Dark side of the moon The Wall Wish You Were Here Achtung Baby HTDAAB Led Zeppelin Led Zeppelin Led Zeppelin Led Zeppelin Use Your Illusion I Use Your Illusion II Coma Dżem Nowoczesne przeglądarki
czwartek, 20 marca 2008

Dzisiejsza notka jest wyjątkowa. Standardowy tekst został zastąpiony przez podcast , lub też jak to kominek mówi notkę głosową, którą popełniłem inspirowany butelką mołdawskiego wina i szampanem. Idea jest prosta: możecie to nagrać na odtwarzacz mp3 i słuchać w siłowni, w drodze do pracy, lub obierając ziemniaki.

W poniższym linku znajdziecie między innymi:

  • Przepis jak należy pić absynt
  • Lap Dance (lepszy niż w Grindhousie)
  • Szczyptę seksu
  • Gościnne wspominanego Cyca
  • Trochę głosu tJednego

Warto dodać, że asystowała mi urocza Ola, a cała audycja podlana jest tak jak lubicie dużą dawką alkoholu.

UPDATE 

Pierwszy dźwięk: Jak pić Absynt - czyli tjeden.blox.pl głosowo Teraz już powinno działać. (plik ma koło 28Mb).

Miłego słuchania! :)

poniedziałek, 17 marca 2008

Mój przyjaciel Slash, którego odwiedziłem spędzając bardzo udany weekend we Wrocławiu, dostał ostatnio list od sąsiadów. Poruszyli oni w nim problem akustyki Wrocławskich bloków. Trzeba przyznać, że zrobili to jednak na poziomie. (Kliknij w obrazek, by otrzymać powiększoną wersję)

Rdzenni mieszkańcy

Tak, to właśnie w tym mieszkaniu, graliśmy na dwie gitary piosenki Comy i Pearl Jamu. Do trzeciej w nocy. Slash, mówił, że nikomu to nie przeszkadza...

 

wtorek, 11 marca 2008
Na zewnątrz muru

Miałem wątpliwości czy jechać na koncert The Australian Pink Floyd Show, oficjalnego cover bandu Floydów. Co prawda, podobno grają jak oryginalni, a ich koncerty mają bardzo dobrą oprawę wizualną opartą o to co robili Floydzi, ale z drugiej strony, to przecież tylko namiastka. Jednak obejrzenie ich kilku klipów na youtubie ostatecznie mnie przekonało jakieś dwa tygodnie temu, grają świetnie. I wtedy się okazało, że biletów praktycznie nie ma, a te co są, to są daleko z boku i wysoko. Jak się nie ma co się lubi, to się ma co się nie lubi, kupiłem więc taki bilet i pojechałem.

Pokaż Spodku co masz w środku

Spodek miał w środku scenę, czyli otoczony światłami półokrągły ekran z dodatkowym okręgiem świateł w środku. W stylu tej na Pulsie, tyle że pewnie nieco mniejsza. Miejsce takie znowu najgorsze się nie trafiło, ale kilka lin dokładnie na osi oczy-scena, to nie jest szczyt marzeń.

W błysku reflektorów

Loga Australian Pink FloydZgasły światła, dają się słyszeć pierwsze dźwięki z The Wall i wchodzą ostro z In the Flesh. W miejscu gdzie siedziałem jest troszkę za cicho (ludzie na wprost sceny nie mieli takich problemów), ale tylko troszkę. Początek Ściany na żywo ma potężną moc, a zespół zdecydwoanie daje radę. Głosy bardzo podobne do Davida i Rogera, instrumenty też. Kupuję to. Owszem, różnią się od oryginału, ale taka jest specyfika koncertów, że gra się je inaczej niż w studiu. Publiczność też to kupuje, bo już przy pierwszym Another Brick in the Wall rozpoczyna się klaskanie.

Cegły

Światło znów gaśnie. Słychać nadlatujący helikopter, a dwa białe reflektory przeczesują ciemny spodek, by skupić się na osobie siedzącej w jednym z pierwszych rzędów. Słychać The Happiest Day of Our Lives i tuż po nim przy rozbłyskającyh światłach i świetnym śpiewie chóru trzech pięknych kobiet rusza We Don't Need No Education z rozbudowaną solówką. Tak wiem, że tytuł jest inny, ale większość populacji kojarzy to w ten sposób. Jak dotąd grają całego Walla po kolei, teraz przyszła pora na Mother. Piosenkę którą chyba najbardziej chciałbym usłyszeć. I słyszę... tyle, że Learning to Fly. Szkoda jednak, że nie zagrali całego albumu, ale podobnomają w planach odtworzenie trasy z The Wall, ze spadającymi kartonowymi cegłami na publiczność. Na to się piszę na pewno.

Wielki różowy złowieszczy kangur

Wielki różowy złowieszczy kangurWarto dodać, że z tyłu sceny praktycznie cały czas pojawiają się animacje, oparte na Floydowskich, tyle, że w każdej z nich pojawia się motyw kangura, a to maszerujące młoty, mają na trzonkach kangury, albo ręka z Wish You Were Here zamienia się w kangura. Z jednej strony trochę to psuje klimat, bo prawie się zapomina, że to cover band, a tu nagle widzisz różowego kangura. Z drugiej jednak się chłopaki odróżniają trochę. Money i Keep Talking trzymają poziom, a potem cicho słychać perkusję.. i grają One of these days. Wielkie wow, bo miałem cichą nadzieję na ten utwór (wolałem go niż Echoes, bo Echoes słyszałem w Gdańsku). Oklaski wzbudziło pojawienie się pod koniec piosenki wielkiego, dmuchanego, różowego kangura, który ze złowieszczym usmiechem podskakiwał do rytmu na środku sceny.

oni, a ONI

Potem była przerwa, a po przerwie Shine on. Ponieważ nie było grania na kieliszkach i słyszałem to już na żywo, więc na kolana mnie nie powaliło. Zresztą generalnie zasada była taka, że jak coś słyszałem u Gilmoura na żywo, to tutaj podobało mi się średnio. Za to piosenki, które słyszałem pierwszy raz wywoływały euforyczne emocje. Tak samo było z następnym Timem, który wciąż brzmiał świetnie, ale zabrakło emocji przy słuchaniu. Ot chłopaki udowadniają, że muzyka broni się sama, ale do góry nie skaczę, bo nie słyszę idoli.

Wyśpiewana solówka

Kangur z Wish You Were HereThe Great Gig In The Sky to praktycznie kilkuminutowy popis wokalny, w którym solówka gitary elektrycznej jest po prostu wyśpiewana. Normalnie na koncertach robią to trzy dziewczyny. Tym razem wszystko zaśpiewała Polka - Ola Bieńkowśka, która dostała potężne brawa. Jak odsłuchuję bootleg, to słychać kilka razy drobne przekłamania, ale w Spodku oczarawała chyba całą publiczność. Nie wiem ile osób potrafiłoby tą partię zaśpiewać równie dobrze co ona, myślę że niewiele.

Plecami do ściany

Potem z genialnym Hey You powrót do ściany, Empty Spaces i Young Lust, ten ostatni trochę taki dziwny, coś nie zagrało. Ale mimo wszystko znów uświadamiam sobie, że The Wall to dla mnie jest i będzie numer jeden. Po Wish You Were Here Ola przedstawia zespół i mówi parę słów od siebie, jak to się cieszy, że mogła tu wystąpić i że basista jest chory i ciężko mu występować. I rzeczywiśćie słychać to w następnym Comfortably Numb.

Kula

Comfortably Numb. Do tej piosenki byłem pod wrażaniem. Po niej powiem krótko. Spieprzyli. Nie chodziło o to, że wokal nie dał rady. Mógł nie dać. Nie chodziło o to, że chórki będą złe. Nie były. Chodziło o solówkę. Nie zagrała, było widać rzemiosło, zabrakło geniuszu. Obracająca się kula rzucająca magiczne światło na scenę nie uratowała show. Kula była trochę za mała za niska i się nie rozkładała, choć i tak miała swój klimat. A tak na prawdę, to po prostu na scenie zabrakło Davida Gilmoura, który sprawiłby, że gitara osiągnełaby szczyt swoich możliwości, a ja muzycznego spełnienia.

Świnia

Na bis był Run Like Hell. Bardziej niż na muzyce skupiłem się na gigantycznej, olbrzymiej, większej niż ciężarówka, mordzie świni (a raczej knura), która wyłoniła się z boku sceny i ze swymi świecącymi na czerwono ślepiami po prostu robiła niesamowite wrażenie. End of The Show.

Świnia z The Australian Pink Floyd Show

 

 

 

Posłowie (Peeselu)

Byli dobrzy, byli świetni. Oprawa wizualna naprawdę więcej niż daje rade. Show pierwowzoru musiało być Genialne. Gdybym miał lepsze miejsca, to myślę, że mógłbym być powalony dźwiękiem. W końcu to Muzyka Którą Lubię Grana Na Żywo. Tak, mimo tego, że kilka wykonań mi się nie podobało, to jeśli przyjadą, bez wahania pójdę raz jeszcze. Szkoda tylko, że to nie Pink Floyd...