Dark side of the moon The Wall Wish You Were Here Achtung Baby HTDAAB Led Zeppelin Led Zeppelin Led Zeppelin Led Zeppelin Use Your Illusion I Use Your Illusion II Coma Dżem Nowoczesne przeglądarki
poniedziałek, 18 grudnia 2006
Pierożkowa Babcia
Po dwóch nocach spędzonym w namiocie, mokrzy i trochę zmęczeni uznaliśmy, że wystarczy nam ubikacji w formie sławojki i krowiego koryta jako łazienki, że mamy tego trochę dosyć i w sumie to byśmy się pod jakimś dachem wyspali. Jako, że Ustrzyki bazą noclegową nie powalają (swoim rozmiarem również), udaliśmy się z wszelkimi tobołami do Wetliny. Ta ciągnąca się jak spaghetti, wzdłuż jednej drogi wieś, to prawdziwa Bieszczadzka metropolia. Z wszystkimi luksusami godnymi porządnego kurortu. Jest i kościółek i strumyczek z mostkiem oraz przystanek pekaesu, jadłodajnia, bar o intrygującej nazwie „Baza ludzi z mgły”, nawet ze cztery czy pięć większych pensjonatów, no wspaniały widok na Połoninę Wetlińską. Słowem, wszystko o czym marzy porządny turysta. No, marzy też on o suchym i ciepłym noclegu. Tu już jest gorzej. Pierwsze podejście, tabliczka noclegi i się pytamy. Hmm, to co właściciel szumnie nazywa miejscem noclegowym, to ciemny strych szopy, na który wchodzi się po praktycznie pionowej drabinie, a no i oczywiście szlauch w ramach higieny. Raczej nie jest to szczytem naszych marzeń. Idziemy dalej, ale wszędzie brak miejsca, nawet w przykościelnym schronisku. Tracimy już nadzieję, gdy w którymś z kolei domku wita nas miła Babcia, że tak, że ma miejsca na Kempingu, ale ktoś nas ubiegł, zarezerwował Kemping i ma wrócić za godzinę, ale jeśli nie wróci to możemy zamieszkać. Pytamy się co to za Kemping, więc Babcia prowadzi nas na tyły ogródka, gdzie między domem, a szopą stoi domek letniskowy. Może troszkę większy od składzika na narzędzia, na tyle duży, że mieszczą się tam dwa łóżka, stolik i krzesełko. Na ścianie malowniczy koń na rykowisku. Kemping iście imponujący, ale cena bardziej niż przystępna, zostawiamy więc dziewczyny w przybocznym rowie, by się poopalały i jakby nikt nie przyszedł zajęły Kemping, a sami z Bartkiem idziemy szukać dalej. Po przejściu całej wsi znajdujemy raptem dwuosobowy pokoik u sołtysa, a że jest nas czterech, to właścicielka łaskawie raczy spuścić cenę o trzy złote... z 25. Nie lubimy takich żartów. Wracamy do Babci, okazuje się, że nikt nie przyszedł, więc Babcia zgadza nam się wynająć. Kemping przytulny, łazienka kolektywna w domku u Babci, tylko nie ma kupa-szczotki. Niby nic, ale parę wiader wody poszło, tylko po to by spłukać co nieco. A sama Babcia sympatyczna. Dnie całe spędzała na lepieniu pierogów. W kuchni urządziła sobie ich małą fabrykę. Każda wyprawa po wodę do domku wiązała się z dialogiem o pierogach, o tym, że są z gorczycą, z kapustą, z grochem, dżemem i praktycznie wszystkim co można sobie wymarzyć. W sumie te rozmowy o pierogach, nie były najgorsze, a był to jedyny mankament mieszkania u Babci.

Żul
Żule w Bieszczadach są również, ale przynajmniej gościnni. Gdy dziewczyny się opalały, a my szukaliśmy dla nich noclegu, taki nocleg zaproponował Żul. Mówił, że zna Heńka, i że Heniek chętnie im coś wynajmie, zwłaszcza jak Żul je zaproteguje. Dziewczyny grzecznie podziękowały i że się zastanowią. A Żul powiedział, że okej, jakby go szukały to on jest cały czas pod sklepem i tam go na pewno znajdziemy. Noclegu nie potrzebowaliśmy, ale sprawdzaliśmy potem zawsze czy był pod sklepem. Był.

Filozof
Pierwszy raz spotkaliśmy go w rowie. To znaczy, my siedzieliśmy w rowie, a on przechodził i zagadał. Rozmowa tak ogólnie o życiu, czyli gdzie tu można znaleźć nocleg, jakie fajne są imprezy (zwłaszcza w Bazie i że mamy wpaść do Bazy) i co jest najlepsze na kaca. Zaczyna nam opowiadać o festiwalu reggae w Ostródzie, że jedzie i że świetna impreza. Bartek uśmiecha się i robi gest polegający na złączeniu kciuka i palca wskazującego, tak jakby pokazywał zero i przyłożeniu ich w ten sposób do kącika ust. Filozof się uśmiecha: ''Właśnie o to chodzi zioom.” Trzeba tu wspomnieć jak mówi Filozof. Otóż jest to głos strasznie pedalski, a jednocześnie mocno przepity, co razem z dość lichą posturą daje iście komiczny efekt.

Nie było to jednorazowe spotkanie, bo drugi raz zauważyliśmy go w schronisku na połoninie Wetlińskie i tam dowiedzieliśmy się o nim troszkę więcej. Znaczy się, że mieszka w Paryżu, jest kucharzem, a z wykształcenia filozofem. Do Polski przyjeżdża w Bieszczady i na wspomniany festiwal. Zaprosił nas jeszcze do Ostródy i więcej już mieliśmy go nie spotkać.

Wędkarz
Cały kosmopolityzm Wetliny polega na tym, że o ile do Ustrzyk przyjeżdża się głównie dlatego, że jest blisko w góry i się po tych górach chodzi, to do Wetliny przyjeżdża się głównie dlatego, ze jest fajna zabawa i się pije. Ostatnią osobą jaką spotkaliśmy pierwszego dnia tamże był Wędkarz. Stoimy sobie popołudniową porą, nad potoczkiem, uroczym bardzo, gdy zbliża się do nas koleś. Sądząc po pewnym kroku, pijany w miarę. Niesie ze sobą sporych rozmiarów badyla i pyta się nas, czy nie będzie nam przeszkadzać jak trochę kija pomoczy. My, że nie, więc on wkłada swój kij do wody i moczy. Dosłownie. Po jakiejś minucie ta zabawa mu się nudzi, i mówi ''Byzytrągi nie chcą łapać. To są jakieś Byzydury są.” Zaczynamy go więc pocieszać. On mówi, że przyjechał tutaj w celu codziennego upijania się i że jest świetnie i wogóle jesteśmy fajni. Rzucamy sobie cytatami z filmów, a potem kamieniami przez rzeczkę. Puszczamy trochę kaczek, a nasz towarzysz mówi, że musi nas przeprosić i udaje się w sobie tylko znanym kierunku. Jedno trzeba przyznać: Wetlina ma klimat. Ale najlepsze było wciąż jeszcze przed nami.

 
piątek, 15 grudnia 2006
Nie zapomniałem hasła, adresu, nie wpadłem pod tramwaj, nie uciekłem z domu, nie zapiłem się na śmierć, nie straciłem ochoty na pisanie, nie mam czasu. I to jest prozaiczny powód, przez który jest tu tak cicho i pusto. Notka kolejna pisze się... już któryś tydzień. Zachęcam więc, po prostu dodać tą stronkę do RSS'ów (w Operze i Firefoxie taki pomarańczowy kwadracik z boku pasku adresu) i jak coś napiszę, to samo magicznym sposobem pojawi się wam o tym informacja. A kiedy, to już inna sprawa, obiecać nic nie mogę.

Wczoraj miałem niewątpliwą przyjemność uczestniczyć w spotkaniu z Januszem Korwinem Mikke, zorganiowanym na wydziale. Aulę wypełnił gdzieś w połowie i opowiadał w sumie to samo co Cyc, ale miał lepszą argumentację. I mniej seplenił.

Zaczęło się o tym, że od dziecka nas okłamują, zwłaszcza w telewizji. Potem yło i o socjaliźmie i o kapitaliźmie, Pinochecie, czemu demokracja jest zła, a monarcha nie, o ostatnich wyborach, o wspólnocie europejskiej (bo UE nie istnieje), o wolności, o podatkach, efektywności i parę słów o matematyce. Co innego przeczytać o tym w gazecie, a co innego usłyszeć o tym na wykładzie. Do paru kwestii w które nie wierzyłem, zostałem przekonany, bo argumentować pan JKM umie. Okazało się nadto, że jest on wielkim opytmistą: uważa, że obecny sytem się załamie już za jakieś 15 lat, nastąpi przewrót, kotrrewolucja się dokona i będziemy żyli w normalnym kraju. A jak nie, to mówi, że i tak z głodu nie pomrzemy, ale szkoda, że tyle pieniędzy się marnuje. Jeśli nie wiecie o co w tym wszystkim chodzi, zadajcie pytanie Cycowi (link wyżej), a on chętnie wam odpowie, lubi dyskutować.

Sam JKM jest wysoki, sympatyczny i inteligenty, sypie gęsto anegdotami i nazwiskami. Mówił, że jakbyśmy szukali kandydata na króla, to on ma dobre inicjały.Na koniec uścisnąłem rękę, dostałem wizytówkę i zachętę by zacząć działać i wstąpić do partii. Choć do tego mnie na razie nie ciągnie. Wyszedłem z uśmiechem, napełniony optymizmem co do przyszłości, naprawdę pod wrażeniem spotkania.

I zrozumiałem, że niestety JKM to raczej teoretyk, a nie praktyk.