Dark side of the moon The Wall Wish You Were Here Achtung Baby HTDAAB Led Zeppelin Led Zeppelin Led Zeppelin Led Zeppelin Use Your Illusion I Use Your Illusion II Coma Dżem Nowoczesne przeglądarki
sobota, 28 kwietnia 2007
Potrzebowaliśmy z Maćkiem serwer. Części się uzbierały, brakowało tylko obudowy. Biała plastikowa obudowa znudziła się już wszystkim. Teraz drewno jest na topie, więc rabimy z drewna. Tak ogółem, co jest nam potrzebne, żeby zrobić własnoręczną obudowę:
  • Deski. To główny element i zarazem najdroższy. W zależności od rodzaju drewna od 30 do 80zł powinno wystarczyć.
  • Śrubki. Lepiej  niż gwoździe, radzą sobie z drewnem (zwłaszcza takim ja użyta przez nas sosna). Potrzeba kilkunastu długich i kilkunastu krótkich. Koszt to kilka złotych.
  • Chcemy żeby komputer był otwierany od góry. Do tego celu potrzebujemy dwóch zawiasów i magnes. To też można dostać za pare złotych.
Plus trochę niezbędnych narzędzi:
  • Srubokręt.
  • Drugi śrubokręt (żeby dwie osoby mogły wkręcać naraz).
  • Młotek.
  • Papier ścierny.
  • Wyżynarka. Ważne! Dobra wyżynarka ułatwia pracę. Jak nie masz, to kup, pożycz od sąsiada lub wynieś z Obi. Maciek kupił jedną specjalnie na tę okazję.
Zabieramy się do pracy. Wycinamy dół, boki i przód. Skręcamy wszystko (delikatnie, aby drewno nie popękało). Płytę główną pod którą jest gąbka mocujemy też śrubami.

pierwszy rzut oka na drewnianą obudowę

Po prawej widać wyciętą wcześniej wnękę na zasilacz. Bierzemy się za wycinanie stelaża, (dwie listewki) który przytrzyma nam dysk twardy i jednocześnie stanowić będzie podstawkę pod zasilacz.

 

tniemy listewki
mocujemy dysk twardy

 Dysk miał mieć wcześniej dodatkowe zabezpieczenie przytrzymujące go, jednak okazuje się, że ledwo się zmieścił w przewidzianej przestrzeni. Wciskamy więc go na siłę, za dwie listewki. Nie powinien wypaść (nawet przy potrząsaniu obudową - sprawdziliśmy.) 

przykręcanie zasilacza do drewnianej obudowy
 
Pojawia się problem: jak przymocować zasilacz. Postanawiamy zdjąc dolną częśc jego obudowy i przykręcić go na jedną, dostępna dla nas śrubkę. Co też nie jest łatwe, bo śrubokręt się nie mieści. Ale dla chętnego nic trudnego.
 
Wycinamy tylną ściankę
 
Wycinamy tylną ścianę, która jest najbardziej skomplikowana. Potrzebne jest miejsce na porty, na karty rozszerzeń i na wentylator. Udaje się. Po wycięciu (z zachowaniem zasad BHP jak widać) skręcamy wszystko. Przykręcamy obudowę na zawiasach, montujemy magnesy. Pozostało powkładać karty, procesor, wentylatorki i gotowe.
 
magnes trzymający
 
Widok na magnes do pokrywki i mocowanie dysku twardego.
 
bebechy
 
 Wszystko we wnętrzu działa sprawnie i cicho...
 
mebel drewniany komputer
 
 ..a z zewnątrz wygląda elegancko. Jedyne co zdradza, że jest to komputer to zasilacz...
  
drewniany komputer
 
... oraz tylna obudowa.

P.S. Nie ma narazie włącznika, więc serwer uruchamia się przytykając nóż do odpowiednich zworek. Co prawda, na przekór wszelkim zasadom BHP są one tuż pod otwartym zasilaczem, ale jak dotąd nikogo jeszcze prąd nie popieścił.
czwartek, 19 kwietnia 2007

Zasłyszane w Internecie, zmodyfikowane przez Rófjana Starszego.

- Wiesz, co jest najzabawniejsze? Małe różnice. Mają to samo gówno co my, ale ciut inne.
- Przykład?
- Wiesz jak w Czechach mówią na ziemniaki z serem?
- Ziemniaki z serem?
- Nie, przecież to Czechy.
- Więc jak na nie mówią?
- Brambory z syrem.

sobota, 14 kwietnia 2007

Wiecie co mnie wkurza? Wiele ludzi podaje często na swojej stronie/blogu adresy do innych stron. Zamiast jednak zrobić to poprawnie i stworzyć prosty odnośnik podają go w formie zwykłego tekstu. Tym samym zaprzeczając idei hipertekstu i www, która opiera się właśnie na powiązaniach stron ze sobą. Pół biedy, kiedy adres jest szybki i prosty w stylu: www.dupa.com. Czasem jest to jedak dwu, lub więcej wierszowy potwór w stylu http://costam.adres.xxx/php?=numer_galerii/blablabla/jessica_alba_5/pic_super_sexy765.jpg. Nie dość, że wygląda to mało estetycznie, to jeszcze przejście do takiej strony, to droga przez mękę. Zamiast ładnego opisu i jednego prostego kliknięcia, autor serwuje nam przymus zaznaczenia adresu, skopiowania go, wklejenie na pasku adresu i wciśnięcia enter (w firefoxie). W operze sprawa jest nieco prostsza. Trzeba zaznaczyć teskt, kliknąc prawym przyciskiem myszy i wybrać opcję przejścia pod zaznaczony tekst. Niemniej też nie jest to tak łatwe i proste jak byśmy chcieli.

Dlatego jeśli polecasz jakąś stronę, dorzuć sobie jakieś pół minuty pracy i stwórz prosty odnośnik. Zaoszczędzisz tym samym czas swoim czytelnikom, a i twoja strona będzie wyglądała ładniej. Zazwyczaj w serwisach blogowych jest specjalny przycisk do stworzenia odnośnika. A jeśli go nie ma, lub nie potrafisz go znaleźć, można to samo zrobić w czystym html'u. Poniżej opiszę jak to zrobić.

Aby stworzyć link należy napisać coś takiego:

<a href="W cudzyslowie wpisz adres strony">A tutaj wpisz opis, który będzie widoczny</a>

Ot, i cała filozofia. Dla przykładu, jeśli napiszemy coś takiego:

<a href="http://www.tjeden.blox.pl">Najlepszy blog w Internecie</a>

Naszym oczom ukaże się następujący link: Najlepszy blog w Internecie, po którego kliknięciu przejdziemy pod adres www.tjeden.blox.pl

Myślę, że prościej się tego nie da wytłumaczyć. Te wszystkie cudzysłowy, nawiasy (koniecznie takie trójkątne: < >, ze zwykłymi, bądź kwadratowymi nie zadziała) i a href są niezbędne. Pominięcie, lub zmienienie dowolnego elementu cały wysiłek nam zepsuje. Jeśli jesteście zainteresowani tematem to odsyłam do kursu XHTML'a. Miłego linkowania. :)

czwartek, 12 kwietnia 2007

Czwartek, ledwo wróciłem do domu na święta dostaję informację, że wieczorem jedziemy do Spaika nad rzekę (tym razem już nie Renault Masterem), będzie ognisko i impreza. Nijak nie idzie odmówić. Trochę po 21 podjeżdza po mnie Krawiec. W środku siedzi już Trin i Spaik, podjeżdzamy po Torianne. Gdy tylko wsiada, Spaik, który siedzi z przodu i na kolach trzyma laptopa, puszcza z niego "Lollipop". Potem jest jeszcze gorzej. W czasie jazdy następuje przekrój najbardziej głupiej muzyki jaką znamy, nie wiem nawet, czy w pewnym momencie nie ocieramy się o smerfne hity. Chyba raczej nie, niemniej jesteśmy blisko.

Dojeżdzamy już prawie na miejsce, zatrzymujemy się na wale przeciwpowodziowym. Wyciągamy pierwsze wino z zakupionych sześciu. Okazuje się, że nikt nie ma korkociągu. Wyciągam więc pęk moich kluczy, które już nie raz mnie z podobnej opresji uratowały. Jedna chwila, korek jest w butelce. Druga chwila, butelka przechodzi z rąk do rąk. Trzecia chwila, utelka jest pusta. Bierzemy drugą i powtarzamy znany rytuał. Wsiadamy do samochodu, podjeżdzamy pod domek. Przenosimy alkohol, koce, jedzenie i drewno z samochodu (po drodze zadeptując sąsiadowi trawnik) i kontynuujemy imprezę. Po chwili okazuje się, że zostały już tylko dwie butelki wina i pół litra dębowej. Krawiec ze Spaikiem, który jako jedyny jest trzeźwy, jadą szukać sklepu, zrobić zapasy, bo tego co zostało na długo nie starczy. W przerwie między popisami dziewczyn, które mogłyby stać się podstawą scenariusza całkiem przyzwoitego filmu erotycznego, otwieram kolejne wino. Tu jednak szyjka jest wyższa, ergo, ciężej wbić korek. Ponieważ robią mi się już na dłoniach odciski, biorę jakąś szmatę, jak mniemam, by sobie nią klucze owinąć. Pomaga, choć przy wpychaniu korka, wino się rozlewa na wszystko wokół. Łącznie ze starym telewizorem w solidnej, drewnianej obudowie, na której rzeczone wino otwieram.

Wracają Spaik z Krawcem. Musieli się wrócić do miasta, bo żaden sklep po drodze nie był otwarty. Ale kolejne sześć win przywieźli. Dziwimy się, że dość szybko się uwineli, na co Krawiec mówi, że Spaik gnał 160, bo się bał, że całe wino wypijemy. Rozpalamy ognisko, zaczynamy piec kiełbaski. Dochodzę do wniosku, że pieczenie kiełbasek nie jest zbyt emocjonującym zajęciem, w efekcie czego obie kiełbaski jem ledwo ciepłe. Na pewno nie były upieczone. Spaik mówi że jest chory i że zrobi sobie grzane wino. Kładzie zatem dwie butelki obok ogniska i czeka, aż się ogrzeją.

Dygresja. Dalej byłby najciekawszy kawałek, a w zasadzie to i totalny rozpidziel. Na prośbę, jednak pewnych osób relacja będzie nieco rozmyta i niekompletna. Po części też dlatego, że nie do końca wszystko pamiętam, albo też dlatego, że nie wszystko chcę pamiętać.

Nie mam już siły na wbijanie korków. Biorę więc całkiem przyzwoitej wielkości nóż i zaczynam ucinać szyjki. "Kurwa, nie u mnie, upierdalaj to za płotem." karci mnie Spaik, więc wystawiam ręce za siatkę i tam to wszystko robię. Muszę się też nieskormnie przyznać, że nabrałem w tym pewnej biegłości. O ile przy pierwszych butelkach musiałem kilka razy uderzać, to pod koniec imprezy jedno zdecydowane cięcie załatwiało sprawę.

Przez przypadek na poddaszu natykam się na dwie osoby, które się znajdują w dość intymnej sytuacji. Na tyle intymnej, że od razu od siebie odskakują, a jedna z nich zapina szybko spodnie. Druga mi mówi, że nie bardzo chce, ale jest pijana i wogóle jakoś tak wyszło i do końca nie wie co robi. Schodzimy wszyscy na dół. Nagle pojawia się problem: gdzieś znikneła Trin. Szukamy jej. Bezskutecznie. Spaik mówi, że poszuka jej poza działką, choć to głupi pomysł, bo brama (zwieńczona zresztą solidnymi kolcami) jest zamknięta na klucz, a siatka nie wygląda na taką, przez którą można by przejść. Nawet na trzeźwo. My tymczasem dzwonimy do Trin. Z okolic ogniska dobiega sygnał dzownka. Po chwili dzwoni Spaik, że znalazł zgubę i niedługo będą. Mija kwadrans. Dzwoni Spaik, żebym przyszedł mu pomóc. Znajduję ich za wałem. Trin się nieco opiera, że ona tu sobie w trawce śpi, że tu jej dobrze i wogóle jak możemy zakłócać jej wypoczynek Niepomni na te argumenty pomagamy jej dojść... do domku. Impreza chyli się ku upadkowi. My także. 60% stanu osobowego zwraca małe co nieco. Padamy.

Budzę się niczym Gunther. Z lewej strony Torianne, z prawej Trin, obie przytulone do mnie.Próbuję sobie coś przypomnieć, niemniej nic z tego nie wychodzi. Po chwili stwierdzam, że wszyscy jesteśmy w ubraniach, więc oddycham z ulgą. Wstajemy. Na śniadanie tylko herbata, bo Krawiec już rano zjadł pozostałą kaszankę. Zresztą dziś i tak jest post ścisły, bo to Wielki Piątek. Objawów kaca u mnie na szczęście brak, u reszty drużyny jest z tym różnie. Choć głównie doskiwera nam kac moralny, bo nie wszyscy wszystko pamiętają. Żartuję sobie: "No to teraz dziewczyny, po herbatce, postinorku i do domu.". Wszyscy się śmieją, choć u dwóch osób widzę na twarzach leciutki grymas niepewności. Sprzątanie, znajdujemy wszystkie butelki, w tym jedną w zgliszczach ogniska. Szyjek nie znajdujemy, zostają gdzieś poza siatką. Krawiec znajduje swój nowy sweter, cały zalany winem. Okazuje się, że ta szmata co mi wczoraj do otwierania butelek służyła to jednak nie była szmata. Ja odnotowuję brak jednek guzika w kurtce, a Torianne rozdarcie w spodniach. I siniak na pół pośladka. Największą zagadką jednak pozostaje to jak Trin przeszła przez siatkę, tudzież płot i nic sobie przy tym nie zrobiła?

piątek, 06 kwietnia 2007

Wysiadamy z Maćkiem na Metrze Politechnika. Stoi tam zawsze człowiek w obszernym kapeluszu, długiej, gęstej brodzie i ubraniu, które pralkę widziało wyłącznie na plakacie Media Markt. Sprzedaje własnoręcznie zrobione, drewniane deseczki z wyrytymi na nich imionami, lub tekstami, które mają być śmieszne: "Teściowa to skarb", a na drugiej stronie "zakop lub utop" i podobnymi. Widać po nim, że to profesjonalista. Sprzedaje swój towar wraz z wesołą gadką sprzedawcy deseczek. Nie wystarczy tylko sprzedawać deseczki. Trzeba też sprawić, by ich kupowanie było przygodą. Zatem wdaje się z nami w dialog, jak to sprzedawał deseczki w całej Polsce, że zarabiał dwa osiemset, a teraz ma tylko tych deseczek trzy parapety z czego wyciąga niecałe dwieście pięćdziesiąt Wybierając prezent dla Piotrka zastanawiamy się nad "Prawa dla kobiet" z rewersem "Lewa wolna" oraz "Tu się nie pije", na którego odwrocie widnieje "Tu się chla". Ostatecznie wygrywa to drugie. Wręczamy włóczędze dziesięć złotych, a on kontynuuje gadkę mówiąc że częste picie przedłuża życie. Odpowiadamy mu, że też wody nie pijemy, żeby nie czuć się jak zwierzęta i po kilku takich hasłach odchodzimy w stronę City.

Przy barze zamawiamy dzbanek piwa, pytamy się czy Piotrek jest na górze, owszem jest, udajemy się zatem po schodach na górę, gdzie już wszyscy siedzą. Składamy życzenia, wręczamy deseczkę i przyłączamy się do konsumpcji. Solenizant siedzi w środku z przylepioną do siebie Violą, koleżanką Oli, której całkiem niedawno zawrócił w głowie. Viola odziana w kusą spódniczkę, która innej dziewczynie mogłaby służyć za pasek do spodni, trzyma ręce pod koszulką Piotrka i co chwila szepcze coś lubieżnie do niego. Wygląda przy nim jak te przedstawiane na filmach o Las Vegas, panienki w kasynach, które są tylko ozdobą graczy i zsyłają im szczęście. Sprawia wrażenie, jakby to Piotrek był jej chłopakiem, bądź też takiego nie miała. I jedno i drugie oczywiście nie jest prawdą.

Po sali w bielutkich butach, krząta się nowy kelner, dziś jest jego pierwszy dzień w pracy. W pewnym momencie wylewa piwo wprost na obudowę bielutkiego MacBooka. Klient zrywa się ze swoim laptopem, powstaje zamieszanie. Osłupiały kelner bierze się za przepraszanie, jednocześnie niezdarnie starając się wytrzeć rozlane piwo. Jesteśmy zbyt daleko by słyszeć co mówi. Obstawiamy ile miesięcy będzie musiał pracować, jeśli zalał komputer. Zaraz zjawia się Malwina z obsługi, dłuższą chwilę rozmawia z klientem i widocznie laptopowi się nic nie stało, gdyż jego właściciel zostaje w barze. Pechowego kelnera tego wieczoru więcej już nie widzimy.

Zamawiamy kolejne piwa, Piotrek mówi, że chciałby nam postawić wódkę. Gdy dowiadujemy się o cenę, która nawet z rabatem oscyluje w granicach siedemdziesięciu złotych, rezygnujemy z tego pomysłu. Pojawiają się głosy, by wyjść na powietrze i tam zrobić flaszkę, jednak tę myśl też odrzucamy, gdyż koszt wraz z mandatem mógłby okazać się jeszcze wyższy. Pozostajemy przy piwach.

Pierwszy wykrusza się Maciek, następnie Buczek, potem Ola z Violą, za nimi Rufjan. Chciał się wyrwać wcześniej na "Magdę M", jednak wizja piwa przeważyła nad serialem i poszedł dopiero po jakimś czasie. Zostaje nas już tylko czwórka. Zamawiam Piotrkowi, Cycowi i sobie po wściekłym psie i kolejnym piwie, Asia na nic nie reflektuje. Po jakimś czasie przychodzi Malwina i pyta o ostatnie zamówienie, grzecznie dziękujemy i dopijamy ostatnie piwo. Zostaliśmy już tylko my i jacyś kolesie na parterze. I to właśnie hałas ich bójki przerywa nam miłą konwersację. Szybko schodzimy na dół, gdzie dwóch z nich się bije. Odruchowo chwytam jednego z nich, ktoś odciąga drugiego. Sytuacja nieco nerwowa, ale udaje się przekonać ich, że lepiej wypić piwo, niż obijać sobie pyski. Wracamy do stolika, a oni do łazienki opatrzyć się.

Trochę po fakcje zjawia się dwóch rosłych mężczyzn, ubranych w czarne uniformy z żółtymi napisami "agencja ochrony" na nich. Proszą nas o wypicie piwa, lecz ich przesłanie bardziej bardziej jak "Wypierdalaj stąd, byle szybko!", niż "O co zakład, że nie ściśniesz piwa w pół minuty?". Coś się psuje w ubikacji i gdy Cyc chce z niej skorzystać wywiązuje się między nim a ochroniarzem dialog:

-Tutaj nie wolno, możesz na podwórku.- mówi niezbyt przyjazny ochroniarz.

-Jak pies ?

-Coś ci przeszkadza?

-Nie po to żyję dwa tysiące lat w cywilizacji łacińskiej, by sikać jak pies.

Niestety ta argumentacja wywołuje tylko grymas niezrozumienia na twarzy osiłka, więc bezradnie opuszczamy lokal. Żegnamy Cyca i Asię, a że jest parę minut przed północą uznajemy z Piotrkiem, że cheesburger byłby idealnym podsumowaniem wieczoru.

Przejeżdżamy więc metrem dwa przystanki, wchodzimy do czynnego całą dobę MacDonalda na Świętokrzyskiej. Zamawiamy kilka kanapek, które połykamy w pośpiechu, gdyż zaraz będzie jechało ostatnie metro, a powrót do domu nocnym autobusem nie stanowi kuszącej nas perspektywy. Piotrek mówi, że właśnie przeżył najbardziej zajebisty dzień swojego życia, że dwie panienki woziły go beemką, zeszłej nocy po mieście, robili razem cudowne głupoty i ogólnie bawił się świetnie w swoje urodziny. Żegnamy się i wsiadam do ostatniego metra. Z wielkim trudem udaje mi się nie zasnąć i po piętnastu minutach wysiadam na swojej stacji. Próbuję dodzwonić się do Torianne, powiedzieć jej jak bardzo za nią tęsknię. Bezskutecznie. Piętnaście minut marszu po śpiącym Ursynowie i jestem w domu. Rozmawiam chwilę z Maćkiem, idę do siebie. Ściągam ubranie, kładę się do łóżka i zanim się orientuję, już śpię.