Dark side of the moon The Wall Wish You Were Here Achtung Baby HTDAAB Led Zeppelin Led Zeppelin Led Zeppelin Led Zeppelin Use Your Illusion I Use Your Illusion II Coma Dżem Nowoczesne przeglądarki
środa, 26 lipca 2006

Taki Jeden był na wakacjach. na Kretyńskiej wyspie. Było słonecznie, ciepło, ale na szczęście nie tak gorąco jak tutaj. Mimo to udało mi się w ciągu pierwszych dwóch dni poparzyć na słońcu, co zaowocowało, tym że następnego dnia wogóle nie pojawiłem się na plaży, a nim zdążyłem wrócić i pochwalić się przed Torianne moją piękną opalenizną, skóra zaczęła mi schodzić niczym u węża, więc całe opalanie, którego w sumie nie lubię, diabli wzieli. Ale nie przeszkodziło mi to bawić się świetnie. Było akurat wystarczająco gorąco, ciepłe (choć niemiłosiernie słone) morze pod bokiem (ale za to z dużymi falami), nawet palmy i greckie wino. Tylko zabrakło Kretyńskich (tudzież Polskich :)) piękności, za to były tabuny grubych Niemek i mimozowatych Angielek. Co ciekawsze jest tam z jednej strony morze, a z drugiej góry, które w ciągu dnia zmieniają kolor. W pewnym momencie są nawet różowe (jak u Greka Zorby).



A to co widać na dachu, to też dla mnie przynajmniej nowość - kolektory słoneczne. Są one prawie na każdym domu, podgrzewają wodę (takie bojlery). Zalet dla środowiska wymieniać chyba nie muszę. Jedna wada: po zachodzie słońca zazwyczaj brakuje ciepłej wody, zwłaszcza jak ktoś brał prysznic przed tobą, o czym przekonałem się w chłodny sposób pierwszego dnia.

Dodatkową atrakcją okazał się samolot, którym Taki Jeden leciał po raz pierwszy i trochę się bał...



...ale mu się bardzo podobało. Wogóle z tym samolotem to jest śmieszna sprawa. Leci się krótko (niecałe 2 godziny w tamtą i niecałe 4 z powrotem*), ale dojazd na lotnisko to około 3 godziny, plus odprawa, plus czekanie na samolot, a że byliśmy trochę wcześniej, to więcej czasu spędziliśmy na lotnisku czekając niż lecąc. Jednak najciekawszy jest taki autobusik, do którego się wsiada i który podwozi pasażerów jakieś 10,15 metrów do samolotu, chyba tylko po to by się po płycie lotniska nie rozłazili.



Start, czujesz że jedziesz coraz szybciej i szybciej i szybciej, trochę w fotel wciska, a potem się odrywasz do ziemi i przez okno widać, że się wznosisz. Trochę straszno, bo samolot od razu zaczął skręcać, przez co się przechylił tak bardzo, że wydawało mi się, że lecimy bokiem, ale potem już było dobrze. Sam lot miło: i sympatycznie, śliczne chmurki i krajobrazy pod spodem.



Nie czuje się prędkości, ani wysokości, podobno za oknem było -300C, ale ja jakoś w to nie wierzyłem. Lądowanie tylko niezbyt przyjemne było, bo trzęsło, samolot co jakiś czas nagle opadał, a ja z niezbyt pewną miną widziałem jak przybliżają się domki i drzewa i czy przypadkiem o nie nie zachaczymy, ale jak widać obyło się bez wypadków. Ogólnie latanie się Takiemu Jednemu spodobało bardzo, bo jesteś na miejscu szybko łatwo i przyjemnie. A poniżej jeszcze dwie fotki zrobione spod nieba. (Z góry to wszystko wygląda lepiej niż na Google Earth.)



Lotnisko Balice pod Krakowem.



A to nasze Polskie Tatry widziane znad Słowacji (z południowego-wschodu).

Acha i wiem już, czym się różnią tanie linie od normalnych: w tanich nie ma takich ładnych stewardes jak w filmach, lub reklamach. :)

*Zagadka: dlaczego z Kretyńskiej wyspy wracając leci się dwie godziny dłużej niż lecąc na nią?
poniedziałek, 24 lipca 2006

na świecie jest 6 miliardów ludzi.
prawdopodobnie większości wydaje się, że są wyjątkowi.
tak samo jak Tobie
niespełniony pracowniku agencji reklamowej
studencie wypełniony zbędną wiedzą
artysto którego nikt nie rozumie
nastolatku który sam do końca nie jest pewien przeciw czemu się buntuje
gospodyni domowej której życie miało się przecież ułożyć inaczej
nie jesteś.

poniedziałek, 17 lipca 2006
Co piąty maturzysta nie zdał. I wielkie Halo. Gezety piszą, że to straszna klęska. Minister ogłosił amnestię. Parę przemyśleń.
Zdawalność na poziomie 79% to nie jest mało. Obenie jest przeprowadzany egzamin maturalny, który zastąpił stary egzamin dojrzałości, ale idea pozostała. Jest to egzamin, który młodzież zdaje u progu dorosłego życia, świadczący o zamknięciu jakiegoś etapu, o dojrzałości. Patrząc na otaczających nas często ludzi, to wręcz wynik dobry. Ile spotykasz wokół ludzi, którzy nie zachowują się i myślą tak jakby matury nie zdali?
Te kilka egzaminów nie jest chyba po to, by wszyscy je zdali. Gdyby tak było, to można by z nich zrezygnować, dając każdemu na zakończenie szkoły średniej maturę. Przecież chyba chodzi o to, by sprawdzić jakąś wiedzę, a kto nie umie, to ma pełne prawo do tego, by nie zdać.



Ten rysunek pochodzi ze strony CKE, kto sądzi, że to podróba niech ściągnie ten dokument, strona druga. (Mi najbardziej podoba się studnia i mostek.)
30 % procent wystarcza, żeby zdać, toż to śmiech na sali. Naprawdę trzeba być głupim, żeby nie zaliczyć. Pech nie wchodzi w rachubę, bo jak ktoś jest przygotowany i nawet mu się noga podwinie, to 30% raczej będzie miał. Choć jeśli biorąc to pod uwagę popatrzymy ile głąbów nie zdało, to można zacząć się bać, kto z tych szkół wyjdzie. I nie mówcie, że są to ofiary reformy, bo to nie pierwszy jej rocznik, lecz drugi. Zresztą ja też przez dwa lata uczyłem się do nowej.
Ale w takim przypadku dodanie warunku dla głąbów, że można jeden egzamin oblać dodatkowo osłabia jakość matury, a to przecież zarazem jest wstęp na studia. Jaką motywację będą mieli ci co zdają ją za rok, jak wiedzą, że jeśli się nie zda, to może się i tak zda.
Inną sprawą jest matematyka, z która jest tak, że wszyscy wiedzą, że na maturze by się przydała, ale nikt za bardzo tego nie chce jej pisać. Ale o tym się nie będę rozpisywał, po prostu niektórych zbulwersuję, ale jestem za!
Egzamin dojrzałości był, czymś czego człowiek bał się kilka lat, im bliżej niego był, tym bał się bardziej. Kilka lat straszenia, potem od kilku miesięcy do kilku godzin nauki i przeważnie się zdawało, do tego w miłej i sympatycznej atmosferze. Człowiek czuł się dumny, doceniony, wyjątkowy, no bo w końcu zdał tą straszną, osławioną maturę, która okazywała się łatwa i sympatyczna. Niestety, przyszłym rocznikom chce się odebrać tę przyjemność, no bo co to za satysfakcja z matury, którą się dostało z kaprysu ministra. Żal mi tych głąbów.

sobota, 15 lipca 2006

Czas akcji: po Olonaliach.
Miejsce akcji: Kwadrat Rufjana
Występują: Torianne, Rufjan Starszy i Młodszy z Kotylionikiem, jeden Piotrek, Olo oraz gościnnie Żurek

Była to dumnie zapowiadana impreza po ostatnich egzaminach, na której mieli się pojawić wszyscy. Ograniczyło się do tych, którzy nie wyjechali tuż po zakończeniu sesji. Ale i tak było ciekawie.

Dojazd z jednego końca miasta na drugi środkami komunikacji zbiorowej zajmuje dokładnie 74 minuty. (Dwa razy sprawdzałem i za każdym razem tyle wychodziło). No ale jesteśmy z Torianne na miejscu: wysypisko Radiowo, lotnisko Bemowo. (Tak to z piosenki). Tu spotykamy resztę czytających, którzy właśnie wracają z księgarni. Mimo obietnic złożonych kilka dni wcześniej, że na nas poczekają, już są po żurku.

Tu mała dygresja, następuje zwolnienie akcji.

Wbrew pozorom żurek, a raczej Żur, to nie jest żaden alkohol, lecz tajna mikstura, sporządzana przez Rufjana Starszego. Do jej przyrządzenia potrzebna jest kiełbasa, chyba śmietana i jakieś inne tajemne składniki, których niestety nie znam. Legenda głosi, iż spożyty przed imprezą wywar daje nadludzką wytrzymałość i siłę w czasie spożywania alkoholi wszelakich. Dodatkowo chroni również dzielnych wojowników, przed nieszczęśliwymi chorobami dnia następnego. Tajną moc Żuru wykorzystuje zawsze jego twórca do obrony jedynej galisjkiej wioski, która oparła się atakom najeźdźców... wróć. Tajna moc Żuru pozwala jego twórcy utrzymać się na polu bitwy i zwyciężyć wszystkich, samemu wychodząc bez szwanku.

Koniec dygresji.

Książek jest niezbyt dużo, bo i czytającyh też mało. Główną atrakcją wieczoru okazuje się Rufjan Starszy. Kilka minut spędzonych w toalecie, trochę zużytego tego czarnego do oczu w celu zrobienia wąsików, grzebień i włoski na bok, ukazuje się nam najprawdziwszy dzwudziestowieczny dyktator. Jak żywy, nawet wygłasza płomienną przemowę połączoną z wielkim gestykulowaniem. Nie wiedziałem, że znam takiego sobowtóra. Tymczasem książki się kończą, literatura rozchodzi się po kościach, zaczynają to czuć wszyscy. I tu zaskoczenie: dochodzimy do dziwnego spostrzeżenia. Żur był? Był. A pijani jesteśmy? Jesteśmy. Wniosek: Coś poszło nie tak! I tu zaczyna się część detektywistyczna, która ma wyjaśnić co poszło nie tak. Jasne wnioskowanie doprowadziło nas na kilka tropów:

  • dziś jest taki jakiś zły dzień

  • zbyt gorąco jest na dworze

  • może jakiś składnik żurku zawinił

  • długa jazda autobusem, w połączeniu z gorącem osłabiła nasze siły

Jakoś nikomu nie przyszło na myśl, że po przeczytaniu kilku książek może się człowiek zmęczyć, no ale przecież Żur był. Pozostawiamy więc nasze wątpliwości, może to kiedyś Wołoszański wyjaśni. Do Piotrka dzwoni telefon. Okazuje się, że ma szansę na wakacyjne praktyki w znanej firmie, jest tylko jedno ale, do dziewiątej rano musi wysłać swoje CV. I tu jest problem, bo aktualnie Piotrek nie wygląda na osobę, która byłaby w stanie napisać ładne i ciekawe CV. Chociaż w sumie to ciekawe może by one było, ale pod innym względem. W celu uratowania się, opuszcza on czytania z nadzieją szybkiego dotarcia do domu i z nadzieją, że rano mu się uda wstać, napisać i wysłać dokument. (P.S. Co się udało, ale niestety nie oddzwonili do niego). Tymczasem zmęczenie książkami zaczął w standardowy sposób okazywać organizator imprezy, siadając na łóżku i wyganiając nas w wulgarny sposób: "K***a, wypier*****." Bo on jest zmęczony i chce iść spać, a tu mu się jacyś ludzie do pokoju kręcą. Ponieważ jedyny sposób powrótu konwencjonalnego o tej porze to nocne, z przesiadką na dworcu centralnym, co niezbyt nam się uśmiecha, dzwonimy po taksówkę. I tutaj moża się wiele nauczyć o podróżowaniu po Warshau. O ile w normalnych warunkach taksówka północ- południe przekracza nasze zasoby finansowe, o tyle z Rufjanem Starszym jest inaczej, gdyż jest to osoba posiadająca wielki dar przekonywania. Coś jak wpływanie mocą na słabe umysły. Plan jest taki, my nic nie mówimy, on załatwi wszystko. Ok, wsiadmy do taksówki, z przodu wsiada Rufjan i pierwsze co mówi: “Dzień dobry. Daleko będzie i my tu byśmy chcieili jechać bez tego.” wskazuje na taksomter. “Ale jak daleko?” pyta się taksówkarz, już widać że pojedziemy. ”Dość daleko.” I dzięki temu, za sensowną kwotę pędzimy szybko i przyjemnie pustymi ulicami, oświetlani przez światła śpiącego miasta. Rozmawiamy o tym, kto i jak jeżdzi taksówkami, przy okazji dowiadujemy się, że kiedyś taksiarz wiózł nawet takie “sławy” jak któregoś z braci Mroczków (nie wiedział którego) i jakąs piosenkarkę na skalę Beaty Kozidrak. Niestety nie pamiętam jaką, gdyż długie czytanie zrobiło swoje. I tak oto w mniej niż pół godziny później jesteśmy w domu, zaczynają się wakacje...

P.S. W komentarzach możecie wpisać co waszym zadniem poszło nie tak.

wtorek, 04 lipca 2006

Czas akcji: po Olowej sesji.
Miejsce akcji: Olowy minimalistyczny ogródek (kilka m2 :)) + winda
Występują: Torianne, rÓfjan Starszy i Młodszy z Kotylionikiem*, dwóch Piotrków, Cyc, Olo

Miało być kulturalnie... Słoneczko przygrzewało, czytamy literaturę. Wszyscy oprócz Buczka, który to z niewiadomych względów po pierwszej stronie deklamowania poezji odmówił i wytrwał w tym postanowieniu prawie do końca imprezy. W sumie namawianie go zajęło nam jakieś pół godzinki, ale nawet koronny argument “ze mną się nie napijesz?” nie zadziałał, więc daliśmy chłopakowi spokój no bo co w końcu kurczę blade, na ostatnich Olonaliach się bardzo zmęczył przecież.
Czytamy sobie i czytamy, a tu nagle Piotrek J. do łazienki się przenosi. Wszyscy zdziwieni, że raptem po kilku kolejkach go zmogło, ale on mówi że nie, że to co innego. Z misją (i wsparciem w postaci husarii Sobieskiego) idzie Cyc. I nie wraca. Co się dzieje? Zaczynamy się zastanawiać. Kolejne prozycje to:

  • może cierpi na tą samą przydałosć co nasz prezydent, mówi że nie

  • egzamin Piotrakowi nie poszedł, ale nie no bo przecież poszedł

  • dziewcyzna go rzuciła, ale też nie pasuje, bo nie ma dziewczyny

  • może życie mu się nie udało, ale w sumie nei wiemy czemu miałoby się nie udać

  • może widział reklamę celulitu, tudzież oglądał dziś Plebanię

Nasze wątpliwości zostały rozwiane dopiero wtedy gry prawie wszyscy solidarnie przenieśli się do łazienki towarzyszyć Piotrkowi i przekonali go, że warto jednak wyjśc na słoneczko. A co mu było niech pozostanie tajemnicą... :)
Potem się rozkręciło, powtarzane wciąż “już możesz, napić się w miarę” zostało zastępione przez deklamowanie (dosłownie) Pana Tadeusza (choć pomocna była ściągawka na butelce). I tu nasze lektury się skończyły. Zbiórka, wyjście do Lidla na zakupy, poszli wszyscy prócz dziewczyn i mnie. Nie wracają. Nie wracjaą. Wracają, dzwonią domofonem, otwieram i czekam, zaraz będa, no bo to w końcu parter i do drzwi wejściowych daleko nie jest. Hmm coś ich nie ma. Hmm coś ich nie ma długo. Hmm zaczynam, się niepokoić, że zaczną jeździć windą (główna rozrywka dzieci z małch miasteczek, ja też lubię :) ). Chyba po kwadransie od wpuszczenia ich słyszę że trafili pod drzwi i moje przypuszczenia się potwierdziły. Z tego co udało mi się usłyszeć to plan jazdy windą był prosty. Chłopaki chcieli zobaczyć co jest pod ziemią i oczywiście w tym celu udało im się pojechać na pierwsze piętro, gdzie wsiedli sąsiedzi, zapewne zdumieni wizją pięciu facetów próbujących gdzieś dojechać windą. Okazali się jednak na tyle uprzejmi, że pokazali który przycisk nacisnąć, powiedzieli z której strony windy są drzwi, choć więcej o nich nie wiem. Cyc próbował ratować reputację w oczach sąsiadów tłumacząc: “Jesteśmy wulgarni i pijemy alkohol.”, co chyba nie okazało się najlepszym pomysłem. Praktycznie to już zapowiadało, że impreza zbliża się do swego końca, który swoją drogą też był pamiętny. Gdy już wszyscy się zbierali do wyjścia, patrże a brakuje dwóch osób. Słyszę, a tu w ogródku jakby wodospad. Wychodzę i widzę dwóch moich kulturalnych kolegów, którzy to najzwyczajniej w świecie odlewają się przez siatkę do ogródka sąsiada. Lekko mnie to zdenerwowało, no bo co w końcu kurcze bladę, ale łazienkę to ja mam już ładną i nawet drzwi są i się zamykają i tam można się załatwić, a nie u sąsiada. Chociaż dobrze, że wybrali tego, który jeszcze się nie wprowadził, a nie tego, który ma ładnie skoszoną cieciorkę i zadbane roślinki. Nazwisk tu nie podam i palcami wskazyawać nie będę no bo co by było jakby przeczytała to Cycowa Mama, tudzież dowiedzieli się o tym ci z tej dużej międzynarodowej korporacji biznesych maszyn i nie przyjeli Piotrka? Tłumaczyli mi poźniej, że oni chcieli dobrze, zresztą uznali, że szkoda by było obsikiwać mi ogródek więc zrobili to u sąsiada.
Pożegnaniom nie było końca, dawno nie widziałem tak przytulająych się facetów (chyba ostatnio na Brokeback Mountain), bo na nadchodzących rÓfenaliach nie wszysyc mieli się zjawić... ale to już temat na następną notkę.

*Kotylionik to zabawny (hmm, na pewno?) pseudonim dziewczyny rÓfjana. Pochodzi to z takiej gry słów: kot i lew, które to mają obrazowo przedstawiać jej charakter. Podobno jest też drugie znaczenie, którego jednak ja nie znam (coś mi się kojarzy z czapką).