Dark side of the moon The Wall Wish You Were Here Achtung Baby HTDAAB Led Zeppelin Led Zeppelin Led Zeppelin Led Zeppelin Use Your Illusion I Use Your Illusion II Coma Dżem Nowoczesne przeglądarki
sobota, 27 maja 2006

Piątek – preludium w City


Skoro tylko Słoneczko odebrałem na Zoo Station, udalismy sie ku City celem chwilowego odpoczęcia (Ona po podróży, ja po laboratorium, na którym nie wiedziałem co się dzieje i tylko pilnowałem, by na bieżąco przepisywać dane od innych). W City jak to w City, żelazna gwardia w osobie Cyca i Rófjana już urzędowała, a dzielnie asystował im Piotrek B. Usadowiliśmy się z myślą, coby skoczyć dziś do Smyka jeszcze, celem nabycia misia dla Słoneczkowego Chrześniaka. Cóż, poszło jedno piwo, drugie, popołudnie zmieniło się w wieczór i z wyprawy do Smyka wyszły nici, ale za to Justynka miała okazję bliżej zintegrować się z żelazną gwardią, gdyż dotąd (a w sumie do poprzenich Olonali, których opis, też prędzej czy później się pojawi) zwrot “dziewczyna Ola” był tożsamy z “żoną porucznika Colombo”: tzn. wszyscy o Niej słyszeli, ale tak naprawdę nikt jeszcze nie widział. Dodatkowo zostaliśmy zadziwieni Cycową znajomością konstytucji, którą się podpierał w dyskusji “Jak nie wierzysz, to zobacz, artykuł 16, paragraf 3 mówi, że....”. Sprawdziliśmy. Cyc się nie mylił. Wychodząc mineliśmy się z Piotrusiem J, który dopiero zaczynał imprezować. Po szybkim obiadku na mieście (Kebab na placu Polinudy), do domku i zaś potem do Kerfura, na zakupy, bo plan był ambitny podać na Olonaliach coś do jedzenia oprócz chipsów i wódki, więc kupiłsmy wpiździec pieczarków (“Jak takie tanie, to może weźmiemy jeszcze jedną foliówkę, coby nie zabrakło?”), czerwonej fasoli i innych ingredientów. Standardowo wyszliśmy kwadrans przed zamknięciem.

Sobota – Olonalia

Wstaliśmy wcześnie, chcąc do Smyka po misia się wybrać, ale okazało się, że 13 to jednak nie jest wcześnie, bo zanim się wyszykowali, to było już po 15 i za przygotowania się wzieliśmy odkładając Smyka na jutro. Pzygotowania, to obieranie tych pieczarek, krojenie, mieszanie, robienie farszu i koreczków. Głównie z sera i czerwonej fasoli (pieczarki poszły na farsz). Koreczków wyszło wpiździec, a może nawet więcej. Gdy tak w ukropie krzątliśmy się, starając się wyrobić, sasiad próbował mnie nakłonić do sadzenia drzewka, ale jakoś akurat czasu nie miałem*.
RófJan Młodszy i Starszy, Piotrek B, Ola, na miejscu, Prim w drodze, reszta ekipy chora i przyjść niestety nie może, ale nie ma Cyca. Okazało się, że gdy wczoraj Piotrek przyszedł do City, to dopiero impreza się rozkręciła, skutkiem czego, Cyc niecałkiem** trzeźwy do domu wrócił wzbudzając podobno entuzjazm rodzicielki, która przywitała go słowami: “Znowu?”, skutkiem czego nie wie czy dziś przyjdzie. Dzwonimy, nie odbiera. Nic, czekamy umilając sobie to czekanie kilkoma kolejkami na rozgrzewkę, a że ciepło, to siedzimy w ogródku i ogólnie jest miło i sympatycznie. Plan na dziś to krótka imprezka z kulturalnymi drinkami, wódki też nie ma za dużo butelek, ale za to dobra i zimna. Koreczki spotkały się z zainteresowaniem (przetrwały kwadrans), a kanapeczki z farszem również, bo rozeszły się na miejscu. Udało mi się dodzwonić do Cyca, padło jedno pytanie: “Olo, a będę mógł przenocować?”, po którego potwierdzeniu zostałem zapewniony, że przyjedzie, tylko trzeba po niego wyjść, bo nie pamieta jak ostatnio do mnie trafił (patrz poprzednie Olonalia). Dlegacja po Cyca udała się do lidla, celem uzupełnienia zapasów, gdyż wódkę każdy przyniósł, ale o soczku do drinków prawie nikt nie pomyślał. W sumie wtedy plan kulturalnej imprezy wziął w łeb, bo nie tylko z soczkiem wrócono z Lidla. Dokładnie nie jestem w stanie opisać co się działo. Wiem, że moja próba tańca ze Słoneczkiem zakończyła się tym, że wylądowaliśmy na ziemi. Krzywda stała się stoliczkowi na którym siedział Prim z Piotrkiem, gdyż nie utrzymał ich obu (nie miałem wystarczającej liczby krzesełek). Wtedy to we wszystkich obudziła się żyłka inżynierska i zabrano się do naprawy. Podobno mówiłem, że nie trzeba stoliczka naprawiać i można wyrzuić go za płot, ale nie pamiętam tego. Pamiętam, że znalazłem kilka śrubokrętów, a stoliczek po pierwszej naprawie wytrzymał sekundkę. Dopiero Oli udało się go naprawić (powiedzmy), po raz drugi. W międzyczaise była jakaś zrzuta na alkohol, choć głównie płaciło Ministerstwo Edukacji (Mam nadzieję, że i w tym roku Ola dostanie stypendium, bo inaczej znacząco uszczupli się nasz fundusz alkoholizacyjny.) Nagle okazało się, że z RófJanem zerwała dziewczyna, co trzeba było odpowiednio potraktować, siadając z Nim w męskim gronie... Wieści okazały się nieaktualne następnego dnia.
Niekwestionowanym bohaterem wieczoru został Buczek, który usiadł na szafie i z nieobecną miną siedział tak jakiś czas. Próbował nam powiedzieć, że nie jest pijany, tylko zmęczony. Cóż, widocznie to musiał to być bardzo specyficzny rodzaj “zmęczenia”. Na placu boju został Cyc i Prim, reszta udała się ostatnim metrem do domu. (Z późniejszych relacji dowiedziałem się, że bohaterowi impreza się zwróciła (pewnie “ze zmęczenia”), a Rófjan Młodszy sikał gdzieś na powietrzu (o czym zresztą dowiedział się dopiero później od Oli)) Siedzimy sobie w czwórkę przy stoliku, popijając chowane wcześniej CinCin (“To jest Kochanie, dla nas, a na imprezie będziemy pić tylko wódkę.”), nagle budzę się, jest rano.
Ze zdjęć (zrobiliśmy ich wpiździec) i opowiadań dowiedziałem się, że ponieważ byłem “zmęczony” poszedłem do sypialni, rzuciłem się na łóżko, zostawiając moją Justynkę na pastwę moich kolegów. Byłem budzony pytaniem Prima, gdzie są kluczyki od czołgu. Nie wiem, czy mu powiedziałem, podobno omało co, a bym go bardzo skrzywidził. Drugi raz obudziło mnie Kochanie, każąc się przebrać w piżamkę i umyć zęby. O dziwo umyłem je, a nawet zdjąłem ubranko przed wejściem do łóżka. Podobno Cyc probował nakłonić moją dziewczynę, by spała z nim, nie ze mną, ale z tego co się orientuję, to nic z tego nie wyszło. Nie pamiętam, kiedy opuścił nas Prim, podobno spałem.
W nocy przez “zmęczenie” przebijała się myśl, że Słoneczko moje jest na mnie trochę obrażone, że się za bardzo “zmęczyłem”, więc pytałem Ją, czy nie chce pić, jeść, czy wszystko w porządku. Problem w tym, że jak się budziłem, to przypominało mi się, że Kochanie jest trochę złe, więc znów pytałem się czy wszystko w porządu. A że budziłem się kilkanaście razy, udało mi się zafundować Justynce nieprzespaną noc...

Niedziela –Riverside w Proximie

Ranek. Obudziłem się na torowisku. Wszędzie jeżdzą tramwaje i strasznie hałasują. Wpiździec. Trzeba być silnym, dużo wody. Idę do Cyca. Ubrany, czeka, aż go wypuszczę. Żegnam się z nim, po czym uświadamiam, sobie że jestem w samych bokserkach, ale to nie ważne, wody. Gdy koło południa udało mi się odzyskać całkowitą funkcjonalnoścl udaliśmy się z Kochaniem do Łazienek. Wstyd się przyznać, ale mimo dwóch lat w Warshau, byłem tam po raz pierwszy od kilkunastu lat. Nawet mi sie podobało, bo i ładnie i kilku prezydentów widziałem i pawi też. Przy pałacu na wodzie, jest prawie jak w Wenecji, jest woda, dużo ludzi, gondole, pornograficzne rzeźby (pewnie je niedługo zdjemą), tylko gołębi brak. Zachaczamy o trójkę i do Smyka, ale, że zgłodnieliśmy to na chwilę do Maca, który to jest tuż obok. Posiliwszy się nieco udajemy się do smyka. Wchodzimy na shcody ruchome, a tu komunikat: “uwaga, uwaga za 5 minut zamykamy sklep.”. No i wpiździec ostatecncznie misia nie dane nam było kupić.
Kolejny punkt programu: Empik, gdzie spotkaliśmy się z Riversidami, którzy to koncert dziś grali. Chłopaki sympatyczni, podpisali mi bilet (co prawda słyszałem tylko ich dwie piosenki, ale pamiątka to zawsze jakaś, kto wie, może staną się kiedyś wielkimi gwiazdami, to miło będzie mieć taki bilecik :)).
Poszwędawszy się nieco po Warshau, spotkaliśmy się z Primem i Michałem z Pruszkowa, którzy to nas na koncert dostarczyć mieli. Hmm, wiedzieli, w jaki autobus wsiąść, świetnie. Wiedzieli, że trzeba wysiąśc w okolicy Banacha, świetnie. Myśl, że na pewno to nie jest Banacha, tylko następny przystanek, mniej świetnie. Pójście w przeciwną stronę, po wyjściu z autobusu na niewłaściwym przystanku bardzo mniej świetnie. Wracamy wpiździec na Banacha, moje nogi zmęczone po Łazienkach i całodniowym maszerowaniu po Warshau nie są zachwycone, ale co zrobić.
Prixma – trochę mniej kolorowo niż w Stodole. W sumie wystrój na modę Dworca Centralnego, nisko sufit, jakiś azbest na ścianach, no ale tu nie otym, zaczyna się koncert. Na początek chłopaki zebrali u mnie wielkiego plusa, tym, że pierwsza piosenka, takie dowolne instrumentalne granie w pewnym momencie przemieniło się w Shine On You Crazy Diamond. Orgazm w uszach. Zagrali to fantanstycznie, gitarka, klawisze, bębenki. Uradowan na początek, z myślą, że już ich lubie, czekałem na jeszcze jakiś cover. Nie doczekałem się. I tak powiem: zagrali ładnie, ale ja się średnio bawiłem. Ludzie się cieszyli, trzy pierwsze piosenki mi się podobały, ale potem zacząłem rozglądać sie na boki i ogólne zmęczenie i brak znajomosći repertuaru dały znać o osbie, tym, że koncert był po prostu mało emocjonujący, choć ludziom wokół, chyba się podobał. Widocznie nie złapałem klimatu. Kolejna oznaka starzenia się. Powrót do domu to marsz po ciemnych Polach Mokotowskich, jazda ostanim metrem i zabójczy dla stóp marsz do domu, gdzie o pierwszej w nocy nalałem miskę ciepłej wody, by nasze nogi odpoczęły. Była jeszcze desperacka próba nauki o drugiej w nocy, a rano smutno było odprowadzać Słoneczko do pociągu. Long distanse relejszonszip suks.
Przez tydzień śmiesznie chodziłem. A ślady po wzdymach na piętach mam do dziś...

*O drzewku będzie innym razem.
** Tak niecałkiem, jak to tylko można.

sobota, 13 maja 2006
Piosenka Comy. Zbyt bliska prawdy.