Dark side of the moon The Wall Wish You Were Here Achtung Baby HTDAAB Led Zeppelin Led Zeppelin Led Zeppelin Led Zeppelin Use Your Illusion I Use Your Illusion II Coma Dżem Nowoczesne przeglądarki
piątek, 29 września 2006
Bohaterem dzisiejszego wpisu jest Renault Master. Jako, że Zdzisiek sprzedaje te samochody, to jeden taki dostał jako służbowy. A dokładniej wersję dostawczą, znaczy się typowo do przewozu towarów, a nie ludzi. Nie przejechał nim nawet 300km, więc nówka. Ale zacznijmy od początku.

Zaczęło się jak zawsze niewinnie. Spotaknie z byłą Panią od Angielskiego z liceum. Polubiliśmy ją bardzo i nie pierwsze to takie spotkanie już było. Jedno piwo, drugie piwo, trzecie piwo i po części dzięki jej namowom, ale chyba bardziej dzięki chmielowi udało się mi z nią przejść na Ty, co już od jakiegoś roku uskutecznialiśmy. Błędem naszej Pani od Angielskiego było to, że zamówiła tylko kawę i gdy zacząłem opowiadać kolegom o Azjatkach na uczelni:"Ale one są takie mongolskie, a nie jak te z filmów porno." Torianne starała się ratować sytuację odwracając uwagę naszego gościa od nas. Ale chyba nie do końca jej to wychodziło. Cóż prawie nie zauważyliśmy jak nasza była nauczycielka opuściła lokal, po czym my sami postanowiliśmy się zmyć.

Krawcowi udało się zaliczyć egzamin poprawkowy, więc padł pomysł, aby Zdzisiek zawiózł nas na Spaika działkę celem dokończenia imprezy. Pomysł okazał się nie najgorszy, więc wszyscy prócz Zdziśka, który jedyny był trzeźwy władowaliśmy się w radosnych podskokach na tył furgonu. Główną atrakcją stały się próby stania na stojąco, wspierane trzymaniem się sufitu, w czasie pokonywania zakretów. Nie trzeba chyba dodawać, że próby te kończyły się prawie natychmiastowymi upadkami. Dopiero następnego dnia domyśliłem się skąd mi się wzięło tyle siniaków na kolanie. Podróż bardzo wesoła, nasze wyczyny co jakiś czas przerywał Zdzisiek, mówiąc że mamy siadać, bo niezbyt wskazane jest by przewozić tak ludzi, zwłaszcza policja ma ku temu zastrzeżenia. My jednak niewiele sobie z tego robiliśmy. wizyta w sklepie, kupno kefirku, wody i czipsów. Te ostatnie rozeszły się nadzwyczaj błyskawicznie. Wizyta pod monopolowym. W czasie gdy ktoś kupował wino, uznałem niczym Forrest Gump, że chce mi się siku. Niewiele się namyślając otworzyłem drzwi boczne, po czym stojąc w nich dumnie, dokonałem aktu barbarzyństwa, podlewając sam środek ulicy. Na szczęście było to w środku nocy i nie w środku miasta, a na jego peryferiach. Trzeba przyznać, że czyn ten spotkał się z zainteresowaniem współtowarzyszy, jednak nikt nie poszedł w moje ślady. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że to robiąc kierowałem się intencją, by nie pobrudzić samochodu, a że akurat nikt nie jechał uznałem, że nikomu to przeszkadać nie będzie.

Działka Spaika na którą jechaliśmy znajduje się jakieś 20 km od miasta. I była to jedna z namilej spędzonych podróży, z której niewiele co prawda pamiętam. Wiem, że było bardzo wesoło, przyjemnie i klimatycznie. Czasem akrobatycznie, gdy wstawaliśmy, by za chwilę upaść przy hamowaniu. Pomysł wypicia jednej butelki na wale przeciwpowodziowym na szczęście nie wypalił, bo inaczej przyszło by nam spędzić noc na świeżym powietrzu, niewiadomo gdzie. Domek okazał się piętrową, stabilną konstrukcją. To co się stało po kilku(nastu?) szklankach Sophii dowiedziałem się z opowiadań dnia następnego. Podobno chcieli mnie położyć spać. Podobno ja nie chciałem. Podobno jak tylko udało im się mnie umościć w łóżku na górze, po chwili schodziłem na dół. Podobno na czworakach. Podobno kilka razy. Podobno potem była nawet wódka, której na moje szczęście udało mi się nie tknąć. Ale wszystko to tylko domysły.

Poranek jeszcze przyjemny. Podróż powrotna Masterem już nie taka ekscytująca jak w tamtą stronę. Raczej siedzimy lub leżymy niż stoimy. Trzęsie strasznie i ogólnie niedobrze. A do tego podłoga cała zasłana czipsami. Już wiem, czemu się wczoraj tak szybko skończyły. Do późnego popołudnia chorowałem. Rosołek niewiele pomógł. Ale wiem, że z czystym sercem mogę wam polecić Renault Master. Po alkoholu podrużuje się tym samochodem bardziej niż luksusowo. Choć i tak pojawił się pomysł by z tyłu wstawić kanapę. I telewizor.
sobota, 16 września 2006
Ile to raz się tak zdarzyło, że przychodzę do sklepu, proszę o Pepsi, a pani za ladą podaje mi zimniuteńką Coca Colę. Tak jakby nie było różnicy. Przecież jak chcę Pepsi, to proszę o Pesi, a jak chcę Colę to proszę o Colę. Nie jestem kobietą, że mówię jedno, a myślę drugie. Czy jak w sklepie kupujesz chleb, to dostajesz bułki? Albo jak chcesz piwo, to czy ktoś ci poda wino? Nie. A z Pepsi zdarza się to nagminnie. Rozumiem, że można nie mieć w sklepie Pepsi, ale żeby od razu klienta oszukiwać? Żeby chociaż ekspedientka powiedziała, że Pepsi nie ma i czy może być Coca Cola, ale nie, podają ci to drugie i pytają sie co jeszcze. Wiem, że dla małej garstki ludzi nie ma różnicy czy piją jedno czy drugie, ale ja zdecydowanie wolę Pepsi. Bardziej mi smakuje,w przeciwisństwie do 7upu czy Mirindy. Bo akurat oprócz Pepsi i Mountain Dew, wyroby Coca Coli są lepsze. Choć i tak wydaje mi się, że za obojgiem koncernów stoi jedna i ta sama osoba. Cesarz Pepsi i Coli. Ale odszedłem od tematu. I tak ani jednego ani drugiego pić nie powinienem, bo mam za dużo cukru, holesteloru i problemów z nadciśnieniem. A Cola Light dobra jest tylko, gdy darmowa.
sobota, 09 września 2006

p.s. Chyba najdłuższy dotąd wpis, ale koncert życia opisuje się tylko raz. Wybaczcie. Dla nie-fanów PF może, to być trudne do przebrnięcia. :)

Niemożliwe stało się możliwe. Po jesiennym spotkaniu z Nickiem Masonem nie myślałem, że zobaczę jeszcze kiedyś byłych członków Pink Floyd. Gdy więc okazało się, że David Gilmour ma zamiar dać koncert w Polsce, byłem w niemałym szoku. Wiedziałem jednak, że nie wybaczyłbym sobie, gdybym się tam nie pojawił. Teraz nie mam sobie nic do zarzucenia.

Wakacje w Gdańsku od dawna były w Torianne i moich planach, wystarczyło więc odpowiednio wybrać ich termin, by upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. W Gdańsku pojawiliśmy się parę dni wcześniej, by trochę pozwiedzać, poleżeć na plaży, ale i tak wyszło bardzo muzycznie.

Day -2

Odwiedzamy Gdynię, zwiedzamy ORP Błyskawicę, spacer po Skwerze Kościuszki, a tu niespodzianka. Przy Darze Pomorza stoi duża scena, okazuje się, że to pożegnanie Lata z Radiem, które to będzie retransmitowane w TV. W repertuarze same gwiazdy, brakuje chyba tylko Bajmu i Ryszarda Rynkowskiego. Nie wypadało nie zostać. Po krótkim leniuchowaniu na plaży i jedynym w roku kontakcie z Bałtykiem (zamoczyłem nogi i wyszedłem, bo strasznie był zimny) udaliśmy się pod scenę. Udało się nam usłyszeć Blue Cafe, Czerwone Gitary, Ostrowską, potem było już tylko gorzej. Imprezę prowadził Zygmunt (Zbigniew) Hajzej, w sumie dość sympatycznie. Gdy wyszedł Krawczyk z przyjemnością oddaliłem się po piwo. Na uwagę zasługuje jeszcze występ Perfectu z pokazem laserowym, naprawdę zrobił wrażenie, bo strug światła było mnóstwo i wyglądały przy nabrzeżu bardzo efektownie. Ale poza ich i Ostrowskiej występem wrażenia miałem średnie. Co chwilę nad nami przelatywał telewizyjny wysięgnik z kamerą, więc pewnie zostałem uwieczniony na koncercie Krzysztofa Krawczyka. Okropność. Czarę goryczy przepełniło DeMono, na którego dźwięki uciekliśmy, ku stacji kolejki, by jak najszybciej opuścić Gdynię. No ale miało być o Gilmourze, więc teraz już będzie.

Day -1

Po części z ciekawości, a po części zwabieni zasłyszaną gdzieś plotką, że o godzinie 3 ma być próba koncertu udajemy się pod stocznię. Wystawa :”Drogi do Wolnosći” wiedzie nas spokojnie na teren stoczni, ale nie ona nas interesuje, tylko widok sceny. Kurczę naprawdę jest duża z sześcioma telebimami, które właśnie są nad nią wciągane przez dwa wielkie dźwigi. Po środku terenu stoi wysoka wieża realizatora dźwięku. Ludzie się krzątają, widać podział sektorów. Siatka trzyma nas i kilku innych fanów, którzy cykają wciąż zdjęcia, na bezpieczny dystans. Ale próby nie ma. Ktoś się owszem rusza po scenie, ale zbyt daleko by było widać, kto, poza tym nic nie słychać. Podchodzi do nas dwóch ludzi, okazują się czechami, gdyż nic a nic nie rozumiemy co do nas mówią. Po przejściu na angielski dowiadujemy się, że są z Ostrawy, od czterech dni jechali stopem, bardzo zajebiście, że ten koncert i są podjarani jak my i czy nie wiemy, gdzie tu pod stocznią można rozbić namiot. My, że nie bardzo, i też że zajebiście i wogóle super. Siedzimy sobie tak jakąs godzinkę rozkoszując się widokiem sceny i podniecając klimatem, gdy nagle coś zaczyna być słychać. Konkretniej gitarę. I to taką dość Gilmourowską. Kurczę, nie może to być. Jest. Takie charakterytyczne granie, poznałbym wszędzie. Cięzko w to uwierzyć. Stoję sobie, razem z kilkunastoma osobami w stoczni. Z dala słychać pracujące maszyny, dźwigi, przede mną wielki pusty plac, gdzieniegdzie uwijają się tylko ludzie, a jakieś 150 metrów przede mną wielka scena, skąd dobiega improwizacja gitarzysty Pink Floyd, a dźwięk cudownie niesie się po pustym placu. Po próbach różnych instrumentów, po jakimś czasie improwizacje zmieniają się w piosenki i słyszymy Jego głos, teraz już nie mamy wątpliwości, kto na tej gitarze gra. Za chwilę włączają się również telebim, co wywołuje w nas jeszcze większą falę radości. Patrzymy na grającyh Davida Gilmoura i Richarda Wrighta, a to już pół składu Floydów. Niestety na próbie słyszeliśmy tylko utwory z One the Island, ale to też dobrze. Zagrali tytułową piosenkę, The Blue. W Red sky at night Gilmour zagrał nawet na saksofonie. Przebojem okazało się jednak A Pocketfull of Stones, które to męczyli co najmniej pięć razy. Z jednej strony dobrze, bo bliżej poznałem repertuar z najnowszej solowej płyty i się trochę z nim oswoiłem, ale akurat tej piosenki miałem już troszkę dosyć, gdy kolejny raz Gilmour zaczynał śpiewać. Jeszcze kilka nowych utworów i poszliśmy do domu, niemogąc doczekać się jutra.

Day 0

Budzi nas fatalna pogoda, leje, szaro, zimno i pochmurno. Nie chce się wstawać. Po obiadku u Cioci, zaopatrzeni w antydeszczwoe kurtki udajemy się przez starówkę pod stocznię. Po drodze kilka razy dowiadujemy się, że możemy kupić bilety do pierwszych sektorów po 25 zł. Szkoda słów na stoczniowców, którzy dostali pare tysięcy biletów gratis, a teraz je odsprzedają dosłownie za grosze. Podchodzimy pod bramy, a tam tłumy stoją w kolejkach, czekając na wymianę biletu na opaskę. No cóż, trzeba to się ustawiamy w kolejkę w której przyszło nam spędzić prawie godzinkę. Towrzystwo różne, od młodzieży, po ludzi, którzy mogliby być ich rodzicami, ale mimo to noszą koszulki z ciemną stroną księżyca i niecierpliwią się jak ja. Wymieniliśmy opaski, do bram. Tam pusto, miły ochroniarz (serio), pyta się co mam w plecaku, wyjmuję wodę, mówię, że wodę. Wyjmuję kanapki, a on, że tu dwa granaty (serio), a ja śmiejąc się mówię, że na dole mam jeszcze sarin. On się śmieje, życzy mi “Smacznego i miłego koncertu.” (serio) a ja jestem zszokowny. Przeszedłem przez bramki praktycznie nieprzeszukany, z czym tylko chciałem, w tym aparat, a ochroniarz był miły. Potem podobno sytacja się pogorszyła, bo nie zdążyli wszystkim wymienić biletów na opaski i wpuszczali już na żywioł z samymi biletami, przy okazji wyrzucając wody, dezodoranty i wszystko co było w plecakach. Mi się organizacja podobała, bo bez żadnych nieprzyjemności jestem na koncercie, może to dlatego, że byłem wcześniej, lub po prostu ochroniarz doszedł do wniosku, że koleś w wytartej, przykrótkiej koszulce Floydów z przed pięciu lat nie stanowi żadnego zagrożenia. Poniekąd słusznie. Scena robi wrażenie, na jej widok z bliska mam na miejscu orgazm, bo tu za jakieś dwie godzinki mam usłyszeć na żywo hity Najlepszej Grupy Wszechczasów. Skok do toalety, przez przypadek spotykam się z Kubą i do sektora. Decyzja o A2, okazuje się słuszna, bo sektor jest mały tuż przy scenie i praktycznie z każdego miejsca widać co się na niej dzieje. Narazie niewiele. Ponieważ publiczność nie składa się wyłącznie z długowłosych ludzi w ciężkich glanach i spoconych koszulkach, spokojnie udaje nam się dojść na wyskośc sceny, niezbyt daleko od niej samej. Dość powiedzieć, że jesteśmy dużo bliżej niż dalej i o wiele bliżej niż na U2. Nigdy nie myślałem, że będę na koncercie Davida i do tego tak blisko. Towarzystwo różne. Wyróżnia się zwłascza grupka Ślązaków, bardzo głośnych i bardzo wesołych. Dwie godziny stania robią swoje, nóżki zaczynają boleć, mimo, że koncert jeszcze się nie zaczął. Supportu jako takiego nie ma. Za to na telebimach, operatorzy kamer puszczają ujęcia różnych ludzi z tłumu. Zoom mają niezły, bo widać treści sms'ów na komórkach. Furorę robi pluszowy miś-pacynka. Do tego stopnia, że z przodu słychać “Hej dziewczyno spójrz na misia.” Nie myślałem nigdy, że ta piosenka będzie supportem. Brawa jak zawsze wzbudzają panowie z ekipy technicznej, bo napięcie jest już bardzo wielkie.

Godzina 21

Zespół wychodzi na scenę. Slychać pierwsze dźwięki z Ciemnej Strony Księżyca, wycie kobiety i zaczyan się Breathe. Potężna owacja. Nie do końca wierzę w to co słyszę. Ale po chwili słychać zegary. Brawa jeszcze większe. Napięcie rośnie. Uderza perkusja, wszyscy klaszczą w jej rytm. I pierwsze dźwięki Tima. Zawsze wiedziałem, że to jest świetna piosenka. Jednak na żywo przerosła moje największe oczekiwania. Partia perkusji na początku zrównała mnie z ziemią. Dźwięk potężny, perkusja to mistrzostwo i wtedy chodzi wokal i gitara. Nic to, że Right się pomylił i nie tak zaczął jedną zwrotkę. Odwracam się i widzę, że jednemu ze ślązaków za mną, dorosłemu facetowi prawie, że łzy z oczu lecą. Rozumiem go. Kończą, Gilmour się z nami wita, bardzo sympatycznie. “Sit down, make yourselves comfortable, it's On the Island”. Po czym następuje cała Jego solowa płyta. Muzycznie dobra, ma klimacik, choć tak naprawdę najbliższa godzinka, to tylko czekanie na utwory Floydów, których po Timie wprost nie mogę się doczekać. Większość z tych piosenek słyszeliśmy wczoraj na próbie. Najbardziej zapadł mi w pamięć przyjemniutki Smile i potężny, zagrany z pazurem Take a breath. Praktycznie to jak dotąd jedyna piosenka z jakimiś większymi światłami, które ostro pulsują. Szczerze mówiąc, po popisie świateł w Pulsie spodziewałem się nie wiem czego, ale przez cały koncert świateł było wręcz mało, jeden laser, choć nie powiem, żeby to nie tworzyło klimatu. Bo klimat był świetny, dzięki temu czułem się niemal kameralnie, mimo kilkudziesięciu tysiącom osób za plecami. Ta częśc koncertu pozwoliła się do woli delektować postaciami na scenie, bo i na telebimach i na żywo widoczność mam świetną. Gilmour co chwila coś popija (mówi, że polską wódkę), Right przypomina bardziej siwiutkiego dżentelmena, niż gwiazdę rocka. Reszta zespołu też bardzo sympatyczna. Ale po godzince pierwsza część dobiega końca.

Po kwadransie przerwy

Gilmour znów wychodzi na scenę. Mówi, że zagra dla nas Shine on you crazy diamond, ale tak jak w oryginale, czyli z użyciem kieliszków wina. Dlatego mamy być bardzo cicho. Jest kilka kieliszków w różnym stopniu napełnionym winem. Sprawa polega na tym, że przejeżdza się palcem po obrzeżu kieliszka, co właśnie jest podkładem dla tego utworu. W czasie gry, kieliszki się zmieniają. Pojawia się gitara. Te parę dźwięków nigdy nie brzmiało tak dobrze. Refren śpiewają wszyscy, ale David śpiewa je trochę inaczej. Też świetnie. Kurczę, nawet jakby śpiewał to po węgiersku to i tak by mi sie podobało. Następne jest Wot's the deal. Przynam się bez bicia, że tej jednej piosenki nie znałem wcześniej. Spokojna gitarka, łagodny wokal i taki przyjemny rytm, bardzo melodyjna. Potem pierwsze niepokojące dźwięki Astronomy Domine. Widzę, że ludzie też niezbyt to znają, ale ja skaczę z radości jak oszalały. Jest to jedna mniej znanych, ale z najlepszych piosenek Floydów, jedna z najstarszych i najbardziej psychodelicznych. Odlot. Solówka rozwala mnie na małe części. Potem odpoczynek, czyli Fat Old Sun. Też jedna z pierwszych ich piosenek. Repertuar dostosowany do prawdziwych fanów, którzy znają coś poza Wallem, Wish You Were Here i Ciemną Stroną Księżyca. Po dwóch minutach wpadka. Część instrumentów nie działa. Przerwa w graniu. Z uśmiecham na ustach i przyjaznym śmiechem publiczności zaczynają jeszcze raz. Spokojna i piękna gra na akustyku przeradza się w typową rockową balladę. Już elektryczna solówka, niesamowicie radosna muzyka, widać uśmiechy na twarzach zespołu, mi słuchanie tego sprawia niewiele mniejszą radość. Prosta, radosna piosenka, cudowna na taki piękny dzień. Cisza, słychać dzwon. To już poważniejsze High Hopes. Grane na akustyku, z wielkim przejęciem, przejmującą solówką, kończy się pojedyńczymi dźwiękami na gitarze akustycznej, bardzo pięknymi, z wielkim ładunkiem żalu i smutku. A potem prawdziwa perełka dla fanów. Prawie ciemna scena i pojedyńcze dźwięki, przypominające sonar, takie plumknięcia. Nie może to być: Echoes. Brzmi powalająco. Powolutku dołącza się gitarka, by po kilku minutach rozkręcić się na dobrze. Zagrane z wielką energią, mocno i ostro. Tak jak powinno to byc grane. Gdzieś po sześciu minutach, popis gitary, który się zaczyna wyciszać w minucie jedenastej. Potem cisza, słychać wiatr i coś na wzór dialogu mew, na dwóch elektrykach. Koło szesnastej minuty cichutko rozpoczyna perkusja. Po czasie mocna i taka jaką lubię najbardziej. Kurczę, nie wiem co to za utwór, pasuje mi na One of these days, wiem, że to znam i lubię, ale nazwy piosenki nie znam. W dziewiętnastej minucie wraca wokal. No nie mam pewności, że to któryś z końcowych utworów z Ciemnej Strony Księzyca. Cudowny. Czuję, że oczy mi się robią wilgotne. Wraca gitara, kurczę, nie, to nie Ciemna Strona, to nadal Echoes. Tylko, ostatni raz tego utworu słuchałem ze dwa lata temu, więc nie pamiętałem, tym większa była radość i zaskoczenie. Zagrać 24 minutowy kawałek w całości na koncercie, to tylko Floydzi tak umieją. Powiedzieć, że jestem pod wrażeniem to mało. Gilmour z ekipą schodzą ze sceny.

Bis

Oczywiście Wish You Were Here. Zagrany co najmniej poprawnie, wszyscy klaszczą w rytm, klimatycznie, ale mam wrażenie, że krótko. Potem, jako, że w końcu to rocznica solidarności, A great day for freedom. Odwracam się i patrzę na krzyże przed stocznią, do tej muzyki robią wrażenie. Solówka ładna. Ale to tyle o solidarności. W sumie dobrze, bo nie było żadnych przmówień i politków, tylko muzyka. I na deser to na co chyba czekałem najbardziej. Comfortably Numb z Pulsa, zrobił na mnie niesamowite wrażenie. Słuchałem tego bez przerwy przez parę miesięcy. Dla mnie to przykład solówki idealnej. Zaczyna się. Śpiewa Wright, co szczerze mówiąc nie najlepiej mu wychodzi. Ale nie o śpiew w tej piosence chodzi, tylko o solówkę. A ta nie zawodzi. Jest stopniowanie napięcia. Coraz wyższe, cudownie współgrające dźwięki. I jeszcze wyższe i wyższe, i lepsze i wreszcze orgazm w uszach. Nie, niech on nie kończy, zabije go jak skończy. Skończył. 3 Godziny grania, to za krótko. Dochodzi mnie tragiczna myśl, że najprawdopodobniej już nigdy ich nie usłyszę znów na żywo. I jednej rzeczy nie wybaczę Gilmourowi. Że skończył grać Comfortably Numb.