Dark side of the moon The Wall Wish You Were Here Achtung Baby HTDAAB Led Zeppelin Led Zeppelin Led Zeppelin Led Zeppelin Use Your Illusion I Use Your Illusion II Coma Dżem Nowoczesne przeglądarki
poniedziałek, 24 września 2007

Kapłani Voodoo wiedzą że istnieją co najmniej dwa sposoby na zrobienie z człowieka zombie. Na mazurach wybraliśmy ten łatwiejszy.

Wąska uliczka na Ochocie. Skwarne piątkowe popołudnie. Wsiadamy do Dodga Chargera 440. Nim Ola zdąży wrzucić dwójkę, rozlega się dźwięk otwieranego piwa. Po przebiciu się do Legionowa, zatrzymujemy się w Macu na obiad. W czasie konsumpcji posiłku, słyszymy panią, mówiącą do swojego dziecka: "Nie zwracaj na nich, uwagi. Oni są pijani." Nieprawda. Wtedy nie byliśmy pijani. Jeszcze... Trzeba nas było zobaczyć następnego dnia.

Dygresja. Relacja ta jest nieco chaotyczna, bo złożona z moich przebłysków i relacji osób trzecich. Nawet jeśli jakieś szczegóły są rozmyte to myślę, że uda mi się naszkicować obraz wyjazdu.

W tym miejscu chciałbym podziękować Oli za bezpieczne przewiezienie nas tam i z powrotem. Cud że wytrzymała z nami całą drogę. Trzeba mieć wiele cierpliwości, by wytrzymać z rozochoconą czwórka pasażerów, przekrzykującą się bez ustanku. Podróż upłynęła nam pod hasłem: "Piłeś kiedyś w (tu wstaw nazwę miejscowości, przez którą aktualnie przejeżdżamy)?" Zawsze się okazywało, że nigdy w danym miejscu nie piliśmy, co oczywiście skutkowało toastem.

Zakupy zrobiliśmy w rodzinnym mieście Prima, który zareklamował je najlepiej jak mógł: "W Przasnyszu są trzy kebaby." Poza bochenkiem chleba i kilogramem kiełbasy, nikt nie pomyślał by kupić coś więcej. Oczywiście poza wózkiem piwa i kilkoma poweraidami na ranek. Ja miałem wielką ochotę na wino, więc kupiłem cztery butelki.

Tuż przed zmrokiem docieramy nad jezioro. Jest las, jest domek, jest pomost, jest fajnie. Zaczyna padać - mniej fajnie. Ale butelki idą w ruch, rozgrzewają, robi się przyjemnie. Jesteśmy głodni, ale zbyt leniwi, żeby rozpalić ognisko, zwłaszcza że robi się ciemno i nie widać, gdzie jest drewno. Kiełbaski lądują na patelni. Przyjeżdżają dziewczyny, trochę zdziwione, trochę zdegustowane. Tekst: "A niedawno, chłopaki z WAT'u nie mieli problemu z rozpaleniem ogniska.." działa na ambicję i zabieramy się do pracy i rzeczywiście po dłuższym czasie i nam się udaje rozniecić ogień.

Prim zabiera mnie i Rufjana na spacer po lesie. Biorą po piwie, ja zaś w jedną rękę chwytam butelkę wina, a w drugą szklaneczkę. I idę z nimi przez ciemny las, na przemian to ją uzupełniając, to ją opróżniając. W pewnym momencie znika nam Prim, po czym wyskakuje z krzaków, by nas wystraszyć. Wpadamy na pomysł świetnej zabawy. Świetnej wtedy, z perspektywy czasu wydaje mi się to nieco idiotyczne. Zadzwonimy do Cyca, powiemy mu, że zgubiliśmy się w lesie i będziemy udawać, że to Blair Witch Project i ściga nas jakaś wiedźma. Dzwonimy, mówimy, że się boimy, jest strasznie i zaraz umrzemy (nie omieszkając dodać hasła: "I see dead people."). Cyc jednak osiągnął w tym samym czasie wyższy stopień świadomości. Z bełkotu łatwo się domyślić, że jest niesamowicie pijany. Jedyne co nam się udaje zrozumieć z tej rozmowy to Cycowe: "Jak nie masz pieniędzy, to nie dzwoń." Czysta abstrakcja.

Idziemy przez las. Jest ciemno. Trochę wina rozlewam, ale więcej wypijam. Co chwilę atakują nas jakieś gałęzie, strzygły i inne paskudztwa. Przedzieramy się jednak dzielnie, by po kilku kilometrach dojść do jakiegoś jeziora. Jest ślicznie. Księżyc świeci, a my w trójkę siadamy na jakichś resztkach wieżyczki ratownika i sącząc trunki delektujemy się pięknem Polskich mazur.

Wracamy do domku. Wypijam trzecią butelkę, śpiewając "Too drunk to fuck". Coś w tym jest. Wino jest pyszne. Dziewczyny mówią, że czekają na wschód słońca. Ja mówię, że też chcę. Nie wiem w jaki sposób Kasia doprowadza mnie na fotel, stojący na tarasie, przykrywa kocem i mówi, żebym chwilkę odpoczął i że mnie za godzinkę obudzi, a potem poczekamy na wschód słońca. Mówię, że super, tylko, żeby mnie obudziła, bo nie chcę spędzić nocy na dworze.

Budzę się. Czuję, że ktoś wlał mi do pęcherza pięciolitrowy baniak wody. Jest zimno. Jest bardzo zimno. Piździ jak w Suwałkach. Otwieram oczy, jest widno. Rozglądam się, jestem wciąż na tarasie. Weź tu zaufaj kobiecie. Pędzę do ubikacji, a potem drżąc z zimna wskakuje do łóżka, w którym śpi Ruflord. Mieliśmy spać razem, tylko, że on uszczęśliwiony, że padłem na zewnątrz delektował się łóżkiem w samotności. Co więcej, wyglądał nawet w nocy przez okno, czy śpię jeszcze i czy nie wtargnę do jego słodkiego azylu. No i, aż do rana nie wtargnąłem.

Sobota rano. Trochę pijani wstajemy i dochodzimy do wniosku, że nie ma nic do jedzenia, więc jedziemy na zakupy do Szczytna. Raczymy się po kliniku, żeby przypadkiem nie wytrzeźwieć. W Szczytnie Ruflord udaje się na kebaba (wyjątkowo wielki), a potem idziemy na pizzę (wyjątkowo niedobra). Uraczeni kolejnym piwem, spostrzegamy zamek Szczytnieński Ten sam, do którego udał się Jurand ze Spychowa, by ratować swoją córkę, a podli Krzyżacy pokazali mu jakąś szkaradę, która się nadawała tylko do programu "Chcę być piękna".

W zamku tym jest muzeum. Za bilet, warty cztery złote można obejrzeć parę map, wypchane borsuki i lisy, kilka szaf, wiosło i jakieś wrzeciona. Zdecydowanie nie jest to najlepszy sposób spożytkowania tych pieniędzy. Już chyba lepiej udać się do muzeum kolejnictwa w Warszawie, choć to też nie jest mega ekscytująca atrakcja. A przepraszam. W Szczytnieńskim muzeum trafiamy na wystawę plakatu, nawet ciekawa, plakaty śmieszne. Na tyle, że przy jednym z nich wybucham śmiechem. A pani kustosz pyta się mnie co w tym takiego śmiesznego, więc jej tłumaczę. Nie bardzo rozumie. Rozmawiamy sobie trochę. Oglądamy księgę gości, ona mi pokazuje w niej rysunki swojego kilkuletniego synka, ja zostawiam pamiątkowy wpis z adresem bloga. Pani kustosz namawia mnie do zwiedzenia wieży, jedyne dwa złote i porażający widok. Nie korzystamy.

Bar. Jakieś piwo, jedno, drugie, tańczę Madonnę. Chwila przebłysku, że się zaraz upiję i trzecie oddaję Buthowi, sam zamawiam colę. Jedziemy do sklepu, cztery wina, to dobry zakup na wieczór. Jedziemy do drugiego sklepu, bo nie wszystko można dostać w tym pierwszym. Na tablicy ogłoszeń zostawiamy swój ślad.

blogowe ogłoszenie

Nader radośni wracamy nad jezioro. Dziewczyny są mniej radosne. Okazało się, że pojechaliśmy na zakupy, a nie było nas pół dnia. Ok, gramy we frisbee, w siatkówkę, robi się radośnie. Pada pomysł gry w monopol. Gdzieś tak po dwóch godzinkach gry, dziewczyny (które z nami nie grają i są mniej radosne), uznają, że nie da rady się z nami dziś pobawić i jadą do Szczytna. Po kolejnych paru godzinach wypełnionych targami, których by się nie powstydził sam Warren Buffett, gdy kończymy grać, zaczyna się finał.

Wstaje Rufjan. I nagle okazuje się, że jest pijany. Szacunki wskazują na jakieś dziesięć piw, ale są to dość mgliste szacunki. Ze mną i resztą uczestników nie jest lepiej. Rufjan bierze piwo i idzie na spacer. Ja biorę wino i idę z nim. A za nami idzie Ola pilnować, żeby nam się nic nie stało. Podążamy wczorajszą ścieżką. Kilka kilometrów nocą, okazuje się kilkuset metrami za dnia. Gdzieś tam Rufjan prawie spada ze skarpy, próbując się wysikać, gdzieś tam jestem ja, który idę z pustą butelką po winie na głowie. W pewnym momencie w lesie, mijamy Prima, który bezwiednie idzie gdzieś tam. Powstrzymujemy go i wspólnie wracamy do domku.

Tu już skwierczy ognisko, dziewczyny wróciły. Prim bełkocze, że idzie pływać. Reakcja w stylu: "Ocipiałeś?" nie robi na nim wrażenia, pędzi na pomost, dziewczyny próbują go powstrzymać, wskakuje do wody. Buth idzie w jego ślady. Cudem się nie topią, wracają do domku i chyba idą spać, bo ich pod koniec imprezy nie pamiętam.

Pada kolejne wino, jest ognisko na całego. Wiem, że robię Rufjanowi kiełbaskę, on mówi, że to najlepsza kiełbaska, jaką jadł w życiu. Wiem, że rozpijam młodszą siostrę Kingi, kończąc z nią czwartą butelkę. Przy ognisku robi się pusto, wino mi się kończy, Rufjan mówi, że w lodówce powinny jeszcze być jakieś piwa Ruflorda, ale każe mi iść, bo on był przed chwilą ludzi pobudził i było niesympatycznie. Zakradam się niczym ninja do lodówki i biorę dwa piwa. Tu mnie rusza sumienie, więc budzę Ruflorda i mówię, że ja od niego piwo pożyczę, na co słyszę, że to bardzo głupi pomysł, bo jak wypiję to się na niego zrzygam. Ślubuję, że na niego nie zwymiotuję i odchodzę z piwami w ręce.

Końcowa solówka wygląda mniej więcej tak, że przy dogasającym ognisku siedzą Kinga z Anią i obserwują nasz popis. Śpiewam (drę się) z Rufjanem, kto głośniej, robię fikołki na trawie, tańczę przy ognisku, a wszystko to wieńczę samoczyszczącym się, pełnym obscenicznych gestów tańcem, w ognisku, przy wtórze własnych wrzasków i trzech różowych słoni. Kurtyna. Brawa. Gwizdy.

Budzę się w łóżku z Ruflordem, czuję się wyśmienicie. Mam nogi, ręce, wszystko pod kontrolą. Byłoby cudownie, ale teraz docierają do mnie szczegóły. Dowiaduję się, że upiłem się z Rufjanem niesamowicie, że zrobiłem wstyd, że zasnąłem praktycznie na kolanach młodszej siostry Kingi, że Kasia odprowadziła mnie za ucho do łóżka, niczym uczniaka, że przed padnięciem do łóżka wykonałem śliczny podwójny piruet i że po raz pierwszy Ruflord słyszał, żeby ktoś śpiewał przez sen: "Jestem pijany Olo, la la la la."

I tak, miałem moralniaka. Normalnego kaca nie było, pomógł przepyszny żurek, power aidy i soczysta pizza w Szczytnie. Nie bolała mnie głowa, nie wymiotowałem, nie suszyło, ale było mi głupio. Głównie dlatego, że gdy tylko rano Kinga mnie zobaczyła, to wybuchnęła śmiechem, a mina Ani wyrażała dość wysoką dezaprobatę. Nie mówiąc o innych komentarzach. U Rufjana było niewiele lepiej. Wśród dziewczyn zaczęły krążyć pogłoski, że biegał po domku, jak go Pan Bóg stworzył. Coś w tym musiało być...

Pod prysznicem doszedłem do wniosku, że jestem alkoholikiem i że już zawsze nim będę. Postanowiłem nie pić. Wytrzymałem prawie cały sierpień - miesiąc trzeźwości. Ponad trzy tygodnie...

Na koniec dialog najlepiej podsumowujący wyjazd na mazury. Sprzątałem, a raczej próbowałem coś sprzątać, gdy ktoś, bodajże Ola powiedziała:

- Olo. I tak nie odkupisz swoich win.

- Jakich win? - Zapytałem.

- Czterech.

piątek, 14 września 2007

Wyprosiliśmy przesunięcie terminu na wczoraj, a wczoraj przesuneliśmy na dziś. 

Cyc: wymysl jakis przekonujacy powod, czemu dopiero teraz to oddajemy

tJeden: to znaczy czemu po wakacjach, czy czemu w piatek?

Cyc: no czemu po wakacjach dopiero

tJeden: za granica bylismy, albo ja na przyklad bylem

Cyc: caly semestr? ;]

tJeden: nie, wakacje

Cyc: ok

tJeden: a w semestr to praca panie praca

Cyc: no wlasnie

tJeden: a w wakacje irlandia, praca panie praca

Cyc: ja tu sie zareczylem, na slub sie szykuje

tJeden: no ;]

Cyc: ty masz ojca na morzu
jakos pojdzie ;]

wtorek, 11 września 2007
Mineła trzecia w nocy. Tjeden wyjął z opiekacza trzy hot dogi. Polał ciepłe bułki keczupem i postawił je na stole obok dwóch butelek coli, kilku zapisanych kartek i pustej puszce po red bullu.

Cyc spojrzał na hot dogi, podrapał się po głowie i wrócił do pisania. Na przedmiot zapisali się w lutym, na wykłady przestali chodzić w okolicach kwietnia. Ostateczny termin oddania projektu upłynie jutro. Może by zdążyli, gdyby nie to, że temat wybrali cztery dni temu, a zaczeli pisać kilka godzin temu. Ale, kto powiedział, że nie da się napisać systemu plików w jedną noc? Praktycznie w pojedynkę, bo rola tJednego ograniczyła się do podlewania Cyca colą i pytania się jak idzie.

Cichy szum wentylatorów zakłócił lekko niewyraźny głos Cyca: "Kurwa, nie dziwota, że nie działało." Tjeden spojrzał z nad klawiatury na niego i wrócił do pisania notki. Wolał nie myśleć o zaliczeniu, o swojej jutrzejszej prezentacji w pracy, która nie była w pełni gotowa, o tym egzaminie pojutrze, a tym bardziej o tym dwa dni później. Taak, wrzesień w pełni.

W sumie był tak głęboko w dupie, że już widział migdałki.

środa, 05 września 2007

To nie moje, to współokatora, publikowane za jego przyzwoleniem.

Wtorek
Witam. Jestem w pracy i postanowiłem pisać pamiętnik, żeby zawsze wiedzieć czym się zajmowałem, jakby mnie ktoś zapytał.
Dziś zacząłem pracę o 9:37, ale wpisałem 9:45, by być fair w stosunku do firmy. Nawet nie zrobiłem sobie wtedy herbaty. Uruchomiłem komputer, ściągnąłem zmiany od wczoraj i uruchomiłem kompilację. Pozwoliłem sobie na przerwę na herbatę
10:41 nadszedł czas na zebranie. Powiedziałem zgodnie z prawdą, że wczoraj nic nie działało i że dzisiaj będę się starał by nie działało.
12:30 okazało się, że to nie moja wina, że nie działa. Siła wyższa.Dostałem inne zadanie.
13 było śniadanie (śniadanie jest wliczone w czas pracy). Regulaminowe 15 minut + 8 minut które zaoszczędziłem rano. Pizza.
13:18 już pracowałem.
14:10 baza danych już nie działała, a ja już nie pracowałem. Jestem zrozpaczony - od 72 minut nie mam zadania do wykonania, bo nie mogę wykonywać tego co do tej pory z przyczyn wyższych.
15:35 Baza działa, ale teraz ja musze iść do toalety.
15:37 Biegłem do niej - niech wszyscy wiedzą jaki jestem zalatany.
16:43 Postanowiłem zostać dziś 15 minut dłużej w pracy za darmo - gratis. Leży mi na sercu los firmy.

Środa
9:30 Jestem w pracy od 3 minut, ale dopiero teraz wpisuję, że przyszedłem. Uczciwość przede wszystkim
10:50 Zaczynam pracę.
10:53 Muszę do toalety.
10:55 Pozwalam sobie na wyjście do toalety.
11:00 Mówię na spotkaniu działu, że wczoraj nie zrobiłem nic i że będę kontynuował dziś.
12:00 Dziś jest dobry dzień na pracę. Posiedzę 9 godzin.
16:02 Korzystajac z pobytu w toalecie wymyśliłem, że przydałby się taki papier toaletowy schowany za szybką w kiblu. Obok byłby młotek a na dole napis - brejk in kejs of emerdżensy.
18:00 Kumpel właśnie chlusnął sobie wóda w oczy, aby pokazać wszystkim jak bardzo jest chory - idzie dziś na impreze i nie chce iść jutro do pracy.
18:10 Czytając ostatnie zdanie doszedłem do wniosku, że jest ono napisane wyjątkowo niejasno. Otóż chodziło o to, by jego oczy wyglądały na przekrwione i zmeczone.

poniedziałek, 03 września 2007

To było jakieś trzy lata temu. Przyjechałem do Warszawy, szukać ze Spaikiem mieszkania. I wtedy na skrzyżowaniu, przy dworcu centralnym zobaczyliśmy ją. Dziewczynę z obrazka.

Wyginała się w pięknej bieliźnie na tle śpiącego miasta. Nie chodziło tu o pełne piersi, idealną talię, czy cieniutkie paseczki, które podtrzymywały pończoszki, na napiętych udach. Owszem, absolutnie niczego jej nie brakowało. Miała twarz, dla której warto spalić Troję, oprawioną lśniącymi włosami, a na niej kuszące oczy. Diabeł tkwił jednak, we wrażeniu jakie sprawiała. Ona po prostu uśmiechała się, uwodząc i kusząc. Została uwieczniona w czasie flirtu z obiektywem. W najbardziej ponętnym momencie. Zdawało, się że tańczy na płaskim billboardzie.

Atakowała z co drugiego billboardu. Wyskakiwała w czymś na kształt kusej spódniczki, zza każdego rogu, by zamienić cię w niewolnika i przykuć twój wzrok. Nie było przed nią ratunku. Czasem stawaliśmy ze Spaikiem i po prostu patrzyliśmy na to cudo.

Wróciłem do domu zakochany, z zapisaną w komórce marką bielizny: "Intimissimi". I znalazłem ją. Josie Maran, cud natury. Trafiłem na jej bogatą galerię, a ktoś nawet napisał o tej reklamie opowiadanie (drugie na tej stronie).

 

Josie Maran

Co kilka miesięcy pojawiały się nowe dziewczyny Intimissimi. Ładne, śliczne, nawet piękne. Ale żadna nie wyglądała tak jak Josie. W tej dziewczynie było po prosty coś nie z tej ziemi. Była objawem ponadczasowego zmysłu piękna, dowodem na istnienie Boga.

W międzyczasie wystąpiła jako Mia w Need For Speedzie. Powstało kilka filmików, dla których warto było przejść całą grę. Zaczęła robić karierę, pojawiała się u Kominka. Zagrała epizod w Awiatorze, słodką kelnereczkę i wampira w Van Helisngu.

Przed zeszłymi świętami miasto zrobiło się różowe od plakatów Intimissimi. Z księżniczką w roli głównej. Bardzo ładna i kusząca, ale podobnie jak dziewczyna z obecnego obrazka, nie umywają się do Josie.

 

ten billboard mam w domu

Maciek dostał ten billboard od swojej dziewczyny. A nawet dwa. Pełnej wielkości, długie na dwa metry, leżały u mnie w rogu pokoju. Nigdy nie było czasu, by je powiesić. Po którychś Olonaliach, pokazałem go moim kolegom, a oni otworzyli usta ze zdumienia. Wtedy Torianne, która od jakiejś godziny dzielnie zmywała, to co zostało z Olonaliów, powiedziała, że to ździra.

- Ale faaaajna ździra. - Odpowiedziałem zgodnie z prawdą.

- Tak? To niech ta ździra, pozmywa.

- Nie. Ty pozmywasz. - Czym wywołałem godzinną salwę śmiechu u moich kolegów. I trochę dłuższy foch u Torianne.

 

A oto i jedyne zdjęcie tego pamiętnego plakatu, które znalazłem. Brak kolorów i kadr, nie oddaje w pełni istoty zauroczenia, ale namiastkę owszem.

 

Josie Maran Intimissimi billboard

 

 

Josie Maran jest po prostu ideałem.