Dark side of the moon The Wall Wish You Were Here Achtung Baby HTDAAB Led Zeppelin Led Zeppelin Led Zeppelin Led Zeppelin Use Your Illusion I Use Your Illusion II Coma Dżem Nowoczesne przeglądarki
niedziela, 30 kwietnia 2006
Dziś będzie bez zdjęcia, krótko, ale za to z dwoma linkami.
http://galera.ii.pw.edu.pl/proz to normalna podstrona mojej Alma Mater, na której zamieszczone są opisy projektów do wykonania. Ale wystarczy drobna literówka zamieniająca edu na edy i nasza strona nabiera zupełnie innego wyrazu. Moja twarz także, zwłaszcza, gdy dzieje się to w czasie laboratorium, a prowadzacy stoi tuż przed tobą. Ale Uwaga! Ostrzegam, osoby wrażliwsze i nieciekawe świata (a są takie?) niech lepiej sobie darują sprawdzenie na jaką stronę wchodzą, tydzież trzymają myszkę nad przyciskiem wstecz, dla bezpieczeństwa. :) Ja was nie zachęcam, do wchodzenia tam, bo jeśli jesteście niepełnoletni, to może nawet pod paragraf to się kwalifikuje. :)

P.S. Dla wielbicieli boskiej Kim, dziś o 20 na Canal+  film "Drzwi w podłodze", z którego to pochodzi ostatnio Jej zamieszczone zdjęcie.
poniedziałek, 24 kwietnia 2006
Dostałem nieco ponad roczek temu, od mojego frienda płytkę Normalsów. Nawet jej namiętnie słuchałem, toteż, gdy wieść gminna się rozniosła iż w mieście Łodzi* formacja ta występuje, z wielkim zapałem na koncert pospieszyłem.
Dekompresja, miejsce znane mi dotąd jeno z opowiadań o cudownych Comcertach, okazało się czymś w rodzaju opuszczonej fabryki, ale z zewnątrz robiącej wrażenie. Z bliska już nie. Cóż powiedzieć, że jest to klub raczej kameralny, z jednym dużym pomieszczeniem, gdzie się wszystko odbywa, ciekawe grafitii na ścianach, nawet pinkflojdowskie. Klub kameralny, głównie po temu, że kontakt z szatnią odbywał się przez malutkie okienko, dzięki któremu w kolejce robiło się bardzo przytulnie (w swojej kurtce urwałem tylko wieszak), co zaowocowało tym, że gdy w końcu oddałem kurtkę, to było już po dwóch pierwszych piosenkach, (mimo, iż przyszliśmy przed czasem). Oddawszy odzienie wierzchnie udaliśmy się bliżej sceny, celem odbycia koncertu.
No i teraz najtrudniejsza część. Niby normalsi grali poprawnie, cudowne "gdy do nieba znajdę schody", jak też kilka innych utworów, ogólnie bardzo miłe, przyjemne rockowe granie, ale.... Chyba się nie wczuliśmy w klimat zbytnio. Idąc na koncert oczekiwałem czegoś bardziej smutniejszego?, może bardziej poruszającego, a czułem się jak na jakichś Puddle of Mudd. Głównie było to spowodowwane widownią, a dokładniej tabunami młodych nirvanek i świeżo upieczonych chłopaków z gimanzjum, co właśnie postanowili zapuścić włosy i przestać się myć. Wiem, że byłem dokładnie taki sam, ale chyba się już zestarzałem i coraz mniej bawi mnie skakanie przez dwie godziny i kręcenie dyńką, a może to kondycja już nie ta. Dzięki nim, poczułem się jak na zwykłym rockowym koncercie, a nie, na wyjątkowym wydarzeniu. Owszem na kilku piosenkach, sam rzuciłęm się w wir, ale jakoś nie pasuje mi tańczyć, przy piosenkach o aborcji, wśród samych osób młodszych ode mnie. :/ Może, jest to spowodowane, tym, że ostatnio nie brakowało dobrych, nawet bardzo koncertów i ten po prostu nie powalił mnie na kolana. W chwili, gdy usłyszałem Polly (przyjętę z wielkim aplauzem, przez rzesze Nirvanek) udałem się po piwo, później po drugie. Średnio one pomogły, choć dwie rzeczy zrobiły na mnie wrażenie:
1. Frontman rzucający się ze sceny. Niby nic nadzwyczajengo, ale on wziął ze sobą gitarę, co było dość spektakularne, choć niezbyt celnie trafiał w struny, leżąc na plecach. Ale rispekta.
2. Na początku myślałem, że chłopaków jest trzech, ale pod koniec koncertu okazało się, że nie miałem racji. Czwarty koleś siedział cały czas na krzesełku, prawie poza sceną, grając sobie po prostu swoje na gitarce. Czyli tak jak lubię.
Uśmiech politowania zarówno u mnie jak i Torianne, wzbudziło ponowne Polly na bis, całkowicie wg. mnie grzebiące ten koncert. Zazwczyaj po zobaczeniu kogoś na żywo, słucham go potem namiętnie, tu było odwrotnie i od dłuższego czasu, jakoś mię do Normalsów nie ciągnie. Liczyłem na coś wyjątkowego, a dostałem po prostu chłopaków, którzy mają gitary i chcą sobie pograć, bo na to laski lecą. Takie odniosłem wrażenie. Może gdybym był kilka lat młodszy, to bym ten koncert rozpamiętywał, a tak to nawet trochę mi było szkoda pieniędzy. Teraz Normalsi wydają drugą płytę, ale ja się chyba nie skuszę.



P.S. Powinny się w komentarzach pojawiać przyobiecane dwie dodatkowe recenzje. :) A tu możebym ich lepiej ocenił, gdyby nie to, że dziś przed piątą muszę wstać, co mnie bynajmniej w dobry nastrój nie wprowadza, dlatego dziś tak smutno. Ale na osłodę macie zawsze boską Kim. ;) No i czyż nie wyszło przezabawnie? :)

*Niektórzy Łodzianie, wielką wagę przywiązują do tego, coby mowić "w mieście Łodzi", miast "w Łodzi", ja osobiście lubię formę: "w mieście tkaczy i szwaczek", choć dziś chyba najbardziej pasuje: "w mieście philipsa i gilette".


P.S. z 27 maja. Drobna korekta, na samym końcu to nie było 'Polly', lylko 'Lithium'. Po prostu zapomniałem po czterech miesiącach.
wtorek, 18 kwietnia 2006
Trochę porządki zrobiłem, pojawiło się kilka kategorii tematycznych, możliwe, że jeszcze trochę się pojawi. Tak, że teraz można sortować notki, zachęcam jednak do lektury wszystkich. W związku z pytaniami, tudzież pojawiającymi się zarzutami, że mam poślizg czteromiesięczny, odpowiadam, że po prostu o paru rzeczach chcę napisać i robię to, jak tylko mam troszkę czasu. Ale mam nadzieję w miarę szybko nadrabiać zaległości (głównie Moving to Alternatywy) i za jakiś czas, jak dobrze pójdzie być na bieżąco. :) Jak się uda, to także notki będą częściej niż raz w tygodniu, ale potrzebuję mobilizacji. :)

Przy okazji chciałbym Wam przybliżyć postać największego spamiarza naszego wydziału, pana Z. który to wysyła nam nałogowo e-maile, a gdy w ciągu czterech dni nie dostaniemy ani jednego listu, to zaczynamy się martwić, czy nic mu się nie stało. Standarowa dzienna porcja lsitów wygląda tak:

List 1
Witam, jako uzupełnienie jutrzejszego wykładu przesyłam Państwu schemat wzamcniacza tranzystorowego w układzie wspólnej bazy. Jednocześnie uprzedzam, że na jutrzejszym wykładzie pojawi się błąd na tablicy spowodowany moją nieuwagą, za co bardzo serdecznie Państwa przepraszam. Chciałbym jeszcze dodać... /*Tu następują jakieś szczegóły technicznie, dotyczące omawianego tematu, kótrych i tak już nikt nie czyta, ani tym bardziej rozumie, po czym pojawia się załącznik */

Załącznik:


/*Zazwyczaj po godzince pojawia się drugi list.*/

List2
Na wstępie drobne sprostowanie - pomyliły mi się pliki, przesłałem Państwu nagie zdjęcia Kim Basinger, zamiast naszego schematu, którego poprawioną wersję (do porzedniej wkradł się błąd) przysyłam teraz.

/*Tu przychodzi najczęściej list bez załączników, a po kwadransie pojawia się trzeci. */

List 3
No i wyszło przezabawnie. Okazało się, że kartka, która Państwu wysłałem, była do góry nogami, a dodatkowo nie załączył się załącznik. Tym razem przesyłam Państwu już poprawiony schemat.

Załącznik:


/*P.S. Te lsity naprawdę tak wyglądają, większość zwrotów zaczerpnięta z oryginalnych listów pana Z. Dlatego większość studentów ma w programie pocztowym specjalny katalog "Uele-spam", gdzie automatycznie trafiają wszelki lsity pana Z.
P.S.2. Tak, to powyżej to autentyczna pisanka, z mojego wielkanocnego stołu, zrobiony 100% przeze mnie.
P.S.3. Osobiście Kim Basinger mi się nie podoba. :)
P.S.4. Zauważyłem literówkę w słowie listy-lsity i to trzy razy, widocznie to znak i nie będę tego zmieniał. */
sobota, 15 kwietnia 2006
Cóź, wypada tu złożyć wszystkim czytelnikom życzenia świątęczne: dużo białej kiełbasy, zdrowych kurczaczków, smacznych jajek :) i zalanego poniedziałku. Aha, z cyklu świąteczne rady, to odradzam próbę generalnego sprzątania, bo w moim przypadku zaczyna się to tak, że wszystko wywalam z szaf na podłogę, a potem nie mogąc tego posegregować próbuję to wszystko wrzucić spowrotem, gdzie było. :)
Nie mogło też zabraknąć świątecznego zajączka, a że ten tu nawiązuje tematycznie, do Bożonarodzenio renifera, przeto akurat on wybran przeze mnie został.


wtorek, 11 kwietnia 2006
Odcinek 5: Olonalia

Nie mogło to być, coby parapetówki nie zrobić, a że Taki Jeden dodatkowo Analizę, po ciężkich bojach zaliczył, przeto okazja do świętowania (jeszcze przed świętami), była duża.
Zaczęło się niewinnie: rano jakieś piwko w City, jedno drugie, jadę do Cyca, bo dzień taki leniwy, a na wieczór trzeba być w formie. Po drodze jakiś sklep, jakieś dwa piwa, lądujemy u Cyca, gdzie zostaję uraczony bardzo dobrym spaghetti (nie wolno pić na głodniaka) i oglądam sobie Cartoon Network. Jako, że święta się zbliżały, a kolega nie miał jeszcze dla swej dziewczyny prezentu, usłyszawszy o moim (taki słodki miesiek z fabryki miśków, któremu wrzuca się nagranie swojego głosu i potem jak się go ściśnie, to mówi, twoim głosem), pomysł uznał za zacny i do centrum ruszyliśmy, celem nabycia dobra świątecznego. Wybór misia okazał się sprawą niełatwą “ten jest taki słodki, a ten jeszcze bardziej”, ale w obliczu nagrania swojego głosu była to kwestia raczej błaha. Po głębszym namyśle uznaliśmy, że miś mówiący “kopytko”, tudzież “loda szmato”, nie byłby najlepszym prezentem, a stanęło na romantycznym: “kochom Cie”, które to kolega Cyc kilkukrotnie nagrywać musiał. Zadowoleni, pani nam wypełniła misia, po czym wrzuciła do środka urządzonko z nagranym Cycowym głosem. W kasie spotkała nas miła niespodzianka, bo pani nam nie uwierzyła, że misiek mówi i policzyła jak za takiego bez głosu. Może wynikało to z faktu, że kolega Cyc po kilku piwach nie był zbyt przekonywujący, a poza tym nie mówił tego zbyt głośno, ale skoro pani twierdzi, że miś nie mówi, to nie będziemy się kłócić w tym przedświątecznym nastroju. Miś zapakowany wraz z metryką do misiowego domku, a my udaliśmy się na Wspólną, coby Maćka na imprezę wyciągnąć. Po krótkim przywitaniu: “Hej Maciek, masz absynt?” załadowaliśmy się w metro, celem dotarcia do Tesco, gdzie dokonaliśmy niezbędnych zakupów w stylu: paluszki TKZ*, napój gazowany TKZ, kefir TKZ (na rano, na szczęscie nie miałem przyjemności go próbowac), jakaś wódka, może jeszcze trochę paluszków TKZ, może jeszcze jakaś wódka. Tu naszą uwagę przykuła bodajże Polarna Gwiazda, mająca wygląd (a co ważne także i cenę) niczym wódka TKZ. (Szukaliśmy takiej, ale ku naszemu smutkowi i radości naszych wątrób nie znaleźliśmy). Na szczęscie udało mi się oprzeć szaleństwie niskiej ceny i dorzuciłem do wózka małego, pamiętnego Złotego Kłosa**. Były lekkie problemy z dotarciem wszystkich zainteresowanych białą literaturą na miejsce, gdyż niektórzy, poszli w przeciwnym kierunku i tylko telefon uratował ich od zawędrowania z Ursynowa na Żoliborz: “Widzisz, do Ciebie się idzie, tą drogą, o której Ola powiedziała, że to na pewno nie tędy.”
Reszta wieczoru minęła jak na prawdziwe Olonalia przystało, czyli na wspólnym szybkim czytaniu przeróżnych lektur przerywanym czasem dysputą na tematy rolnicze: “Dmowski powiedział, że żydzi są solą, tej ziemi. A czy widział, ktoś, żeby coś urosło na ziemi, która jest zbyt przesolona?”A gdy kolega Cyc, zaniemógł, odmówił dalszego czytania i zasnął, Rófjan, nie zważając, na nasze protesty uznał, że wszyscy muszą się zachwycać naszą literaturą. Po czym przelał treść noweli z kieliszka, wprost do Cycowego ucha, nie zwracając uwagi na nasze wołanie, nie tyle dobrem kolegi wtedy już podyktowane, ale co bardziej pragmatycznymi względami: “Przestań *****, bo wódkę marnujesz!” Po wylaniu zupki chińskiej na stół, doczytaniu reszty książek, gdy wydawało się, że już ani kartki nie zostało, wyciągnąłem Złoty Kłos, który to ostatecznie imprezę zakończył, gdyż niektórzy, ze względu na ból oczu, czytać więcej nie mogli. Połowa osób poszła do domu, połowa poszła później, a połowa została.
Budzę się rano, trochę jeszczę w głowie wiruje, nie mówiąc, o tym, że głowa boli niemożebnie. Zaglądam do ubikacji. Patrzę, nie ma papieru toaletowego, a pamiętam, że przed pójściem spać kładłem nowy. Jestem tego absolutnie pewny. Ze smutną świadomością, że ktoś musiał w nocy z nadmiaru czytania, swoimi refleksjami się podzielić i cały zapas na czyszczenie zabrudzonych powierzchni zużył, udałem się na obchód, ze zdumieniem spostrzegając, iż wszystko czyste jest. Z myślą:“Cóż, widocznie nie kładłem nowego papieru w nocy”, poszedłem spać jeszcze. Ranek uprzyjemnił mi fakt, że wirowanie dzięki sile odśrodkowej wyrzuciło ze mnie nadmiar wiedzy, co słysząc Cyc, począł się ze mnie umierającego bezczelnie śmiać. Ogólnie impreza się udała, nawet zwróciła, a tajemnicze zniknięcie papieru wyjaśnił mi po południu Rófjan:” Wiesz Olo, papier toaletowy ci ukradłem. Nie wiem czemu, uznałem, że to będzie bardzo śmieszne.”
Do dziś mi skurczybyk tej rolki nie oddał.


*TKZ- Tesco Korzystny Zakup.
**Złoty kłos- bardzo dobry trunek, kojarzony przeze mnie z weselem Siostry Torianne, po którym to weselu chorowałem 3 miesiące, a dzięki jednej z wyniesionych butelek, po raz pierwszy udało mi się sponiewierać na własnym wydziale, w czasie pamiętnej imprezy na początku studiów***
***Impreza odbywała się na naszym wydziale, a dokładniej w klubie studenckim Amplitron, gdzie to grał DJ'Gaik, a ja piłem owego złotego kłosa, popijając go piwem. A gdy zobaczyłem, że już go niewiele zostało, to dokończyłem na raz, po czym Primosz zaczął mi wmawiać, że widzę owieczki. Nie jestem do końca pewien, czy rzeczywiście ich wtedy nie widziałem. Dodatkową atrakcją, była moja modlitwa do Politechniki, gdy stanąłęm na placu z rozłożonymi rękoma, modląc się do mojej Alma Mater o pozostawienie mnie na swoim łonie. Powrót do domu udał się tylko dzięki temu, że nie przespałem przystanku (co się prawie stało.) Jakiś czas po imprezie klub zamknięto, rzekomo z powodu remontu, który do dziś się nie skończył. (Nie wiem w sumie czy się kiedykolwiek zaczął.)



środa, 05 kwietnia 2006

Odcinek 4: Pierwsi goście

Urządziwszy się już jako tako, można było zaprosić gości. Pierwszą osobą oczywiście była Kochana Torianne, która przyjechała do mnie jako i okazja była po temu, by powitać w Warshua, do kraju wracającego Hamleta. Odebrawszy moje szczęście z Zoo Station, pojechaliśmy do mnie witać się z zamiarem do sklepu udania się celem nabycia artykułów ogólnospożywczych (coś do jedzenia i wino). Witanie jednak na tyle nam się przedłużyło, iż wyszliśmy do sklepu dopiero przed 22, a ja byłem już w stanie lekko wskazującym. Lidl (dokładnie ten sam, który występuje w reklamie telewizyjnej) jest tani, ale okazał się zamknięty, co zmusiło nas do długiego dziesięciominutowego marszu na mrozie, brnąc w śniegu do pobliskiego hipermarketu. Zakupy były sympatycze, pełen dobrego humoru uśmiechałem się do innych klientów, pamiętam, że próbowałem do niektórych zagadywać tudzież machać, ale Torianne, chłodziła moje zapędy, do zbratania się z każdym przechądzącym człowiekiem. Mimo wszystko udało się zakupy zrobić przed zamknięciem i już chwilkę po północy delektowaliśmy się pysznymi nocnymi frytkami (patrz jeden z poprzednich wpisów). No ale trzeba było iśc spać, bo nad ranem Hamlet miał przyjechać, a my podjeliśmy się ważnego zadania przywitania go w kraju.
Trochę nam to nie wyszło. Możnaby powiedzieć, że lekko zaspaliśmy, ale nie byłoby to całkowicie zgodne z prawdą. Cóż po prostu Torianne, uznała, że nie wypada się pokazać przybyszowi z zagranicy z nieumytmi włoskami, a poza tym trzeba było rano coś przekąsić. Jeśli pamiętacie zimę w grudniu, to naprawdę, to nie mógł chyba być wtedy taki wielki mróz, skoro Hamlet wytrzymał na nim godzinkę czekając na nas(lekko spóźnionych) w jeansowej kurtałce.
Reszta pobytu przebiegała bez zakłóceń. Dowiedzieliśmy się wiele o zwierzątkach, o inseminacji świn*, o ochydnym smaku duńskiego piwa (ani to smakuje, ani alkoholu nie ma prawie wogóle). A wieczorem udaliśmy się na wycieczkę po stolycy, gdzie ja jako rodowity, z dziada prradziada warszawiak od roku, występowałem w roli przewodnika: “Tu jest Polibuda, tu jest choinka, tu Pałac Kultury, a tu jestem ja i wracajmy do mnie na wino, bo się zimno robi.

*Bardzo frapujący mnie temat. Puszcza się w zagrodzie odgłos knura, albo też wpuszcza się jednego, aby świnki odpowiednio się podnieciły. Następnie siada się wybrance na grzbiecie, ściska kolankami, a ona wtedy myśli, że to samiec ją dosiada. Dalej jest już z górki. Wystarczy podnieść ogonek i wsunąc materiał genetyczny gdzie trzeba, a następnie poczekać, aż urodzą się małe.

poniedziałek, 03 kwietnia 2006

Odcinek 3: Anioł

Coż, może to nie taki prawidziwy Anioł, jeno zwykły Pan Cieć, któren to siedzi przy drzwiach i wizytuje gości. A szczerze mówiąc to tylko siedzi, bo jak po raz pierwszy odwiedzali mnie koledzy, to nikt ich nie pytał do kogo idą, więc do końca nie rozumiem zasadności jego obecności, może poza tym, że przy wejściu/wyjściu wypada powiedzieć dzień dobry (Mamusia tak wychowała). Ponieważ głupio tak tylko wymieniać codziennie uprzejmości, razu pewnego zacząłem rozmawiać z Panem Ciecie i dowiedziałem się, że stróżowanie, to wcale nie taka łatwa praca. Niby w końcu jest telewizor, krzesełeczko i kawka, tudzież cherbatka, ale tak naprawde to akurat tutaj mu się średnio pracuje. Zdrzemnąć się dobrze nie da, bo co chwilę ktoś wchodzi lub wychodzi, a na przykład ci tu spod dziewiątki wczoraj imprezowali i o drugiej w nocu po piwo biegali i człowiekowi spać nie dali. Jeszcze na obchód czasem trzeba iść, a tu błoto wielkie panie, że sobie trzewiki ubłocić całe można. Jednym słowem ciężkie dykty. Nie to co na ten przykład na takiej budowie. Tam jak jest pakamera i we dwóch się siedzi, to jeden zawsze spać może, a i nikt nie chodzi i nie przeszkadza. Uświadomiony tym doniosłym faktem, jaka to niesamowicie ciężka praca jest, w której to spać się nie da pożegnałem się z Panem Cieciem i udałęm się rozmyślać nad jego ciężkim losem. Choć szczerze mówiąc, to mu nie zazdroszczę. Siedzenie kilka godzin dziennie nic nie robiąc, potrafi człowieka wymęczyć, zwłaszcza w czwartki na 6 godzinach wykładów.