Dark side of the moon The Wall Wish You Were Here Achtung Baby HTDAAB Led Zeppelin Led Zeppelin Led Zeppelin Led Zeppelin Use Your Illusion I Use Your Illusion II Coma Dżem Nowoczesne przeglądarki
piątek, 31 sierpnia 2007
Tjeden, wiodący lider w dziedzinie dobrej zabawy, poszukuje osoby na stanowisko:

Współlokator

Miejsce zamieszkania: Warszawa, Imielin - 12 minut spacerkiem do metra. Wolne od października.

Oczekiwania:

  • Studentka/Student, ewenetualnie ktoś w podobnym wieku.
  • Osoba: wesoła, inteligentna, bezkonfliktowa, niepaląca, zachowująca czystość (w miarę :)).

Mile widziane:

  • Długonogie blondynki ;)
  • Podobne zainteresowania.
  • Rockowo, bluesowe fascynacje muzyczne (Znajomość dyskografii Pink floyd będzie dodatkowym atutem.)

Oferujemy:

  • Mieszkanie w młodym, dynamicznym i nacechowanym na sukces zespole.
  • Atrakcyjne warunki zamieszkania w ładnej i bezpiecznej okolicy. (Blisko do Real'a, basenu, kina, McDonald'a, Chińczyka, KFC i hospicjum.)
  • Umeblowany pokój (coś koło 15 metrów kwadratowych) w 40 metrowym mieszkaniu.
  • Na wyposażeniu pralka, lodówka, mikrofalówka, zepsuta zmywarka, piecyk i trochę innych wygód.
  • Kilkunastometrowy ogródek z tarasem i zadbanym trawnikiem.
  • Udział w Olonaliach.

Osoby zainteresowane prosimy o przesłanie CV, bądź listu motywacyjnego na adres:

tjeden (at) gmail.com

Z dołączoną klauzulą: 

Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych zawartych w mojej ofercie zamieszkania dla potrzeb niezbędnych do realizacji procesu rekrutacji (zgodnie z Ustawą z dn. 29.08.97 o Ochronie danych Osobowych Dz. U. nr 133 poz. 883 z póżn. zm. )

sobota, 25 sierpnia 2007
Jak się czci urodziny Ruflorda? Wyprawiajac mu Olonalia.

Wiem, że były wczoraj Olonalia. Wiem również, że spóźniłem się na nie jakieś pół godziny (długa kolejka w Realu) i większość ekipy czekała pod drzwiam. Pamiętam pysznego Nemiroffa, wyborną sałatkę i soczystą karkóweczkę. Był Dude, toast za Jana Sebastiana Bacha i Światowid*. Potem był sąsiad nas uciszyć, a potem się upiliśmy. Dość znacznie... Jak zawsze.

Nie było wyprawy do komory Xenu, choć możliwe że o czymś nie wiem. Gdzieś mi majaczą tańce i rozmowy egzystencjonalne o naturze kobiet z Butchem. I w sumie niewiele więcej.

Wiem jeszcze, że dziś wstałem o 6:30 i wciąż pijany potłukłem coś szklanego, a w pociągu przydały się butelka wody i mountain dew.

Opowie mi ktoś Olonalia?


* Światowid - cztery kolejki wódki, które są toastem w ekspresowym tempie, wznoszonym na cztery strony świata. Zwyczajowo rozpoczyna go stwierdzenie Rufjana: "No to Jan Sebastian Bach".

wtorek, 14 sierpnia 2007
Pewnych rzeczy po prostu nie wypada opuścić. Jest facet, który w wieku ponad 60 lat wszedł na palmę, by zobaczyć kameleona, a potem spadł i tak się połamał, że odwołano trasę koncertową. Jest inny o twarzy tak brzydkiej, że nikt nie zwraca uwagi na jego krzywe nogi. Podobno ma język, który jest dłuższy od mojego, a kilka lat temu przez jedną z gazet został obwołany najseksowniejszym mężczyzną roku. Co prawda spora częśc fanek, mogłaby być jego wnuczkami, lecz on nadal porusza się po scenie, mając w sobie tyle energii co mała elektrownia. Jeśli tacy faceci, nazywani legendą rock & rolla mają wystąpić cztery przystanki autobusowe od twojego domu, to naprawdę nie możesz tego przegapić. Twoja mama również.

Tatiana Okupnik jako support to raczej średni pomysł. Przejście od bramek, pod scenę wraz, ze zwiedzaniem stoisk z koszulkami, plakatami i gadżetami pełnymi wywalonych jęzorów, zajmuje akurat tyle czasu, by jej uniknąć. Za to drugi support sprawdza się doskonale. Steve Harley And Cockney Rebel zaskakuje pozytywnie, największe emocje budzi sam Steve i towarzyszący mu skrzypek. Kawałek porządnej muzyki, jestem w trakcie poszukiwań ich płyty.

Wiele osób było oburzonych, że koncert odbywa się w ostatnim dniu żałoby narodowej. Usłyszenie minuty ciszy w wykonaniu kilkudziesięciotysięcznego tłumu, rozwiałoby to oburzenie. Wyobraźcie sobie głośny, wesoły tłum, który całkowicie milknie, na prośbę o uczcenie pamięci ofiar wypadków drogowych. I naprawdę nic nie słychać, poza dobiegającymi z oddali odgłosami miasta.

Scena robi wrażenie wielkiego bloku, który ktoś przez przypadek zbudował na torze wyścigów konnych. 70 metrów wszerz, oraz 30 w głąb i w górę zobowiązuje. I zdecydowanie robi wrażenie. Zwłaszcza gdy dwadzieścia minut po zapowiadanym początku koncertu, eksploduje...

A bigger bang. Na olbrzymim, czarnym telebimie pojawia się malutka jasna kropka, która po chwili wypełnia go całego. A potem z pierwszymi dźwiękami „Start me up" wybucha scena, sekundkę później publiczność. Jeśli wielki wybuch widziałby, ten koncert, to musiałby odejśc do domu ze wstydem, że nie był największy. Gdy dym z fajerwerków opada widać Stonesów. I dają czadu.

Mick Jagger biega po scenie, nie zatrzymując się ani na chwilę. Wygląda na swój wiek, ale zachowuje się jakby niedawno skończył siedemnaście lat. Dorzućcie do tego energicznie-nerwowy sposób chodzenia oraz mocny, choć nieco zaczepny głos i nic więcej o nim pisać nie muszę.

Keith Richards.... to po prostu połączenie zombie z Jackiem Sparrowem. Facet wygląda, jakby miał się zaraz ze starości rozpaść na kawałki, ale na gitarze gra świetnie. Często pojawiał się z papierosem w ustach, a swoimi ruchami i spojrzeniem mówił „Co ja tu wogóle robię? Aha gram na gitarze, to luz." Budząc przy tym mój nieustanny zachwyt. Ze dwie piosenki zaśpiewał sam, bez Jaggera na scenie. I to był zdecydowanie jeden z lepszych momentów wieczoru. Prawdę mówiąc, jestem średnim fanem Stonesów i wielu osobom się właśnie narażam, ale jakby pozbyć się z zespołu Micka Jaggera, to myślę, że na mojej liście przebojów, uplasowaliby się w ścisłej czołówce. Obejrzyjcie sobie zresztą jego wykonanie Love Hurts razem ze śliczną Norah Jones. Jak tu nie kochać tego faceta?

Setlisty tym razem nie będzie, bo i tak mało kogo to interesuje. Warty zapamiętania był duet Jaggera i potężnej czarnoskórej chórzystki, prawie, że zakończony ich kopulacją na scenie. No i moment kiedy wyjechali...

W pewnym momencie środkowa część sceny ruszyła do przodu, a na niej muzycy. Stonesi przejeli wynalazek z drugą sceną od U2 i na trzy utwory przenieśli się w sam środek publiczności. Jakieś dwa metry od miejsca gdzie stałem. Dzięki temu miałem okazję zobaczyć ich z naprawdę bliska (perkusista nosi różowe skarpetki) oraz usłyszeć ich odsłuchy, które skutecznie sprawiły, że nie słyszałem zbyt dobrze tych utworów. Po prostu, dźwięk który słychać z głównych głośników i obraz na telebimie jest spóźniony o jakieś dwie sekundy, względem tego co się dzieje na scenie. Z daleka, jest to nie do zauważenia, ale gdy się stoii kilka metrów od Keitha Richardsa, jest to dość odczuwalne. Niestety, po trzech piosenkach Stonesi wrócili na główną scenę na dobre. Pomijając Micka Jaggera, który pod koniec koncertu przebiegł przez cały wybieg (wzbudzając olbrzmymi aplauz), co przy jego wieku i długości wybiegu było nie lada wyczynem.

Podsumowując. Na Służewcu był rock & roll, był blues, były stare hity, wielkie gwiazdy, tłumy fanów, olbrzymi, nadmuchiwany jęzor na pół sceny i fajerwerki na zakończenie. I tak, owszem. „I can't get no satisfaction" naprawdę zajebiście brzmi na żywo.

niedziela, 05 sierpnia 2007

Gdyby ktoś powiedział mi trzy miesiące temu, że z własnej nieprzymuszonej woli będę słuchać w domu Tori Amos, to bym go wyśmiał. Dziś już tak nie mogę powiedzieć. Co prawda Juriusz już prawie napisał wszystko co można było o tym koncercie napisać, ale ja dodam parę słów od siebie.

Tak się złożyło, że w dniu koncertu zostałem bez biletu, a dokładniej miał do mnie przyjść listem priorytetowym rano. Nie przyszedł. Mimo, że sprawdzałem skrzynkę co godzinę, nic tam nie znalazłem. (Zauważyliście przy okazji, że gdy czekacie na tramwaj, to zazwyczaj wypatrujecie go, tak jakby od tego zależało jak szybko przyjedzie?) Jestem zły.

Parę godzin przed koncertem, udajeo mi się przez telefon znaleźć miejsce, gdzie jeszcze bilety można dostać, tyle, że niedługo zamykają, więc muszę się pośpieszyć. Wychodzę z domu i zmierzam w kierunku poczty, może się gdzieś bilet zawieruszył. Żeby było szybciej przeskakuję przez murek i wtedy pękają mi spodnie. Tak jakbym tańczył Madonnę. Krótkie rozpoznanie. Spodnie poszły tylko przy rozporku, dziura jest na kilka centymetrów. Nie mam już czasu wracać do domu i się przebierać. Jak będę miał szczęście, to koszulka wszystko przykryje i nikt nie zauważy. Choć wejść do sali KingKong'resowej w podartych spodniach - wstyd trochę.

Na poczcie dowiaduję się od niemiłej pani, że jak list nie przyszedł i nie mam avizo, to nie ma co myśleć o tym, że tutaj jest tutaj, a dokładniej to nikt mi go szukać nie będzie, a ja sam nie mogę. Zatem pozostaje mi tylko kupno drugiego biletu. W ticketpro (gdzie już trafiam z Juriuszem) trafia się ślepej kurze ziarno. To znaczy miła pani mówi, że tak, że bilety są. Na przykład tutaj w drugim rzędzie, prawie na samym środku. Ja proszę, żeby powtórzyła, bo przecież bilety wyprzedano dawno temu i do tego w ciągu trzech dni, a teraz się okazuje, że nagle trochę miejsc się znalazło i to wcale nie byle jakich. Pani potwierdza, więc kupuję bilet na drugi rząd, który jest raptem o kilkanaście złotych droższy od tego który pocztą nie doszedł (a był w rzędzie 31). Z jednej strony cieszę się jak dziecko, a z drugiej trochę głupio, bo Juriusz ma bilet właśnie na 31 rząd i pewnie gdybym mu tydzień temu tego biletu nie sprzedał, mógłby mieć spokojnie też miejsce w drugim. Zresztą trochę to skomplikowane wszystko jest, ale już starczy o biletach.

Dwie godziny przed koncertem w okolicy Pałacu Kultury mijają błyskawicznie. Wchodzimy do Sali Kongresowej, jakieś pięć minut przed występem. Pełna kultura, szatnia, numerki, miejsca siedzące. Znajduję swoje miejsce, siadam. Parafrazując Gaimana: Można powiedzieć, że jestem blisko i widoczność jest świetna, ale nie daje to pełnego obrazu sytuacji. Równie dobrze można by opisać planetę Jowisz jako większą od kaczki. Owszem, to prawda, lecz z pewnością nie cała prawda.

Obok mnie siada jakaś dziewczyna, okazuje się, że jest z Nowego Jorku, przyleciała specjalnie na koncerty (po Warszawie podąża za Tori do Pragi, Budapesztu i bodajże Wiednia), a bilet kupiła też dopiero dzisiaj. Opowiada mi mniej więcej co i jak będzie na koncercie, że po sześciu piosenkach Tori zejdzie się przebrać, a na koniec trzeba biec pod scenę, bo tak się wszystkie koncerty kończą. Ogólnie bardzo sympatyczna. Kończymy rozmawiac gdy gasną światła....

... i na scenę wchodzi Tori, w stroju Angel. Wygląda obłędnie.

Wolne wnioski odnośnie piosenek:

  • Body and Soul - perkusja, soczysty riff, cała sala klaszcze. Tori praktycznie, nie siada na stołku, tylko unosi się kilkanaście centrymetrów nad nim. I tak przez cały koncert. Nie widziałem nigdy nikogo, tak grającego na fortepanie (ale w sumie ja rzadko widzę, kogoś grającego na pianienie, więc porównania nie mam)
  • My Posse Can Do - dociera do mnie gdzie jestem. Tori gra prawie na wyciągniecie ręki. Jej ręce ślizgają się po klawiszach, a głos brzmi lepiej na żywo, niż z płyty...
  • God - zawsze lubiłem tą piosenkę, teraz już wogóle. Uhuhu ślicznie wyśpiewane.
  • Dragon - jak dla mnie trochę za nudna piosenka. Czasem odnoszę wrażenie, że Tori nagrała kiedyś jedną piosenkę, a teraz ją cały czas miksuje.
  • Secret Spell - mnóstwo energii i radości, aż szkoda, żę się siedzi.
  • You Can Bring Your Dog - jeden z moich faworytów na tym koncercie. Zaczyna się seks z foretpianem, a artystka zaczyna uwodzić głosem...
  • ...by po skończeniu zniknąć. Scena pustoszeje. Słychać tylko energetyczny miks Professional Widow. Nieco szkoda, że nie na żywo, ale za to jest klimatycznie. Napięcie rośnie i...
  • ... Big Wheel, czyli piosenka, którą w czasie tworzenia poddano potrójnej destylacji i został sam seks. Tori niedawno przekroczyło czterdziestkę. Przy tej piosence nie ma to znaczenia. Gra, rusza się i tańczy, niesamowicie kusząco. Odliczanka od ośmiu i "Don't you forget MILF". Czysty erotyzm.
  • Crucify i Caught A Lite Sneeze - napięcie nieco odpada, ale co kto lubi.
  • Cornflake Girl - mistrzostwo fortepianu. Nic dodać nic ująć.
  • Bells For Her - dla mnie jeden z remiksów poprzednich piosenek. Zdecydowanie, nie jest to jej najlepsza piosenka.
  • Glory Of The 80s - znów, tak jak Olo lubi. Wesoło i radośnie i znów krzesełko robi się nieco zbyt ciasne, jak na koncert.
  • Winter - piękna piosenka. Jeden z największym hitów. Zagrane świenie. Zaśpiewane fatalnie. Tori widocznie chciała, żeby zabrzmiało niekonwencjonalnie, zwolniła więc tempo, co całkowicie zarzżnęło tę piosenkę. :(
  • Baker baker - to było na wishlisćie i się nie zawiodłem.
  • Putting The Damage On - po pierwszych dźwiękach, mam prawie orgazm. Ribbons undone, myślę sobie, piosenka, która najbardziej chciałbym usłyszeć. Okazuje się jednak, że to tylko Putting The Damage On. Też śliczne, ale...
  • Black Dove - nawet nie myślałem, że kiedyś to usłyszę, na żywo. Tori stojąca między fortepianem, na którym gra jedną ręką, a pianinem, na którym gra drugą robi wrażenie. To, że śpiewa na przemian, na dwa mikrofony, również.
  • Code Red - na któym schodzi
  • Precious Things - bis. Widzę, że pod sceną pojawiają się pierwsze osoby. Biegnę więc i ja. Staję praktycznie na wprost, w pierwszym rzędzie. Zostaję tylko ja i Tori.
  • Bouncing Off Clouds - dobrze, że stoję, bo teraz bym już nie usiedział. Motyw na refrenie brzmi genialnie. Wspólne klaskanie, tak powinien wyglądać cały koncert. Czyli wywalić krzesełka z kongresowej!
  • Pancake - drugi bis. Cz już ten koncert ma się skończyc? Przecież dopiero się zaczeło
  • Hey Jupiter - wymarzona końcówka. Spokojna, ślicznie zaśpiewana. 100% Tori w Tori. Schodzi. Skandujemy, ale to już chyba koniec. Zapalają się światła, setlista ląduje jakieś pół metra obok mnie. Ale wpada w czyjeś ręcę. Opuszczam salę ze smutkiem, że to już koniec, odnajduję Juriusza i wracamy do domu, by do jeszcze do trzeciej w nocy słuchać Tori.

Wolne wnioski odnośnie Tori:

  • Jest piękna, jest genialna, jest seksowna. I ma Głos.
  • Trochę nie te włosy. Wolę, gdy ma na głowie burzę rudych loków, ale to już chyba nie te czasy.
  • Kolejne wymaganie, odnośnie przyszłej dziewczyny: Musi lubić Tori Amos. Tori nie ma brzydkich fanek. Przynajmniej takich w Sali Kongresowej nie zauważyłem.
A teraz czekam na PJ Harvey.
piątek, 03 sierpnia 2007
Jest intensywnie. Na krawędzi, a czasem poza. Trzy notki się piszą (nie same), w tym jedna ciekawa. Tymczasem, jeśli ktoś jest ciekawy, jak tJeden pracuje, to zachęcam do przeczytania tej przezabawnej relacji. Co prawda, dotyczy konkurencji, ale kultura i filozofia pracy jest na dalekim wschodzie wszędzie taka sama. Jednym słowem uczę się jeść pałeczkami i jest czasem śmieszno, czasem straszno. A ogólnie w pracy, czuję się jak dziwka, czyli cały czas się z czymś pierdolę.

A ostatnio swój ekshibicjonizm wyrażam poprzez last.fm.