Dark side of the moon The Wall Wish You Were Here Achtung Baby HTDAAB Led Zeppelin Led Zeppelin Led Zeppelin Led Zeppelin Use Your Illusion I Use Your Illusion II Coma Dżem Nowoczesne przeglądarki
wtorek, 24 lipca 2007

Dnia 07.07.07 widziano trzech osobników płci męskiej, spożywających nielegalnie w tramwaju alkohol. Podejrzani dla niepoznaki przelewali substancję wyskokową, do butelki napoju Cherry Coke. Ze sprawdzonych źródeł wiadomo, że po opuszczeniu tramwaju mężczyźni, udali się do mieszkania jednego z nich, by dalej spożywać alkohol w połączeniu ze smalcem i ogórkami. Podjerzewa się, że chcieli on uczcić trzy siódemki w dacie, trzema 0,7 napoju wyskokowego, jednak z braku odpowiedniego asortymentu w sklepie monopolowym, zadowolili się dwoma 0,5.

Jeśli ktokolwiek widział, lub wie, gdzie mogą się znajdować podejrzani, proszony jest o kontakt z oficer dużurującym całą dobę pod specjalnym numerem telefonu:

0-22 *** *** ***

 

Nadinspektor Mariusz Prońko

Centralne Biurko Śledcze  

vódka tramwajowa 
 
vódka tramwajowa 
 
vódka tramwajowa 
 
vódka tramwajowa 
wtorek, 10 lipca 2007
Najlepsze filmowe hity mają swoje sequele. I sequele, sequeli, a często sequele, sequeli sequeli. Główni bohaterowie pozostają bez zmian, czasem pojawiają się nowi, czasem kogoś zabraknie. Fabuła zawsze jest podobna i wiadomo, czego się spodziewać. Mimo to, chętnie oglądamy kolejne Shreki i Szklane Pułapki, bo po prostu lubimy te filmy, mimo, że kolejne części, mogą się wydawać na pozór identyczne. Z jednej strony jest znajomo i już jakbyśmy to gdzieś oglądali, a z drugiej, zawsze coś nas zaskoczy. Podobnie jest z Olonaliami.

Cyc przychodzi dwie godziny przed czasem, Primosz pół godziny po. Czekanie umilamy sobie oglądaniem spotów "I am Canadian". Poniżej genialna reklama z łosiem. 

Jeśli ktoś jest ciekawy czemu wydarzenia tego wieczoru potoczyły się tak, a nie inaczej, niech obejrzy tę reklamę i koniecznie hymn. A jak się spodobało, to są to reklamówki piwa Molson i jest tego więcej.

Po jakiejś godzinie, nie czekamy już na spóźnialskich i otwieramy pierwszą książkę. Ciekawa, więc popijamy ją sokiem. Przychodzą dziewczyny. (Zawsze to lepiej brzmi, niż przychodzą dwie dziewczyny.) Kasia z Kingą jednak nie reflektują na wspólne czytanie, ale i tak jest sympatycznie. Z ponad dwugodzinnym poślizgiem pojawia się reszta ekipy. Rufjan, Ola i Ruflord mieli zorganizować catering. Przywiezienie kilku karczków, paru warzyw i grilla bez rusztu ciężko nazwać pełnym sukcesem. Problem grilla rozwiązuję wykorzystując ruszt z mikrofalówki (co z niego zostało to osobna kwestia). Do sałatki, którą ma zamiar przygotować Ola potrzebujemy kukurydzy. Owszem, mamy trzy puszki, ale ponieważ ja jem tylko świeże produkty, nie mam na stanie otwieracza. Ostry nóż, trochę uporu i wytrwałości załatwiają sprawę, choć reszta osób patrzy się na mnie, tak jakbym co najmniej próbował w piwnicy pełnej benzyny, przerabiać niewypały na petardy noworoczne.

Grill się smaży, my czytamy książki (których jest dość sporo, bo ledwo się w biblioteczce mieszczą), sałatka okazuje się bardzo dobra, mięsko później też. Denerwuję się na Rufjana, który spóźnił się niemiłosiernie, wziął grill, ale zapomniał rzeczy podstawowej, a teraz siedzi i tylko marudzi. Pół szklanki pełnej liter uspokaja moje nerwy i o wszystkim zapominam. Wkracza Piotrek, lodołamacz niewieścich serc. Ponieważ, my jesteśmy już po dużej dawce literatury, dostaje karniaka. Szklanka najlepszej poezji z trudem, ale przechodzi przez jego gardło. Chyba robimy Piotrkowi krzywdę, ale to się okaże dopiero później.

Potem jest tak sequelowato, jak w szóstej części Akademii Policyjnej. Jest madonna (nie wiem, co się moim znajomym podoba w tym, jak robię z siebie głupka), jest dużo czytania, przychodzi sąsiad, żeby trochę ciszej (zawsze przychodzi, chyba go w końcu zaproszę), czytamy dalej. W pewnym momencie kładę się na chwilę odpocząć, a już mi ktoś przynosi kołderkę, poduszeczkę... odpływam.

Budzę się po jakichś dwóch, trzech godzinach, zdziwiony, że spałem. Jak dowiedziałem się później od Kasi w międzyczasie wydarzyło się dużo. Impreza przeniosła się z ogródka pod dach, była wyprawa do komory Xenu (winda), szaleńcza eskapada po węgiel, a nawet disco, przy muzyce z YouTube. Rufjan jeździł po pokoju na małej żółtej kosiarce (wszędzie została trawa), a Ruflord udawał, że umie grać na gitarze (nikt mu nie uwierzył). Podobno chciano mnie przenieść do sypialni, ale Cyc ostrzegł obecnych, że lepiej się do mnie zbliżać, bo w takim stanie wstępuje we mnie bestia: gryzę, kopię i molestuję. 

Ponieważ moja relacja jest z drugiej ręki, tu zamieszczę wspomnienia Ruflorda:

It was a hard day's night, znowu...
Zaczęło się klasycznie, spóźniliśmy się do Tjednego dwie godziny. Zaczęli wódkę bez nas...no cóż. Tak bywa jak się człowiek spóźni. Wkroczyliśmy dumnie z grillem, odpaliliśmy, poleciała wódka.
Po jakimś czasie Tjeden wyraźnie osłabł biedny. Coś tracił moc. Niczym powietrze z przedziurawionej napompowanej prezerwatywy - siła z Tjednego uszła. Opadł bez czucia na wyrko.
Procedury awaryjne nakazują ustalić stan osłabniętego, zadać pytania czy będzie rzygał, czy podstawić michę, czy przenieść do wyrka.
Na wszystkie pytania Tjeden udzielił odpowiedzi przeczącej. Poszedłem lufkę skonsumować i wzmocniony tym wspaniałym napojem uznałem, że chyba należy człowieka przykryć kołderką.
Tak zapadł nasz niedźwiedź w sen zajebisty.
Po kilku wódkach (kilku BUTELKACH, żeby nie było nieporozumień) znalazłem z Rufim kosiarkę i gitarę.
Co można zrobić jak kolega nietrzeźwy śpi, obok w pokoju stoi kosiarka i gitara? No wiadomo...
Rufi wjechał do pokoju z kosiarką, ja wkroczyłem z gitarą. Tekst miałem wymyślony w przerwie między zakładaniem gitary a wykonaniem pierwszego kroku...
Tak odśpiewaliśmy odę ku czci nietrzeźwych gospodarzy którzy słodko śpią, podczas gdy swawolni goście jeżdżą kosiarkami po ich mieszkaniach. 

I tak jak się budzę, to po chwili wszyscy opuszczają imprezę. Oto co się stało w drodze powrotnej w Oli samochodzie marki Dogde Nexia. Ola prowadziła, a Rufjanowie z Piotrkiem, przy użyciu zabranego ode mnie szkła raczyli się wziętą ze sobą książką. Do czasu, gdy Piotrek powiedział, że mu niedobrze, po czym był głośny pisk, hamowanie i Ola kazała Piotrkowi opuścić pojazd, co też posłusznie uczynił. Na szczęście, bo mycie tapicerki, do najprzyjemniejszych czynności nie należy.  Koniec opowieści.

Zostaję sam z Cycem. Co może robić dwóch facetów w środku nocy? Oczywiście grać i śpiewać "Przepijemy naszej babci domek mały" i inne hity z przeglądu piosenki biesiadnej w Połęcku koło Krosna Odrzańskiego. Wódka się kończy i praktycznie mamy już iść spać, gdy któryś z nas wpada na pomysł, że to nie koniec, a dopiero początek i wybieramy się do jakiegoś klubu. Zważywszy na nas stan, pomysł dość karkołomny. Jak to skomentował później Rufjan: "Jak to poszliście? Przecież ty ledwo stałeś na nogach!" Zostawiamy wiadomość Ruflordowi, że ruszamy na miasto i wychodzimy.

W metrze zaczyna rozmawiać z nami, jakiś człowiek, który twierdzi, że rok spędził w Australii, a dziś się wybiera na jakąś imprezę. To tak samo jak my, więc oferuje się, że zaprowadzi nas do Jadłodajni Filozoficznej i tam jest świetnie i na pewno będziemy się dobrze bawić. Po wyjściu z metra częstuje nas piwem. Bawimy się zatem świetnie: my śpiewamy Kandyjski hymn Molsona, on nas prowadzi w jakieś przeklęte rewiry i w pewnym momencie traci orientację. Jacyś ludzie wskazują nam drogę, która podążamy. Towarzysz się odłącza, uważa, że do Jadłodajni jest w drugą stronę. To jednak my trafiamy na miejsce, a w międzyczasie inspirowani obejrzanymi reklamami i South Parkiem ("It's aboot time..."), uznajemy, że Cyc będzie udawał mojego kolegę z Kanady. Aby być w pełni wiarygodny, Cyc wymyśla historię swojego życia, że się wychował w Kanadzie, a teraz przyjechał na studia. Zmienia ustawienia w komórce na angielskie i odtąd rozmawiamy już tylko w języku Szekspira. Co jest średnim pomysłem, bo o ile normalnie Cyc mówi tak, że go ciężko zrozumieć, to po pijaku i angielsku, jest to prawie niemożliwe.

Jadłodajnia całkiem sympatyczna, do tego klimat dość kosmopolityczny. Okazuje się, że pomysł z udawaniem Kanadyjczyka, był słaby, bo tu spotyka się prawdziwych Hindusów i wiele innego narodu. Cyc jednak się trzyma scenariusza, zamawia piwo ("It's from Dojlidy!") i bawimy się wybornie. Po piwie tańce, potem kolejne piwo, kolejne tańce. Próbuję zagadać do jakiejś dziewczyny, ale potok słów wylewający się z moich ust, nie ma chyba najmniejszego sensu i jednym słowem niezbyt dobrze mi to wychodzi. Jakaś dziewczyna pyta Cyca, z jakiej jest prowincji i czy mówi po francusku. Tu już nasz misterny plan zawodzi i nie wiemy co odpowiedzieć.

Wychodzimy na zewnątrz, gdzie jest już jasno i na ławce przed klubem wtłaczamy w siebie ostatnie piwa. Następnie bierzemy się pod ramiona i zataczając się obficie, opuszczamy upadającą imprezę, wykrzykując, że Cyc jest z Kanady. Cała sytuacja budzi śmiech u osób postronnych. Ale najważniejsze, że my się dobrze bawimy.

Po kilku krokach i krótkiej dedukcji, dochodzimy do wniosku, że musimy być gdzieś na Powiślu, ale gdzie to nie mamy zielonego pojęcia. Znajdujemy zatem skrzyżowanie, z wypisanymi nazwami ulic, Cyc zamawia taksówkę na to skrzyżowanie i udajemy się do jego mieszkania. Drugi raz byśmy tam nie trafili i do dziś nie jesteśmy pewni, gdzie wtedy zawędrowaliśmy.

Budzę się koło 14 w Cycowej kuchni. W telewizorze słychać głosy z Cartoon Network, a ja się czuję nawet nie najgorzej. Co prawda gorzej, niż po imprezie dzień przed Olonaliami, ale bez takiego kaca, jak dwa dni wcześniej, gdy podali nam zatrute piwo w City. Odbieram kilka sms'ów wyrażających obawę, czy oby jeszcze żyję i gdzie po pijaku na miasto się wybrałem. Po jakimś czasie Cyc dochodzi do siebie. Jak najlepiej nabrać sił po całonocnej imprezie? Jedząc a really tasty burgera w Burger King'u. Wybieramy się więc do centrum, na obiad, rozstajemy się potem pod metrem. Około siedemnastej osiągam dom. I gdy jestem, tuż przed drzwiami przypominam sobie, że trzeba posprzątać po grillu, a ja nie mam ani kropli płynu do mycia nauczyć. O zapachu, który mnie uderza, po otwarciu drzwi chyba nie muszę mówić...

piątek, 06 lipca 2007

6.45 wstaję

7.30 wychodzę do pracy

16:45 wracam z pracy

17:00 jem obiad

18:30 wychodzę z domu

2:00 wracam do domu

2:01 śpię

6.45 wstaję

 

Z drobnymi modyfikacjami tak mi mija ten tydzień. Dorzucając do tego fakt, że przez ostatnie miesiące funkcjonowałem tak jakbym mieszkał w tej samej strefie czasowej co Nowy Jork, (spanie o 3, pobudka o 11) nie jest łatwo się przestawić. Zwłaszcza, że do południa jest dla mnie głęboka noc, więc przez pierwsze kilka godzin oczy same mi się zamykają i rozpaczliwie próbuję nie zasnąć (czasem nawet mi się udaje). Sprawę pogarsza fakt, że głównym moim zadaniem obecnie jest czytanie dokumentacji (fascynująca niczym sprawozdanie z zeszłorocznej debaty o wpływie kapusty na system trawienny pingwinów), co powoduje, że średnio co kwadrans oczy odmawiają posłuszeństwa. Chyba trzeba będzie zastosować patent z Mechanicznej Pomarańczy. Albo zacząć pić kawę.