Dark side of the moon The Wall Wish You Were Here Achtung Baby HTDAAB Led Zeppelin Led Zeppelin Led Zeppelin Led Zeppelin Use Your Illusion I Use Your Illusion II Coma Dżem Nowoczesne przeglądarki
środa, 30 maja 2007

Cyc:
Wiesz co jest genialne w byciu w robocie?

Rufjan:
No nie wiem. Małe różnice?

Cyc:
Mozna pójść się wysrać, i ci za to jeszcze płacą. :)

wtorek, 22 maja 2007
Tak się złożyło, że zbliżał się egzamin i wielka trwoga zapanowałą wśród dwóch studentów. Rzekł im wtedy Dża. "Złóżcie mi ofiarę, a baczcie by ofiara była mnie godna. Kto zaś złoży mi ofiarę, a ja ofiarę przyjmę, ten egzamin zda, a gdyby kto nie złożył, niech się wtedy strzeże. A jeśli ofiara nie okaże się mnie godna, niech się mnie strzeże także. Albowiem ja jestem Dża. I ja jestem w alkoholu, a alkohol jest we mnie. A mój gniew jest okrutny."

A pośród tych studentów jeden był roztropny, a drugi nierozstropny. I rzekł roztropny do nierozstropnego: "Chodź ze mną na piwo, albowiem Dża ofiarę złożyć trzeba." Lecz ten mu odparł: "Nie da rady, uczyć się muszę." Zapytał więc pierwszy student: "Ocipiałeś?" Lecz, nie usłyszał odpowiedzi, gdyż ten drugi odszedł. Zwołał więc znajomych i poszli na piwo. I upili się wielce, a Dża widział to i się radował w swym sercu.

Nierozstropny student zaś się uczył. Gdy dochodziła już północ, zmartwił się wielce, bo dużo nie umiał i usiadł strapiony. Przypomniał sobie wtedy zaś o ofierze.I rzekł "Czyż ofiara z soku nie byłaby milsza sercu Dża niźli z alkoholu?" I zamyślił się, a że nie miał w lodówce alkholu, uznał, że ofiara z soku byłaby milsza. I wzniósł nierozstropny student ofiarę z soku. Wejrzał Dża na niego i jego ofiarę, lecz zaraz wzrok swój odwrócił, bo Dża nie lubi być obrażany, a wielki jest gniew jego.

A gdy nastał dzień egzaminu, student roztropny zdał, a nierozdtropny nie zdał. Smuciło to nieroztropnego bardzo i chodził z ponurą twarzą. Dża zapytał go "Dlaczego jesteś smutny i dlaczego twarz twoja jest ponura? Przecież, gdybyś pił dobrze, miałbyś twarz pogodną; jeżeli zaś nie będziesz dobrze pił, nieszczęście leży u wrót i czyha na ciebie, a przecież ty masz nad swym szczęściem panować. " I oznajmił wtedy Dża studentom. "Będziesz mi zawsze dwie ofiary składał. Przed egzaminem będziesz mi składał ofiarę błagalną, a po egzaminie ofiarę dziękczynną składał mi będziesz. A bacz, byś ją w piwach co najmniej półlitrowych składał, a nie mniejszych, bo wzrok swój odwrócę i gniewać się będę, a egzamin ujebiesz. Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Im kto więcej pije, tym bardziej otwiera się serce me na niego i na przychylność mą liczyć może." Poszli zatem studenci upić się ku radości Dża. A był wśród nich jeden mądrzejszy niż inni. I rzekł on: "Egzamin nieopity, to dwa następne w plecy". A studenci słowa te zapamiętali i zawsze już podług nich starali się postępować.

niedziela, 20 maja 2007

Jak zbiorę co najmniej 20 podpisów w komentarzach, to wysyłam.

 

Do Pana José Manuel Durão Barroso
Przewodniczącego Wspólnoty Europejskiej

W dzisiejszym świecie mamy często do czynienia z jawną i niesprawiedliwą dyskryminacją, z którą pod słusznym patronatem Wspólnoty Europejskiej walczymy. Dnia 14 maja 2007 roku, w Warszawie ja wraz ze znajomymi mieliśmy nieprzyjemność spotkać się z takim zachowaniem.

Szedłem sobie ulicą w towarzystwie koleżanki Oli oraz kolegów: Cyca i Rófjana. Kolega Cyc nie był nawet bardzo pijany, zdążył wypić raptem ze cztery piwa, gdyż musiał wieczorem iść do pracy. Rófjan nie miał takiej wizji przed sobą. Wiadomo, że w socjalistycznej Wspólnocie Europejskiej, wielu ludzi dzięki przymusowym składkom innych nie musi na siebie pracować i zamiast tego może oddać się jak np. kolega Rófjan piciu piwa. Kolega Rófjan z prawa tego skorzystał i piw takich wypił koło pięciu, niemniej na głodniaka to uczynił i mimo zjedzonego później kebaba, pijany był w stopniu znacznie przekraczającym jego normę. Zresztą to nieistotne.

Spostrzegłwszy koleżankę Olę, dzierżącą w swej dłoni puszkę promocyjnie rozdawanej Coli Light podszedłem do Pana Rozdającego Puszki. Lecz darmowej puszki nie otrzymałem, gdyż dowiedziałem się, że są one przeznaczone tylko dla kobiet. Mimo interwencji obu moich kolegów, nie udało się wyegzekwować przysługującej nam dawki darmowego napoju (który swoją drogą jest ohydny w smaku). Zrobiliśmy sobie zatem z Panem Rozdjącym Puszki pamiątkowe zdjęcie (które stanowi załącznik nr 1 niniejszego listu) i odstąpiliśmy od próby otrzymania napoju.

Jednakże zaistniała sytuacja, nas, obrońców swobód obywatelskich zaniepokoiła na tyle, by zwrócić się z niniejszą sprawą do Pana. Jak to możliwe, że w samym centrum stolicy, zdawałoby się, europejskiego kraju nie jest przestrzegana równość płci? Na jakiej podstawie mężczyźni są dyskryminowani i odbiera im się (należne!) prawo do bezpłatnej puszki Coli Light, w sytuacji święcącego słońca i wysokiej temperatury powietrza?

Żądamy zatem moralnego i finansowego zadośćuczynienia, za poniesione straty moralne w wysokości 20 litrów Coca-Coli (zwykłej, bo wolimy ją od light), ewentualnie jej równowartość w dowolnym napoju alkoholowym (tylko nie w Bolsie, bo za nim też nie przepadamy).

Pozdrawiam i czekam na odpowiedź
tjeden

Załącznik nr 1. Puszka, którą trzymamy otrzymała Ola, (która zrobiła to zdjęcie) my nie otrzymaliśmy żadnej, co jest jawnym dowodem dyrykyminacji.

 

Cola light
 


P.S. Wolę Pepsi.

poniedziałek, 14 maja 2007
Na początku był Dża. I alkohol był w Dża. A Dża był alkoholem. I więcej nic nie było. Niczego nie było. Nie było złodziejstwa. Nie było łachamctwa. Nie było niczego. I oddzielił Dża trzeźwość od pijaństwa. I wiedział, że jedno z nich jest dobre. Ale nie wiedział które.

I stworzył Dża alkohole. Stowrzył piwo jasne i ciemne. Warkę, Lecha, Żubra i inne. Zaroiły się bary, sklepy i domy wszelakimi butelkami i puszkami. I napił się Dża i wiedział, że one wszystkie są dobre. A obok stała niewiasta. I spojrzał Dża na niewiastę i stworzył dla niej Karmi i Redsa i nalał jej, a ona wypiła.Rzekł wtedy Dża: "Nie będzie mężczyza pił Redsa, bo to by było pedalstwo."

A potem stowrzył Dża wina. Białe i czerwone, wytrwane, półwytrwne i słodkie. I tanie wina, i drogie wina, każdemu podług jego portfela. I napił się Dża, a wiedział, żeby nie mieszać.

A gdy pełno już było piw i win wszelakich rozejrzał się Dża i spojrzał, że czegoś brakuje. I zapragnął Dża czegoś mocniejszego. I stworzył wódkę: Gorzką Żołądkową, Wyborową, Finlandie, Pana Tadeusza, Żubrówkę i niedobrego Bollsa stworzył i pysznego Vikingfjorda nawet i wiele innych. I wiedział, on że one są dobre, (no prawie wszystkie).

I zadumał się Dża, a następnie upił. I stworzył drinki wszelkie i alkohole dostępne we wszystkich smakach i kolorach. I gdy już był pijany jak stodoła stworzył Absynt. A na ostatek stworzył Spirytus i wypił go całą flaszkę. I padł i więcej już nic nie stworzył. I tak minął wieczór i poranek.

A gdy wytrzeźwiał, rzekł Dża do studentów: "Wszelkie piwa, wina, wódki i alkohole z wszystkich buelek pić możecie. Ale pamiętajcie żeby nie pić z butelki sprytu i nie mieszać bo na pewno umrzecie." I zapamiętali sobie studenci te słowa i upijali się radośnie. I nie mieli kaca.

Ale był wśród nich taki jeden, przebieglejszy niż wszyscy inni alkoholicy i rzekł do nich. "Czyż Dża nie pozwolił wam pić wszystkich alkoholi?" I odpowiedzieli mu:"Pozwolił, ale nie możemy mieszać." A on mi odrzekł: "On was okłamał. Albowiem, gdy zmieszacie, to prawda na was stąpi i będziecie tacy jak on." I skusili się studenci i popijali wódkę piwem, a gdy wypili już wiele flaszek otworzyli wina. I wypili także wina. A zaśpotem otworzyli Absynt i go wypili i łyk Sprytu z butelki wzieli, ale ich przepaliło. I upodlili się niemiłosiernie i poszli spać.

A gdy obudzili się rano, czuli się źle . Głowy im ciążyły ku ziemi i bolały strasznie i zobaczyli, że są spragnieni i poszli szukać wody. Ujrzał to wtedy Dża i zapytal: "Gdzie idziecie łachudry?" Odrzekli mu: "Po wodę, bo okropnie jesteśmy spragnieni." Zapytał Dża znowu: "A skąd wiecie, że jesteście spragnieni, czy przypadkiem nie mieszaliście i nie piliście z butelki Sprytu?" Odpowiedzili mu: "Taki jeden student nas zwiódł i wypiliśmy." Uniósł się wtedy Dża wielkiem gniewem i rzekł: "Zatem, niech przeklęte będą wszelakie alkohole. Zsyłam na was kaca. Pić alkohole będziecie, a nazajutrz kac nastąpi. I będzie was suszyło, będą wam głowy ciązyły ku ziemi, a ciało wasze dreszcze torsji przeszywać będą. Bom ja jest Dża, a mój kac jest potężny. Wy zaś nie posłuchaliście się mnie i zmieszaliście, przeto cierpieć będziecie aż po wsze czasy. I zapamiętacie moje imię, albowiem ja jestem Dża. I ja jestem w alkoholu, a alkohol jest we mnie."

14:55, tjeden , Dża
Link Komentarze (7) »
sobota, 12 maja 2007
Nie czułem się najlepiej i plany majówkowe nie wypaliły, mimo naprawdę kuszących ofert, zostałem w domu. Choroba wygrała. No nie do końca. Na jeden dzień można się było wyrwać.

Ranek. Wsiadam w pociąg, który stoi sobie jeszcze na stacji, a ja wyciągam pierwsze z przygotowanych na podróż piw. Właśnie mam je otwierać, gdy obok mnie siada matka z dzieckiem, które pociągiem ma nieprzyjemność jechać pewno po raz pierwszy. Widać to bo o wszystko się pyta mamę. O to jak długo jedziemy, co to za pociąg i po co jest ten śmieszny stoliczek przy oknie. Ja wiem, że piwo, że dobre, że słoneczko świeci i nic tak by mi tej podróży nie umiliło, ale po prostu nie mogę otworzyć. Myślę sobie, że dziewczynka mała jeszcze, nowy środek lokomocji poznaje, więc nie będę jej uczył, że pociąg dla dużej części społeczeństwa to idealne miejsce na chlanie. Będzie jeszcze miała czas się o tym przekonać. Zagłębiam się zatem w Annę Kareninę (książkę dokładniej) i udaję intelektualistę, bo wiem, że dziewczynka nie jedzie daleko i zaraz wysiądzie, a ja oddam się piciu, co też po dwudziestu minutach następuje. Jako, że ja jadę niewiele dalej, wypijam piwo i wysiadam z pociągu.

Na strasznym zadupiu trzeba przyznać. Krawiec ma niedaleko działkę nad jeziorem, a na niej mały drewniany domek. I do tego domku właśnie się wybieram. Krawiec i Spaik czekają już na peronie. Robią pamiątkowe zdjęcie jak robię z pociągu jeden mały krok dla ludzkości, duży dla mnie. Wsiadam do samochodu i dowiaduję się, że w ciągu kilku dni, które tu spędzili nawet parę razy udało im się być trzeźwym, więc zapowiada się nieźle. Podjeżdżamy pod sklep. Jest to przybytek w stylu takich, gdzie czas zatrzymał się ćwierć wieku temu, a jedyne co się zmieniło to kolor fartuszka sklepowej. Kupujemy ze dwa wina, kilkanaście piw marki "Podgórskie" bodajże, w każdym razie najtańsze które można dostać. W drodze do domku zatrzymujemy się u znajomego gospodarza nalać do baniaków wodę, bo bieżącej nie ma. Po chwili dojeżdżamy i zapoznaję się z dwoma pozostałymi imprezowiczami. B., który jest współlokatorem Spaika i Vipexem, niedawno poznanym znajomym, który jednak najbardziej ceni sobie samotność.

Piwo, nieważne jakie, na brzegu jeziora smakuje wybornie. Parę następnych też. B. przyrządza przepyszną karkóweczkę. Vipex jej nie je. Z opowiadań dowiaduję się, że między innymi Spaik wczoraj rozwalił grill, po czym odlał się na samochód Krawca, bo go po prostu w ciemności nie zauważył. Pomysł przypada mi do gustu i z pełną premedytacją podążam w jego ślady. Oprócz Vipexa wszyscy idziemy się opalać na pomost. Nie jest to najlepsza decyzja, bo zimno jak diabli, więc opalamy się w ubraniu, ale z piwem. Mówię Krawcowi, że zbezcześciłem jego samochód, dzięki czemu mam okazję podziwiać jego niecodzienną minę. Choć widok, jak myje on samochód nie umywa się do reklamy Go Daddy.

Kolejne atrakcje to gra w Warszawę. Stawka jest wysoka, kto przegra, to zmywa. Vipex oczywiście się wymiguje. Ponieważ ostatnio grałem w tą grę gdzieś w okolicach podstawówki, a do tego bronię tylko jedną ręką (w drugiej trzyma wino, które co jakiś czas kosztuje), wynik jest do przewidzenia. Wkurzony, ze przegrałem idę się zdrzemnąć. Nie trwa to długo, bo po chwili koledzy wyciągają mnie znów na pomost. Tym razem ze Smirnoffem. Vipex nie pije. Wracam do domku po kieliszki. Nie znajduję żadnych, więc biorę literatki, też się nadają. Wódka w literatkach, idealnie zmrożona wchodzi niczym Mike Tyson na ring. Wchodzi i powala. Do tego stopnia, że zaczynam na pomoście tańczyć greka Zorbę. Na efekt nie trzeba długo czekać. Sąsiadka mówi mi, że właśnie jej małe dziecko powiedziało o mnie, że ten pan chyba jest nienormalny. Chyba jestem, bo po chwili Tyson powala mnie na pomost. Podczołguję się do krawędzi, wyrzucam głowę za burtę i dostaję objawów choroby morskiej. Nokaut. Wódka nam się kończy, ale przynajmniej raki będą miały pożywienie.

Budzę się w domku. Coś mi śmierdzi. Strasznie śmierdzi. To pianka do golenia. Mam piankę do golenia na rękach. Mam piankę do golenia na obraniu. Pochodzę do lusterka. Mam ją na głowie, cały jestem w piance do golenia. Pół ściany też jest w piance.

Dygresja: Później po obejrzeniu zdjęć, okazało się, gdy spałem Krawiec wpadł w twórczy szał. Przyozdobił moją głowę koroną, w ręce dzierżyłem topór, a na ścianie był namalowany mój przyjaciel z włócznią. Pewnie było coś jeszcze, ale ze zdjęć tego nie widać, jak ktoś chce, mogę wysłać na maila, choć sądzę, że prędzej czy później moje zdjęcie trafi na joemonster do galerii urwany film.

Nie ukrywam złości. Oni nie ukrywają, że uciekają. Na zewnątrz jest ciemno i zimno. Zamykam drzwi, posiedzą sobie na zimnie, to zmądrzeją. Nie wiem, co mnie kusi, ale biorę Krawcową gitarę i przez otwarte okno daję istny popis. Chociaż prawdę mówiąc, "Wish you were here" w moim wykonaniu przypominało raczej odgłos jaki wydałoby trzy letnie dziecko upadając na stertę naczyń. Sam krzyk i hałas. Gdzieś po godzince, zmęczony graniem i znużony samotnością postanawiam ich wpuścić do domku. Zaczynam wydzwaniać do znajomych, nie pamiętam co im mówię, ale dzwonienie do znajomych po pijaku cieszy zawsze niezmiernie. Gdzieś tam jeszcze majaczy mi partyjka Małysza, idę spać po raz drugi.

Ranek, głowa boli i cały śmierdzę pianką. Domek zresztą też. Na dworze zimno jak diabli. Nie muszę chyba pisać, że zmywanie na dworze (przez wczorajszą przegraną grę), w zimnej wodzie i na kacu, po całej imprezie nie należy do przyjemności. Jakieś śniadanie, jakieś sprzątanie. Niedobrze mi. Impreza zwraca się w krzakach poza działką, niedaleko brzegu. Nie zapowiada się miły dzień. Ładujemy z Krawcem śmieci z kilkudniowej imprezy do samochodu. Praktycznie pół bagażnika. Jedziemy je wyrzucić. Okazuje się jednak, że tam gdzie zawsze kontener stał, tam go dziś nie ma. Hmm, szukamy gdzie indziej. Pod pobliskim sklepem jest tylko kontener na puszki, jedziemy zatem do sąsiedniej wsi. Tam, też tylko pojemnik na plastik i na puszki. Zostawiamy samochód gotowy do ruszenia, gdyby jakiś miejscowy miał coś przeciwko, że zostawiamy śmieci obok pojemników na recycling. Co można, to Krawiec wrzuca do pojemników, podczas gdy ja chyłkiem opróżniam, pełen worków bagażnik. Szybko wsiadamy i odjeżdżamy po pokrytej kurzem drodze. Zazwyczaj popieram segregację odpadów, no ale żeby normalnych koszy na śmieci nie było nigdzie? Przecież to przesada.

Powrót dość ciekawy. Bagażnik wypakowany po brzegi, tym razem torbami (między innymi cała wielka torba Spaika, wypełniona książkami). Siedzę z przodu z gitarą między nogami. Vipex, Spaik i B. z tyłu z drugą gitarą, moim 70litrowym plecakiem i dwoma laptopami. Nie mam pojęcia jak się zmieściliśmy. Śpieszymy się do domu, bo B. musi zdążyć na pociąg, którym pojedzie do Łodzi, skąd z kolei pojedzie autobusem do domu, na jakimś zadupiu pod Kielcami. Praktycznie zdążamy. Praktycznie, bo jakieś 3 minuty przed odjazdem pociągu, zatrzymujemy się na przejeździe kolejowym (dworzec jest tuż obok, po drugiej stronie torów) i po 3 minutach widzimy przemykający obok pociąg do Łodzi. Jedziemy na przystanek pekaesu. Okazuje się, że za kwadrans jest autobus, więc wysiadamy i czekamy na niego z B. Spojrzenia ludzi uświadamiają mi, że nie wyglądam najlepiej. Kurta w białe plamy, wygląda jakbym wpadł do dołu z cementem, pod tym brudna koszula i takie same spodnie. Włosy nieumyte i nieuczesane, bo po piance nie dało się z nimi nic zrobić. Dosłownie jakbym uciekł z rumuńskiej budowy. Mina rodzicielki, gdy wszedłem do domu, bezcenna. Od progu zapytała czy chcę Alka-seltzer i zaczęła przygotowywać rosół.

Na koniec muszę dodać, że Vipex, to sympatyczny pomarańczowo biały pachołek drogowy, który został zabrany z pobocza, gdzieś w Kole, około pierwszej w nocy, gdy Krawiec ze Spajkiem błądzili w drodze nad jezioro. Ale naprawdę świetny z niego kompan.

piątek, 11 maja 2007
Wyjątkowo w tym roku obejrzałem eurowizję. Pomogła mi w tym Iga, Maciek i butelka Martini. Nie będę opisywał, kto co jak śpiewał, bo jak was to interesuje to pewnie oglądaliście, a jak nie interesuje to nie będę zanudzał. Mój faworyt to Macedonia. Naprawdę mi się podoba. Piosenka też. Poniżej pare autentycznych komentarzy z dzisiejszego wieczoru.

Dania (transwestyta w piórach)
- Penis mu wystaje.
- O kurwa, zmienił sukienkę.

Polska (The Jet Set)
- Respekt dla tego murzyna, podoba mi sie.
- On to mowi? On jest rasistą!

Serbia
- Jaki kurdupel.
- O ja pierdole. (to się wogóle pojawiało częściej)
Po minucie piosenki: -Kurwa to jest kobieta! Ogólnia ta eurowizja ma problemy z określeniem płci.

Malta (śpiewa rekordzistka w występach na eurowizji)
- Ale dziwisz sie jak oni tam mają 200 obywateli, to z czego wybierać? Wiesz ile ona wesel musi obskoczyć. Oni tam mają przejebane, bo jak jest eurowizja i 100 osób jedzie do Finlandii, to w kraju zostaje ich tylko 8 i głosowanie jest o dupe rozstrzaść.

Andora (widząc perkusistę, ogólnie zespół to blog 21)
- Coś ci sie kurwa rozmazało na ramieniu. Dwójke ma, dwójke ma na ramieniu namalowana mazakiem.
- Lo 27 to przy nich pokolenie kolumbów.

I na zakończenie jedno mądre stwierdzenie.
- Nie posyła się Mietka Szcześniaka na eurowizję, jeśli się chce wygrać.

poniedziałek, 07 maja 2007
Znacie pewnie wszyscy te fioletowe reklamy nowej sieci komórkowej? Okej, nie powiem, że mi sie podobają. Może nie są ładne, estetyczne, ale na pewno są szokujące. Rozumiem, że mogą obrażać nawet kogoś uczucia religijne. Ale nie przesadzajmy.
 
fot. Jacek Lagowski/AG
 
Właśnie przeczytałem tutaj informację, że te bilboardy z dziećmi propagują pedofilię. A dokładniej:
 
"Sprzeciw wobec kampanii marki Play wyrazili wcześniej m.in. rzecznik praw dziecka Ewa Sowińska i dyrektor programowy łódzkiego Centrum Służby Rodzinie - Tomasz Bilicki. Ich zdaniem plakaty z dziećmi, którą są częścią kampanii, budzą skojarzenia pedofilskie."
 
Ja po prostu nie rozumiem jak takie dzieci, których widok wręcz mnie odstręcza, mogą kogoś podniecać. Przyjrzyjcie się. Przecież one są psychodeliczne, okropne i straszne. Ludzie którzy uznali to za pedofilię nie widzieli pewnie reklamy PKO
 
Pedofilia w reklamie PKO
 
To zdjęcie mnie akurat zbulwersowało. Ile ta dziewczynka może mieć lat? Spójrzcie na jej pozę, spojrzenie i te różowe króliczki! Jakby tego było mało bank reklamuje się na stronie:
 
"Szybki Serwis Kredytowy pomoże Ci spełnić najskrytsze marzenia." 
 
Nie dziękuję za takie sryte marzenia, postoję, albo raczej usiądę, bo stanie się mi źle kojarzy.  Z kolei Sz.p. Artur Zawisza wyszedł z propozycją, by karać za minispódniczki i dekolt na ulicach. Ratuuunku! Jak tu nie zwariować? Przecież tego nawet nie ma jak skomentować. Na zakończenie wrzucam więc tapetkę z boli.blog.pl. (Skądinąd zawieszonego ostatnio.) Mam nadzieję, że za nią nie pójdę siedzieć.
 
suntapetka z boli.blog.pl