Dark side of the moon The Wall Wish You Were Here Achtung Baby HTDAAB Led Zeppelin Led Zeppelin Led Zeppelin Led Zeppelin Use Your Illusion I Use Your Illusion II Coma Dżem Nowoczesne przeglądarki
poniedziałek, 31 grudnia 2007

Nowy rok rozpocząłem czując smak alkoholu w ustach. Obudziłem się u Rufjana na podłodze, wciąż jeszcze pijany, z nogą drżącą po wczorajszej zabawie. Pieszczenie się elektrostymulatorem i tworzenie różnych rodzajów obwodów (łącznie ze zdjęciem skarpetek i puszczaniem prądu przez stopy), poskutkowało kilkudniowymi zakwasami i obawami. O swoje zdrowie i o to czy jesteśmy normalni. Choć większe zagrożenie niosło dla nas odpalanie petard na poligonie. "Najważniejsze są dwie rzeczy." powiedział Piotrek do pani w kiosku, gdzie je kupował. "Mają być tanie i robić dużo huku." Petardy Widow Maker spełniany oba te warunki. Cud, że niektórzy z nas mają jeszcze ręce.

Potem zima się skończyła i wszystko wróciło do normy, przynajmniej z pozoru. Pierwsze Księgi Dża zostały opublikowane. Nie, nie wymyślone, bo Dża znaliśmy już wcześniej. Ale świat nie był gotowy na objawienie. Trwała wiosna: wygrywałem z Maćkiem w Cywilizację, zaczytywałem się w Gaimanie, a Piotruś zakładał swój fanclub.

I nagle to wszystko runęło jak domek z kart i siedziałem sam w pociągu na stacji Łódź Fabryczna, nie mając pojęcia co będę robił w następny weekend. Straciłem gorący czerwiec, przypominałem cień, który nie ma za kim podążać i nie bardzo wie co robić dalej. Postanowiłem jednak stawić czoła zmianom.

Znalazłem pracę, odwiedziłem po sześciu latach fryzjera i ściąłem włosy. Zaczęły się pełne imprez, szalone wakacje w rytmie Grindhous'a, przeplatanego z PJ Harvey, na których Rufi uczył się grillować od swojego brata. Pogromiliśmy Mazury, a wieczorami wsiadałem w samochód i z Kasią i Primem jeździliśmy grać w Monopoly u Ruflorda. Poznałem smak naleśników, bakalii i wtorkowych tańców w Parku.

Pearl Jam, Tori Amos i Rolling Stones. Trzy koncerty skondensowane w przeciągu kilku tygodni, każdy na swój sposób wyjątkowy i z zupełnie innym zabarwieniem emocjonalnym. Ale Stadion Śląski ma chyba największy ładunek magii.

Maciek się wyprowadził (przegrywałem w Cywilizajcę, ale oczywiście nie dlatego), zamieściłem więc ogłoszenie i znalazłem uroczą Współlokatorkę, która nauczyła mnie jak smakuje szpinak i do czego można podawać oliwki. I zrobiła mi makijaż na Andrzejki.

Olonalia z okazji przyjazdu Primosza (naszego człowieka w Anglii) połączyliśmy z wieczorem wróżb. Wystąpiłem w roli cyganki, która zaprawiona absyntem prawdę Ci powie. W pełnym przebraniu wróżyłem długośc penisów z rąk, przelewałem wosk, przez korkociąg (nie mielismy klucza) i wygłaszałem mowy o pogromcach tysięcy i nieszczycielu legionów. Pół ściany i kuchenki zalaliśmy woskiem, a Buczek był zalany jeszcze bardziej.

A za kilkanaście godzin zapukają do moich drzwi z szampanem i żurkiem w garnku, by powitać nowy rok. Czego im i Wam będę życzył na nowy rok?

Mężczyznom, by czuli sie jak bohater tej reklamy: 

Kobietom, by były bohaterkami tego klipu. 

A co według Was warte jest wspomnienia w tym roku?

piątek, 21 grudnia 2007

starszy od grzechu, a jego broda nie mogła już bardziej posiwieć. Chciał umrzeć.

Krasnale, żyjące w jaskiniach Arktyki nie znały jego języka, rozmawiały jednak we własnej szczebiotliwej mowie, i kiedy nie pracowały w fabrykach, odprawiały niezrozumiałe rytuały.

Każdego roku zmuszały go, mimo protestów i płaczu, do wyjścia w Wieczną Noc. Podczas swoich podróży zatrzymywał się obok każdego dziecka na świecie i zostawiał mu przy łóżku niewidzialny krasnoludzki prezent. Dzieci spały, uwięzione w czasie.

Zazdrościł Prometeuszowi i Lokiemu, Syzyfowi i Judaszowi. Jego kara była cięższa.

Ho.

Ho.

Ho.

 

by Neil Gaiman

środa, 12 grudnia 2007
Notka w dwóch wersjach.

Oto wersja dla tych, którzy czytali „Małego Księcia"

Led Zeppelin, to obok Queenu i The Doors, jeden z zespołów, których koncert mógłby wywołać u mnie uczucia podobne do tych wywołanych przez Gilmoura. O ile Queenu i Doorsów raczej ciężko będzie uświadczyć, to Zeppelinów można było dwa dni temu. I niestety mnie na tej imprezie zabrakło.

Wyobraźcie to sobie. Na scenę wychodzi Page, Plant, Jones i Bonham (syn oryginalnego perkusisty, który tak imprezował, że udławił się podczas wymiotowania w trakcie snu). Mają gitary, perkusję, prąd, fanów i zaczynają grać „Good Times, Bad Times". A później jest tylko lepiej, grają wszystko to co mają najlepsze (no może poza „Battle for everymore"). Ale na moje oko setlista idealna.

To, że był to ich pierwszy koncert za mojego życia, wynika z faktu, że większość moich ulubionych wykonawców, mogłaby być moimi rodzicami, jak nie dziadkami. Pociesza mnie tylko, to że wielbiciele Bacha i Mozarta są w gorszej sytuacji.

Teraz tak po cichutku i z maleńkim okruszkiem nadziei liczę na trasę po Europie...

Wersja dla tych, którzy nie czytali „Małego Księcia"

Pierwszy koncert Led Zeppelin od ponad dwudziestu lat.
20 tysięcy miejsc.
25 milionów chetnych.
Losowanie biletów po 125 funtów każdy.
Szansa trafienia: mniej niż 1:1000
Średnia cena biletu na e-bay: 2-3 tysiące funtów.
Najdroższy bilet: 83 tysiące euro.

Gdyby to byli Pink Floydzi, to bym brał kredyt...

środa, 05 grudnia 2007
Tysiące okropnych rzeczy, gnało nas tego ranka. Dodge Nexia, mignął kierunkowskazem i wypadł na Ursynowskie ulice, zatłoczone niczym zlew po imprezie. Nie patrzyłem w tylne lusterko, bo bałem się, co tam zobaczę. Przejechałem przez rondo i wrzuciłem czwórkę. Pod pedałem gazu wyczułem nieoczekiwany brak oporu. Wcisnąłem więc mocniej. Choć z trudem, ale Nexia to przełknęła. Przez kilka krótkich chwil byliśmy uratowani, oddalając się od zagrożenia. Właśnie wtedy wyrosło przed nami drugie rondo. Szybka redukcja i ostrym manewrem przejechaliśmy przez nie. I zaczęło się dziać coś dziwnego. Naciskanie pedału gazu, przestało przynosić rezulataty, a spod maski dobiegły nas dziwne, głuche dźwięki.

Gdybyśmy lecieli samolotem, to byłby ten moment, w którym łopatki śmigieł przestają się obracać, wydając przerażającą ciszę, a my zamieramy patrząc z niedowierzaniem na wskaźnik paliwa. Wiem, że kontrolka rezerwy świeciła się od kilku dni, ale przecież powinno jeszcze coś być na dnie baku. Nie było. Na próby dodania gazu, Dodge zareagował krztuszącym się jękiem. Wjechałem więc na parking, między budkami z azjatyckim żarciem, gdzie ostatnim wysiłkiem Nexi udało się zaparkować. Tylko raz zgasła po drodze. I razem z uroczą Współlokatorką ruszyliśmy pieszo do metra, by przypomieć sobie czym są ludzie pierogi...