Dark side of the moon The Wall Wish You Were Here Achtung Baby HTDAAB Led Zeppelin Led Zeppelin Led Zeppelin Led Zeppelin Use Your Illusion I Use Your Illusion II Coma Dżem Nowoczesne przeglądarki
czwartek, 29 listopada 2007
(1) Dża powiedział do Ola i Ruflorda na stacji metra: (2) Powiedzcie całemu zgromadzeniu tak: (3) W sobotę tego miesiąca niech się każdy postara o wódeczkę schłodzoną dla rodziny, o wódeczkę dla domu. (4) Jeśliby zaś rodzina była za mała do spożycia wódeczki, to niech się postara o nią razem ze swym sąsiadem, który mieszka najbliżej jego domu, aby była odpowiednia liczba osób. Liczyć je zaś będziecie dla spożycia wódeczki według tego, co każdy może spożyć. (5) Wódeczka będzie bez skazy, zimna, 0.7; wziąć możecie wino. (6) Będziecie ją mrozić do dziewiętnastej, w sobotę dnia tego miesiąca, a wtedy wypije ją całe zgromadzenie o zmierzchu. (7) I wezmą zapojkę i jakieś czipsy, lub coś w tym stylu, w progi domu, w którym będą ją spożywać. (8) I tej samej nocy spożyją mięso pieczone w ogniu, spożyją je z chlebem niekwaszonym i pysznymi ziołami. (9) Nie będziecie spożywać z niego nic surowego ani ugotowanego w wodzie, lecz upieczone na ogniu, na ruszcie. (10) Nie może nic pozostać z niego na dzień następny, bo będzie śmierdzieć. Cokolwiek zostanie z niego na następny dzień, wyrzucicie (11) Tak zaś spożywać go będziecie: Biodra wasze będą przepasane, sandały zzujecie. Spożywać będziecie nieśpiesznie, gdyż są to Olonalia. (12) Tej nocy przejdę przez Warszawę, ześlę kaca na wszystko pierworodne w ziemi warszawskiej od człowieka aż do bydła i odbędę sąd nad wszystkimi pubami miasta - Ja, Dża. (13) Gdy ujrzę was, przejdę obok i nie będzie pośród was plagi niszczycielskiej, gdy będę karał ziemię. (14) Dzień ten będzie dla was dniem pamiętnym i obchodzić go będziecie jako święto dla uczczenia Dża.
22:16, tjeden , Dża
Link Komentarze (2) »
czwartek, 15 listopada 2007

Pracuję, siedząc i czekając na śrubki, które będą najwcześniej w poniedziałek. I tak sobie myślę.

Google pozwala pracownikom przeznaczać 20% czasu pracy, na rozwijanie własnych projektów.

W mojej fabryce można przeznaczać 80% czasu pracy, na rozwijanie własnych projektów.

Reszta przypada na przerwy na kawę i obiad. 

Google

 

 

niedziela, 11 listopada 2007
Ze Slashem spotkałem się na dworcu kolejowym w Rzeszowie. Pociąg z Wrocławia przyjechał o bluźnierczej godzinie, czwartej nad ranem, z minutami. Pół godziny później niż mój.
- Mam coś dla ciebie, by uczcić tę okazję. - powiedział na powitanie Slash.
- Też mam coś dla ciebie, mordo ty moja. - i oboje wyciągneliśmy po piersióweczce.
Oczekiwanie na pekaes (radziecka konstrukcja, z lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, którego kierowca nie ukrywał poirytowania wczesną godziną, o której przyszło mu pracować) uwypukliło między nami inne podobieństwa. Tak jak obydwaj nie omieszkaliśmy zabrać ze sobą mocniejszego alkoholu, tak samo obydwaj nie spakowaliśmy chociażby żadnych sztućców, talerzyków, menażek, pasty do zębów, czy też szamponu i paru innych rzeczy. Ale w górach liczą się przecież przedmioty pierwszej potrzeby.

Po ósmej pojawiły się góry. Nie, góry to brzmi zbyt imponująco. Po ósmej naszym oczom ukazały się Bieszczadzkie zbocza, pokryte kolorowym dywanem liści. Jeśli wybierasz się w Bieszczady, to tylko jesienią.

Widok z Połoniny Wetlińskiej na Otryt by Hohnender 

Ustrzyki Górne przywitały nas koło dziewiątej piękną pogodą. Pierwsze kroki skierowaliśmy "pod Caryńską". Żurek i najlepsze na świecie, przygotowywane w mikrofali grzane wino, to wspaniały początek weekendu. Usiedliśmy na zewnątrz i popijając rubinowy napój, który nigdzie indziej nie smakuje tak dobrze, zachwyciliśmy się po raz kolejny jak tu pięknie, po czym ruszyliśmy do Wetliny.

najlepsze grzane wino pod słońcem 

Odległości w Bieszczadach są duże. Dlatego rozwinięta jest tu sieć autobusów, które kursują między wioskami praktycznie co godzinkę, a nawet częściej. Problem polega na tym, że jeżdzą tak tylko, przez dwa miesiące wakacji. Poza sezonem masz szczęście jeśli w ciągu dnia zobaczysz jeden, może dwa pekaesy. Sytuację ratują prywatne busy, które są lekko mówiąc dość pojemne. Czyli, tam gdzie z rozkładu siedzeń wynika, że powinny siedzieć trzy osoby, przy lekkim wysiłku mieści się pół tuzina. Nie wspominając o bagażniku z tyłu, gdzie znaleźliśmy trzy taborety, w czasie drogi też zajęte przez ludzi. Jednym słowem wesoło i przytulnie.

W połowie drogi między Ustrzykami, a Wetliną, pomiędzy dwiema połoninami przycupnęły Berehy. W porównaniu z nimi, Ustrzyki to Nowy Jork. Parking, kiosk z pamiątkami i dwa domy za zakrętem, to wszystko. Kiedyś była to ludna wieś, licząca kilkaset chat, ale została całkowicie spalona w czasie bratobójczych walk Polsko-Ukraińskich. Jak większa część Bieszczadów zresztą. Na naszą uwagę, że to straszna dziura, kierowca busa powiedział, że kiedyś mieszkało tu ponad tysiąc osób.
- Wszyscy wyjechali do Irlandi? - raczej, stwierdził, niż zapytał nas współpasażer.

Po dotarciu do Pierożkowej Babci przebraliśmy się już we wspinaczkowy ekwipunek i byliśym gotowi do wyjścia w góry. Podczas gdy Slash udał się do ubikacji, ja zasnąłem z butami na nogach, mając nadzieję na dziesięciominutową drzemkę. Gdy Slash zobaczył mnie i bezskutecznie spróbował obudzić, uznał, że chwila snu jemu też nie zaszkodzi. Jak otworzyłem oczy, na zewnątrz padało. Dziesięciominutowa drzemka okazała się kilkugodzinnym snem, a ponieważ zbliżał się wieczór udaliśmy się na obiad, a następnie wyruszliśmy do Bazy.

Są na partertach szklanych wieżowców miejsca, gdzie eleganccy biznesmani po ciężkim dniu pracy luzują krawaty i popijając piwo, oglądają mecz z Azerbejdżanem. Są ogródki piwne, przy zatłoczonych deptakch, gdzie w czerwcowe wieczory ludzie chodzą odpocząć i porozmawiać o tym, gdzie spędzą wakacje. Są też bary, gdzie w w mniej lub bardziej kulturalnej atmosferze, studenci oblewają zdane egzaminy i wpadają wypić piwo po zajęciach (zawsze tylko jedno). Baza Ludzi z Mgły nie należy do żadnej z tych kategorii. Leży dokładnie po drugiej stronie skali.

Drewniany budynek ze spadzistym dachem, wygląda jakby przeniesiono go z planu Przystanku Alaska. Tabliczka informuje, że czynne jest "Od otwarcia, do zamknięcia". W środku znależć można bieszczadzkie Mos Eisley. O ile wszystkie ściany w Mos Eisley wypełniają obrazy pędzących koni.

To jedno z tych nielicznych miejsc w galaktyce, w których możesz przytulać się, do żula, zwanego Jimi Hendrix, który mówi, że Perfect ukradł mu połowę tekstów, a Rysiek Riedel nocował na jego polu namiotwym. Potem możesz próbować dodzwonić się do perkusisty Dżemu, ale barka, na której mieszka, będzie pewnie poza zasięgiem. Tu właśnie wmówisz dziewczynie naprzeciwko, że nazywa się Lacrimosa, po czym stwierdzisz, że to głupie imię. A gdy poprosisz o wścieklaka przy barze, możesz usłyszeć od barmana, że mu przykro, ale właśnie zabrakło spirytusu.

Przy pierwszym piwie poznaliśmy Krzysia. Równie dobrze mógł mieć trzydzieści lat, jak i pięćdziesiąt kilka. Prawdziwy jego wiek zna chyba tylko jego niedbale nałożona czapeczka. Siedział, w rozchełstanej koszuli, ukazującej nagi tors. W jednej ręce trzymał tępy kozik, w drugiej, fantazyjny kawałek drewna, któremu próbował nadać wygląd Jezusa, świętego z brodą, albo jakiegoś innego Dusiołka. Nie wiadomo, postęp prac nie był duży i zdecydownie mu nie szło. Po każdych kilku ruchach nożykiem (cud, że miał jeszcze wszystkie palce), wbiajał go ze złością w stół wspominając coś o tępej kurwie, po czym brał kufel z winem i robił rundkę po barze.

Wszędzie indziej na świecie Krzyś spędzałby czas na jakimś dworcu, będąc zwykłym menelem. W bieszczadach, może aspirować do roli artysty. Nawet jeśli ten artyzm ogranicza się do rzeźbienia koślawych, nieszczególnie ładnych figurek. Ponadto dwie rzeczy odróżniają go od zwykłego żula. Po pierwsze nie żebrze, tylko raczej naciąga na kolejkę, albo sprzedaje rękodzieło. Po drugie pije wino z kufla w barze. To chyba świadczy o jakimś statusie. Choć to ostatnie, to chyba norma, bo nie ma wieczoru, żeby Baza nie przyciągnęła takiego typu obwiesi. To też jeden z jej uroków.

Kolejne piwa spędziliśmy objadając się frytkami i grając w piłkarzyki. Najpierw między sobą, a potem zostaliśmy sromotnie rozgromieni, gdy inna drużyna wyzwałą nas na pojedynek. Szafa grająca stojąca w kącie zaśpiewała, na nasze życzenie, głosami Axla Rose'a i Billego Idola. Przy którymś kuflu zauważyłiśmy śliczną dziewczynę. Naszej uwadze nie uszło, to że ma chłopaka. W jakiś sposób dowiedzieliśmy się nawet, że nazywa się Norbert. Nie przeszkodziło nam to opracować przebiegłego planu: "Ty go zajebiesz, a ja ją będę ...." Niestety szczyt mojego geniuszu nie został zrealizowany. Bądź co bądź, Norbertowi wyszło to na dobre.

Grzane wino, choć jak się dowiedziliśmy to samo co "Pod Caryńską" nie smakowało tak, jak tam. Jakoś wtedy figurka Krzysia została upuszczona i zapomniana gdzieś pod barem, a ja siedząc na wysokim stoliku zacząłem z nim rozmawiać. On opowiedział mi swoją historię nieszczęśliwej miłości, ja mu opowiedział swoją. Przyznaję, że moja nie była tak burzliwa, jak Krzysia, który odgrażał się, że pojedzie do tej burek suki z nożem. Taka była myśl przewodnia, którą udało mi się wyłowić z jego pijackiego bełkotu.

Potem były tańce. To znaczy, potem byłem na tyle rozweselony, by porwać dwie dzieczyny między stoły i zacząć z nimi wywijać, przy aplauzie Slasha. Tańce przerwał mi Krzyś, bo krzycząc coś niecenzuralnego, kazał mi zejść ze stołu, tłumacząc on go robił. Jego wkurzenie uspokoiłem, wyjaśniając mu że szanuję jego i jego pracę, a te stoły to są naprawdę zajebiste. I powiedziałem mu, że przecież on to rozumie i nie ma mi nic za złe. Podziałało.

W sumie nie pamiętam kiedy i dlaczego opuściliśmy Bazę.

Rano, gdy obudziłem się koło jedenastej, przypomniałem sobie. Mieliśmy wczesnym rankiem wyruszyć do Cisnej, a stamtąd na Okrąglik. No cóż... Nie zawsze można zrealizować założone plany Zjedliśmy kilka kanapek, przygotowanych na papierze, w którą wczoraj sprzedawca zawinął nam wódkę, wypłukaliśmy resztki dymu papierosowego z włosów i ruszyliśmy na szlak.

poniedziałek, 05 listopada 2007

W życiu każdego blogera, są takie chwile, kiedy brak czasu, brak tematu, albo brak woli opisywania kolejnego upicia się, zmuszają go do podjęcia typowo blogowych tematów. Takich jak statystyki. Naprawdę mnie zaskakuje, jakie frazy ludzie wpisują w googlach, a jeszcze bardziej dziwi mnie to, że potem trafiają tutaj. Poniżej parę ciekawych przykładów

sposoby na rozpalenie dziewczyny – chyba nigdy o tym nie pisałem, ale to miło, że google wskazuje na mnie... ;)

dża, dionizje – dwa hasła, które nieustannie napędzają nowych czytających, choć przegrywają ze zdecydowanym faworetem, którym są:

nagie japonki – widzieliście je kiedyś u mnie na blogu? Ja też nie, ale właśnie ta fraza obok „starych azjatek”, jest najpopularniejsza. Swoją drogą, kto szuka w googlu, starych azjatek? Fuuuj. (Kilka razy się pojawiło nawet połączenie nagie i stare :/ )

pko, pedofile – też bardzo popularne, ale to chociaż rozumiem, bo o tym pisałem. Niemniej bardzo popularna jest tematyka seksualna, co objawia się frazami:

dziewczyna robi chłopakowi loda kiedy samochód – autentyczne! Nie mam pojęcia co autor miał na myśli.

seksretarki, kuszące dziewczyny, intimissimi, kim basinger nago, zdjęcia vanessy paradise, cichopek bez stanika, josie maran, krzesełko do seksu, loda szmato (swego czasu pod tą pozycją w googlu na pierwszym miejscu było forum naszego roku).

W pamięci mi utkwiło jeszcze kilka zwrotów, jednak ze względu na ich absurdalność, nie będę komentował:

układam kafelki jurek

radosne i mądre stwierdzenia

a wódka się kończy

gdzie są kluczyki od czołgu

jak sie pisze przeze mnie

prezent dla piotrka

chłopak grający na gitarze na dworcu pkp w katowicach

jakies fajne blogi ze kilka dni temu byłam

A są to, tylko wybrane przykłady z ostatniego miesiąca. Zastanówcie się kto wpisuje takie hasła do googla? Zastanówcie się też co wy wpisujecie? A nuż ktoś to czyta i się śmieje? Tak jak ja. :)