Dark side of the moon The Wall Wish You Were Here Achtung Baby HTDAAB Led Zeppelin Led Zeppelin Led Zeppelin Led Zeppelin Use Your Illusion I Use Your Illusion II Coma Dżem Nowoczesne przeglądarki
czwartek, 10 sierpnia 2006

Dzień pierwszy, idę sobie takimi Kretyńskimi krupówkami, czyli zatłoczoną uliczką pełnej restauracji, hoteli, sklepów i ogólnie wszystkiego co można naiwnym turystom sprzedać, aż tu nagle mało samochód mnie nie przejeżdza. Po czym podchodzi do mnie okoliczny Grek i mówi, żebym tu uważał, bo Grecja przoduje w europejskim rankingu na największą liczbę wypadków drogowych. Od 10 lat. Rzeczywiście się o tym przekonałem. Są na świecie narody, które jeżdzą przepisowo, nie wymuszają pierszeństwa, nie używają klaksonów i można się wśród nich czuć bezpiecznie na drodze. Grecy na pewno do nich nie należą. Wyznają oni pogląd, że zasady ruchu, znaki drogowe, to tylko wskazówki, do których można, ale nie koniecznie trzeba się stosować, bo przecież każdy z nich umie świetnie jeździć, w przeciwieństwie do tego barana co się wlecze przed nim. Raz nieopatrznie usiadłem z przodu tamtejszego pks'u, po czym uznałem, że to ostatni raz, gdyż stresować się nie chcę. Wolę zapomnieć co kierowca wyprawiał na wąskich górskich drogach. W sumie Polacy nie jeżdżą tak źle.

Inną sprawą jest podejście do turystów. Że tak powiem od dupy strony. To znaczy, że Grek zrobi wszystko, żeby dostać od ciebie euro, nawet w dupę wlezie, a jak nie dasz, to wlezie ci jeszcze dalej i sam weźmie. Polscy górale połowy się tego jeszcze nie nauczyli, co tamtejsi umieją. Np, przed każdym sklepikiem, restauracyjką, najbardziej nawet beznadziejną stoi naganiacz, który w kilku co najmniej językach, zachęca Cię, byś tu właśnie wszedł, bo nigdzie nie ma takiej tradycyjenej greckiej kuchni. Pierwszego dnia cię to śmieszy, drugiego nie kręci, a trzeciego już irytuje. Ile to razy można być poklepywanym po ramieniu i niemalże siłą zaciągany do pierwszej lepszej knajpki. A jak raz gdzieś już byłeś, to następengo dnia cię poznają i zapraszają znowu na greckie jedzenie.

Co do jedzenia, to niestety pomysł był taki, by jeść to co tamtejsze. I owszem poznałem kilka ciekawych potraw, ale po tygodniu już było tego dosyć. Choć w sumie kuchnia gracka nie jest taka niedobra. Jedną z ciekawszych potraw jest musaka.



Jest to coś na kształt lasagne. Składa się z kilku warstw, między innymi z papki z ziemniaków, makaronu (odmiana z makaronem nazywa się bodajże pasticcio), pomidorów, bakłażanów i sosu beszamelowego. Całość jest zapiekana i zazwyczaj podawana w miseczce jak powyżej. Z pierwszym kęsem dobre, po zjedzeniu połowy zaczyna się robić trochę mdłe.

Ciekawe są także wydrążone pomidory, przyrządzane podobnie jak nasze gołąbki, tyle, że rolę kapusty pełni właśnie pomidor. Choć najsmaczniejsze były dolmades, czyli gołąbki w winogornowych liściach. Jest to raczej przystawka, ale smakuje wybornie, gorąco polecam. Tzatziki mnie zawiodły. Te co jadłem niewiele się różniły od mizerii. Nawet dobre, ale smakują nudno, są bardzo łagodne i w niczym nie przypominają tych podawanych np. w sfinksie, a te drugie bardziej mi smakują, są bardziej ostre. Cóż, wolę podróbę od oryginału. Sałatka grecka, czyli horatiki, to oczywiście jazda obowiązkowa. Nawet polubiłem ser feta, co jak na mężczyżnę jest dość dziwne, z tego co zauważyłem. Oczywiście są jeszcze souvlaki, czyli grilowana jegnięcina oraz stefido i kleftiko czy jakoś tak, ale to są po prostu różne rodzaje baraniny, jagnęciny, wołowiny, której się dużo tutaj je. Mnóstwo moją także Kretyńczycy sałatek morskich, z rybek i owoców morza. Między innymi udało mi się spróbować małżyków, krewtek (jak u Forresta Gumpa), a nawet ośmiornicę, leciutko gumowata. Plus przepyszne kalmary w cieście. Gyros podobny do tego z placu Konstytucji. Podsumowując: kuchnia grecka mimo litrów zdrowej oliwy i warzyw w dużej mierze opiera się na tłustych, ciężkostrawnych potrawach, a wszystko smakuje, jakby polane sosem od spaghetti. Niemniej jeśli jeść to od czasu do czasu, to jest całkiem dobra.

Na koniec zostawiłem pewien grecki zwyczaj, a właściwie zabawę, z tego co udało mi się zrozumieć, gdyż pierwszego dnia, gdy nie było jeszcze zbyt ciepło to właśnie w takiej brałem udział. Gra toczy się na plaży oraz przy brzegu. Sygnałem ją rozpoczynającym jest wywieszenie czerwonej flagi na maszcie przy plaży. Wtedy, ci nie uczestniczący w zabawie wchodzą do wody, gdzie sobie śmiało dokazują, gdyż zazwyzaj są wtedy naprawdę wielkie fale. Uczestnicy gry, ubrani w takie śmieszne czapeczki są wyposażeni w gwizdki i gdy zobaczą kogoś w wodzie to gwiżdżą. Celem gry jest naliczenie jak najwięcej osób w wodzie. Gdy tylko zorientowałem się w zasadach tej miejscowej zabawy, uznałem że należy pomóc najbliższemu uczestnikowi, toteż pobiegłem szybko do wody. On jednak zamiast się ucieszyć zaczął gwizdać, coś krzyczeć, a nawet się denerwować. To ja mu tu pomagam, żeby więcej punktów zdobył, a on na mnie krzyczy? Zresztą widać, że ta gra wywołuje emocje, bo zamiast policzyć mnie raz, to zagwizdał kilka razy, czyli pewnie mnie policzył kilka razy. A wiedział, że po takim czymś został zdyskfalikowany i pewnie dlatego tak się wściekał na mnie jak wyszedłem z wody. Ale to jego wina, bo ja po prostu chciałem mu pomoć.
czwartek, 03 sierpnia 2006

Przebywając w dalekich krajach, wręcz nie wypada nie skosztować miejscowych napojów wysokoprocentowych. Było to prawo, którym się skwapliwie kierowałem i teraz mogę Wam przybliżyć parę prawd o życiu na południu.

Ichniejszym głównym alkoholem jest Ouzo. (Czytaj uzo.) Jest to praktycznie zwykła wódka, dochodząca czasem do 48%, tyle że Anyżkowa.



W Grecji dość tania, podawana jest jako apertif, w dziwny sposób. Otóż zazwyczaj przezroczysta ciecz, mieszana jest w połowie z wodą, dzięki czemu uzyskuje się barwę mleka. Interesująco wygląda, choć to słowo nie oddaje w pełni jej walorów smakowych. Każda wódka po zmieszaniu z wodą zyskuje ohydny smak, ta szczególnie. Nawet bardzo zimna ledwo nadaje się do picia. Oczywiście można by to próbować pić tak jak pijemy wszystko łącznie z absyntem (który notabene ma bardzo podobny do ouzo zapach), czyli kielonek i popita, niemniej nie o to chodzi w kosztowaniu zagranicznych trunków. Zresztą przywiozłem butelkę tego wynazlazku ze sobą, toteż na którychś Olonaliach zapewne się pojawi.

Drugim trunkiem wartym uwagi jest Raki, choć nie jestem pewien czy nie powinno się tego nazywać Rakiją.



Nie jest to tak popularne i znane jak ouzo, ale też jest często spotykane na Kretyńskiej wyspie. Teoretycznie jest to bardziej Turecki trunek, jednakże ponieważ Kretyńczycy byli swego czasu pod ich zaborem, przeto pewne mądre rzeczy podpatrzyli. Uzyskuje się go w trakcie maceracji, w alkoholu nasion kminu, a także anyżku i kopru. Tyle mówi teoria. W praktyce, to raki z którym się spotkałem, niewiele różni się od naszego bimbru, tudzież nalewki, robionego według przepisu: "wszystko się nada, byle sponiewierało". Trzepie mocno, chociaż smak ma powiedzmy słaby. W sumie tak słaby, że zastanawiam się co gorsze, to czy ouzo. Po zastanowieniu jednak smakuje lepiej niż ouzo, choć i tak na poziomie żołądkowej gorzkiej.

Specjalnie na deser zostawiłem sobie Greckie Wina. O, te naprawdę są znakomite.



Wiadomo, że aby powstało naprawdę dobre wino, potrzeba słońca. Dlatego francuskie jest zdecydowanie przereklamowane, bo gdzie tam u nich znajdziecie takie słoneczko jak w Grecji. Odpowiednie nasłonecznie skutkuje naprawdę przepysznym winem, szczerze mówiąc nawet Warna biała półsłodka i Sophia się chowają. Dodatkowo wino tutaj pije się jak wodę, co skutkowało zawsze co najmniej jedną taka karafką jak na zdjęciu do obiadu, plus coś jeszcze na plażę. Z tym, że nie pije się go tak jak u nas, tylko jest podobnie do ouzo cieńczone wodą. I efekt o dziwo jest wyśmienity. Wino na smaku nie traci, za to zyskuje na lekkości i naprawdę bardzo łatwo i przyjemnie się je pije, zwłaszcza w upały. Zaskoczyło mnie to, bo w końcu nie powinno się alkoholi chrzcić, lecz ten sposób spożywania mi odpowiada, można dzięki temu skosztować dużo wina i wciąż stać na nogach. Chyba nawet zacznę w ten sposób je pić, choć nie wiem czy spotka się to z aprobatą innych czytelników. :) Jeśli będziecie mieli kiedyś okazję skosztować greckich win, to nie odmawiajcie (innych zresztą też.)

A na koniec rozwiązanie zagadki z częśc pierwszej, w której chodziło o przestawienie zegarków. Lot trwa niecałe 3 godziny (krócej niż ode mnie do Warshau by PKP), ale w Grecji przesuwa się zegarek o godzinę do przodu, co sprawia, że przylatuje się później, za to wracając jest się wcześniej.