tym problem), a wizualnie... Obraz jak żyleta, do tego podany w formie 3D wygląda oszałamiająco dobrze. Świetnie zmontowany, gdy trzeba to kamera pokazuje wszystkie szczegóły na scenie, a przy bardziej energetycznych fragmentach obraz roztańczonego tłumu na wypełnionym po brzegi stadionie.

Czego zabrakło? Bolących nóg, zapachu trawy i kurzu, deszczu moczącego scenę tuż przed występem, łokcia faceta, który stał przede mną i szukania after party o trzeciej w nocy w mrocznych zaułkach Chorzowa. A przede wszystkim smaku porannego pączka na dworcu o szóstej rano, gdy po nieprzespanej nocy z wciąż tłukącym się w głowie Vertigo, czytałem w świeżej gazecie o wczorajszym koncercie.

Bunkrów nie ma, ale i tak było zajebiście.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14