Dark side of the moon The Wall Wish You Were Here Achtung Baby HTDAAB Led Zeppelin Led Zeppelin Led Zeppelin Led Zeppelin Use Your Illusion I Use Your Illusion II Coma Dżem Nowoczesne przeglądarki
czwartek, 27 października 2005

Nigdy nie myślałem, że stanie się to moim udziałem. Dostawanie autografów od największych gwiazd rocka, to coś co przydarza się innym, a nie mnie. Poza tym rzadko kiedy udaje się człowiekowi wyjść pół godziny wcześniej, z wszystkim zrobionym z laboratorim, zwłaszcza, gdy niedaleko perkusista Pink Floyd podpisuje płyty... Piszę, tą relację dopiero dziś, bo wczoraj byłem zbyt pochłonięty rozpatrywaniem ostatnich kilku godzin i nie napisałbym nic poza "Kurczę nie wierzę, jeszcze to do mnie nie dotarło, nie wierzę, ale ze mnie farciarz..itp". Ale wróćmy do początku...

Wtorek, godzina 16, Laboratorium z Fizyki, mierzymy jakieś efekty Halla, łapiemy elektrony, bawimy się kompasem, linijką i amperomierzem w tym samym czasie, ale to nieważne. Ważne, żeby jak najszybciej skończyć i pędzić do Empiku na Marszałkowskiej, gdzie Nick Mason właśnie zaczyna podpisywać swoją książkę. Minuty mijają szybko, mierzenie idzie powoli, a ja tracę nadzieję, że wyjdę stąd wcześniej, ale kurczę punkt 16:30, pół godziny przed czasem udaje mi się wyjść, a w sumie to wybiec po skończoncyh zajęciach. Pędem do metra, biegnąc uświadamiam sobie, że jak nie będzie zamachu i gejowskiej bomby w metrze to chyba się uda. Wpadam na stację, Oszfak pociąg właśnie odjechał, no cóż czekam na następny. Czekam i ogarnia mnie dziwne uczucie, podobne do tego 5 lipca, ale jednak troszkę inne. Kurczę, chyba zobaczę człowieka, przy którego bębnach spędziłam w sumie kilka miesięcy non stop (jakby podliczyć godziny słuchania Floydów). Nareszcze jest pociąg, cztery minuty czekania okazały się wiecznością Wsiadam do wagonu i myślę sobie, że może nikt nie zna Pink Flodów i będzie jak ze Smoleniem, któy na swoim spotkaniu w Empiku siedział sam przy stoliku i nawet Olowi się nie chciało podejść, kurcze jakby tak teraz było to bym sobie z nim pogadał. Ale zaraz, zaraz, myślę, przecież to nie Smoleń, jeno perkusista Pink FLoyd, dla wielu (dziwne, że nie dla wszystkich :) ) najlepszego zespołu wszechczasów. Pewno będą takie tłumy, że do sklepu nie wejdę. Dojeżdzam  szybko do centrum, oho widzę kilka osób z fajnymi koszulakmi. Juz ich nie lubię, bo oni będą robić tłok, a ja przyszedłem sobie w intymnej atmosferze pogadać z Nickiem Masonem. :) Wchodzę do Empiku, w sumie normalnie, ale słyszę, leci In the Flesh, sen? nie, to dzieje się naprawdę. Szybko na górę (czyli bieg po schodach ruchomych). Wpadam na góre, kurczę, jaka kolejka, na całą długość sklepu i jeszcze zakręca. Ludzie wszyscy stoją i każdy trzyma książke  tudzież jeszcze plakat, itp, pytam się tylko panów ochroniarzy czy to kolejka (niezbyt racjonalnie myślałem), oni odpowiadają, że i owszem. Kurczę, nie ma szans się dopchać, ludzi multum, szybko pod scenę. Jest! Kurczę taki jakiego kojarzę z Pulsa. Starszy pan, o łagodnym przyjemnym spojrzeniu, podpisuje ksiązki i inne akcesoria, do każdego się uśmiecha, rękę poda i ogólnie super. A ja jestem jakieś pięć metrów od Niego, przy barierce i słyszę piosenki z Walla. Szybko robię zdjęcia, coby był dowód dla potomności.




I tak sobie stoję przy barierce cały mokry, ale szczęśliwy, ktoś mnie prosi bym mu zrobił zdjęcie i wysłał na e-maila, ok, bardzo chętnie, bo przecież jest super i kocham wszystkich fanów Pink FLoyd. Tak sobie trochę postałem, pogawędziłem z innymi fanatykami, podzieliłem się z nimi swoim szczęściem, ale patrzę, że Ci co nie mieli okazji stać w kolejce dają ludziom z początku kolejki jakieś płyty i już podpisane odbierają za chwilę. Hmm, próbuję myśleć (nie przychodzi mi to łatwo), wpadam na genialny plan. Wybieram ofiarę w kolejce (klimatycznie wyglądająca para) i podchodzę i  mówię, że jest problem i tak dalej i czy nie mogłaby koleżanka podrzucić jednej okładki Masonowi. Po chwili zawahania, słyszę, że Ok, że nie ma problemu. I wtedy do mnie dociera, Olo, aleś głupi, nie masz płyty. Mówię, że zaraz podrzucę płytkę i biegnę szukać stoiska z Floydami. O są, znajoma okładka, nie to Zeppelini, P, gdzie jest to cholerne P, o jest Placebo, Pidżama Porno, gdzie są Floydzi? O są z drugiej strony regału, szybko ok, niech bedzie pierwsza z brzegu Wish You were Here, jej jeszcze oryginalnej nie mam, pędem do kasy i do ofiary w kolejce. Hmm jest problem, oni juz mają książkę, plakat, okładkę i już się nic nie mieści. Ok, mówię, że poproszę kogoś innego, ale tak czy siak mogę im zrobić zdjęcie, jak będą przy Floydzie, bo co mi zależy. I idę szukać innej ofiary, ale wszyscy już są objuczeni (jak ja gdy przyjeżdzam do Warshau z wałówką) i nikt mi nie chce wziąść płyty. Ale wołają mnie Ci co na początku, że ok, oni nie wezmą plakatu, a za to wezmą moją okładkę i zrobię im zdjęcie i będą mieli sobie pamiątkę. Dziękuję im wielce, wyznaję kilkukrotnie miłość, a dowiaduję się, że kolega też z Elki i wogóle nawet mnie kojarzy. Kurcze okazuje się, że PW wymiata. :) W każdym razie oni dają okładkę ja im trzaskam hurtowo fotki i jest zajebiście. Dają mi okładkę i e-maile. Kurczę jest: "For Aleksander Nick Mason" Dociera do mnie jaki skarb trzymam w rękach. Super jest, Olo cały w skowronkach. Wracam pdo barierkę i obserwuję podpisywanie. W sumie to nie jest zbyt zajmujace zajęcie, ale raz w życiu mam okazję zobaczyć kogoś z Floydów, to korzystam.
Za 10 minut osiemnasta, czyli kończy się podpisywanie, patrzę a tu kolejka otpnieje do kilkunastu osób. Kurczę, do kolejki, pan ochroniarz wpuszcza już bez książek (skończyly się), wpadam kilka osób przede mną, ale zaraz gdzie się Mason podpisze dla mojego Słoneczka, (myślę tego dnia wyjątkowo szybko :) ), w tył zwrot po płyte, widzę, że ochrona przymierza się do zamknięcia
kolejki, prosze żeby zaczekali. Gdzie byli Floydzi o są. Łapię płytę, biegiem do kasy, prosze pani, proszę bez torebek i nie chcę żadnych kuponów, tylko szybko. Jest, do kolejki biegiem, wpadam jako jeden z ostatnich. Krótki telefon "Kotku jaką chcesz dedykację?""Przestań, zgrywasz się". Podchodzę do stolika, Nick Mason, długo wybiera mazak, bo okładka dość ciemna i nie widać dobrze. Podpisuje się. Mam autograf dla Szczęścia, niby mam iść, ale wykrztuszam z siebie coś w stylu "Should I shake Your hand" (Byłem w takim stanie, że równie dobrze mogłęm powiedzieć: "You touch my tra la la") Nick Mason zrozumial, patrzy się na mnie podaje mi rękę (ona wystukiwała rytm w Comfortably Numb). Orgazm z Pink Floydowskiej częsci mej duszy, odchodzę, jeszcze zdążyłem powiedzieć "Thank You", ale nie wiem czy On uslyszal. Cały szczęśliwy wracam pod barierkę, a tu koniec imprezy. Wręczają Mu kwiaty i co się dzieje? Ochrona otwiera barierki, może wejść tylko oficjalny fanklub, co było robić, wchodzę (obiecuję, sobie, że się zapiszę jak najszybciej) Grupowe zdjęcie, ale czad, stoję sobie pół metra od Nicka Masona. Jescze raz dziękuję, mówimy coś, że do następnego razu, jeszcze jedno uściśnięcie dłoni. End of the Show. Wracam oszołomiony przez Warshau, jaka ona piękna. Cały wieczór nie mogłem się pozbierać, teraz tez jest mi ciężko...



wtorek, 25 października 2005
Dziś o 16 w Empiku swoją książkę będzie podpisywać autor intra do legendarnego Tima, facet który wymiótł wszystko na bebnach w "One of these days", człowiek który grał z Gilmourem na Pulsie i kilkunastu innych płytach, a ostatnio po północy dał koncert na Live8. Muszę tam być! Baterie do aparatu naładowane, pamięć wyczyszczona, długopis na chodzie i dobra kartka, kurcze może się uda go zobaczyć, zrobić mu zdjęcie (podać ręki jak nie przymierzając Rojkowi chyba nie da rady, zresztą wtedy bym jej nie mył przez kilka miesięcy). Jest tylko jeden problem. On podpisuje książki od 16, a ja laborkę kończę o 17 i nie wiem, czy zdążę... :/ Mam nadzieję, że uda mi się wcześniej skończyć.... Kurczę musi się udać, po prostu musi. Trzymajcie jutro za mnie kciuki.

Boję się, że jak dotrę do Empiku to będzie po imprezie.. :/
poniedziałek, 24 października 2005
Doszedłem dziś do wniosku, że tu naprawdę nigdy nie będzie normalnie. Wiadomo, że nie wszystkim się powodzi i sytuacja jaka jest każdy widzi, "naprawdę cięzko nam" jak spiewa Richard. Nadchodzą wybory i przychodzi kandydat, który mówi, że on sie nami zaopiekuje, da nam troszkę więcej pieniedzy i będzie sprawiedliwie, on będzie silny, Polska będzie uczciwa (gdyby on był uczciwy, to Polska by była silna) i wybuduje nam 3 mln mieszkań i będzie dobrze, bo on jest za równościa i bogatszemu zabierze (Robin Hood taki), biednemu może nawet coś da. Popiera go RFM SS (troszkę się nasłuchałem, jaki to Tusk jest zły , w sumie to nie usłyszałem czemu, ale dogmat był jasny) i słyszę jak on to wszystkich rozliczy. Lud myśli, kurde on ich rozliczy, bogatym zabierze, nam da i gejów jeszcze pogoni, jak go wybierzemy to będzie lepiej. I Lud wybiera Go i ma być dobrze. Ale wiadomo, że on to socjalista i rzeczywiście bogatym zabiera, biednym stara się dawać, ale mu to drugie mu to nie wychodzi, bo po drodze np. taki Wasserman (z niemieckiego wasser to woda) musi sobie postawić zajebistą wannę. Efekt jest taki, że lud jak biedny jest, tak biedny zostaje. Nadchodzą kolejne wybory, a ponieważ jest źle i bieda i bezrobocie, to trzeba głosować na kogoś kto nam da, cobyśmy biedni nie byli już... i kółko się kurwa zamyka. W ten sposób można rządzić tym krajem co kilka lat (raz jedni, raz drudzy) ważne tylko by socjal był rozbudowany, coby bieda nadal była, bo biednych łatwiej przekonać do swojego rozdawnictwa i wizji raju. W następnych wyborach przegramy, ale za kilka lat powrócimy triumfalnie, bo Ci co będą po nas stosują naszą metodę i wtedy my się wymienimy stołkami. Tak, że władza pozostaje wciąż w rękach tych samych ludzi, ważne tylko by dążyć do szwedzkiego modelu opiekuńczego państwa, bo przecież Szwecja jest bogata, bo tam jest rozbudowany socjal (nikt nie pomyślał, że ten socjal jest bo Szwecja jest bogata, to że doszła do tego poprzez kapitalizm to inna bajka). Biednych utrzymywać w biedzie, to recepta na sukces w Polsce, przypomina mi to "Rok 1984"...

BTW Orwella, mam nadzieję, że Kaczka wypełniając dług wdzięczności wobec Ojca Dyrektora nie wprowadzi czegoś w stylu zakaz sprzedaży wódki, lub noszenia długich włosów (może jestem gejem i podkładam bomby w metrze? :)

Aha, jeszcze mi się przypomniało. Dzisiejszy wieczór wyborczy Kaczyńskiego odbywał się w pałacu kultury, czyżby Lech miał jakieś kompleksy? :)
niedziela, 23 października 2005
Środa, 7:10 budzik, nie chcę wstawać, ale o 8:15 angielski. Ok zwlekam się z łóżka (w tym tygodniu śpię na łóżku, ale szczerze mówiąc to na materacu jest wygodniej). Wchodzę do kuchni, ocho pani H. się obudziła i Radio Maryja Fucking Sound System (RMF SS) is activated. Pewno nie wiecie, że o 7 rano jest tam msza? Ja już wiem, ale w sumie dziwne to dziwnei tak z rana słyszeć mszę jak się myjesz, już wolę rano słuchać polityków i Majewskiego. Wstawiam wodę na herbatę-pierwsze czytanie. Zalewam herbatę-drugie czytanie. Wyciągam serek czosnkowy z lodówki-Alleluja. Kroję chleb-ewangelia. Wróciłem pozmywać-podniesienie. Msza się kończy, kurczę późno, ósma dochodzi zaraz angielski, kończę myju myju, Maciek oznajmia, żebym na niego nie czekał, bo on troche później wyjdzie, ok. Zostawiam pyszną, cieplutką herbatkę, szybkim krokiem na wydział. Dotarłem równo na czas, wchodzę do sali, nikogo nie ma, wychodzę, wchodzę do sali jeszcze raz (stary informatyczny trick ;)) znów nikogo nie ma. Spotykam kolegę z grupy, pytam się czemu nikogo nie ma, a on patrząc na mnie jak na idiotę (a przecież zdążyłem się uczesać), mówi, że przecież mamy na 8:30, ale za to bez przerwy. No cóż, mogłem dopić herbatę.

***

Wczesna noc, ciemno, próbuję zasnąć, jakoś z tym cięzko, ale w końcu czuję, że zaraz się uda. Powoli przechodzę w fazę snu, może znów mi się przyśni, że będę grał Jamesa Bonda. Jednak się nie uda, bo słyszę głos Maćka:
-Narysuj mi baranka...
-Narysowałem, tylko jest ciemno i go nie widać.

***

Apropo spania. W domu chodzę spać o 3, w Warshau o kilka godzin wcześniej, biorąc przykład ze wspólokatora. Rozmawiam o tym z Maćkiem, który przytacza mi złotą myśl: "Większość ludzi mówi, że życie jest zbyt krótkie by je przespać, a ja uważam, że przecież sny są zbyt piękne by je tracić."

***

Rano siedzę w ubikacji, słyszę, głos pani H. z przedpokoju. "Maćku, możesz zobaczyć jak mi się z tyłu włosy układają, bo nie mam dwóch lusterek. Nie widać łysiny?"

***

Po siatkówce, głodny, wracam do mieszkanka, mijam w drzwiach panią H. która właśnie wychodzi. Słyszę: "Twój przyjaciel jest w łazience." Wszedłem. przyjaciel właśnie wychodzil z łazienki.
"Olo, H. już poszła?" "Tak" "No to Olo, mamy problem"-zabrzmiało dramatyczniej niż w centrum kontroli lotów. Pytam się co się stało. "Chodź sam zobaczyć". Idąc w stronę łazienki boję się, że okazało się, że kogoś zalaliśmy, zepsuliśmy pralkę, czy coś gorszego nas pokarało. Wszedłem, a tam niecodzienny widok. W sumie to już wolałbym, żeby pralka była zepsuta, albo lustro potłuczone. Na skraju wanny leżała bielizna pani H, w sumie to dolna jej część, żółty kolor, wywinięta na lewą stronę, jakby to powiedzieć, nie całkiem czysta. Głód minął momentalnie. Maćkowa sugestia "Co my z tym zrobimy, może to namoczyć?", postanowiliśmy nie ruszać. Dwie godziny przesiedziałem w pokoju, poszedłem popatrzeć na analizie, na dziadkową naklejkę na okularach. Wróciłem. Po upewnieniu się, że pani H. wciąż nie ma, udaliśmy sie zrobić fryty (po kilku godzinach głód zwyciężył), omijając skrzętnie łazienkę. Uznaliśmy, że lepiej wogóle tego tematu nie poruszać, jak gdyby nigdy nic. Gdy pani H. wróciła i zajrzałą do łazienki, problem się sam rozwiązał, ale mimo, że nic nie mówiliśmy, to chyba musiało jej być głupio. Boję się, że będę miał kiedyś sklerozę.
wtorek, 18 października 2005
hejka Ziooomy, pozdrowionka, nie mam o czym pisać, ale mi się nudzi, więc zajrzałem na muj blogasek. Nic ciekawego sie nie dzieie, ale chciałem napisać.. ale w sumie nic już nie napisze, bo mi się nie chce. a wogule to w budzie loozów nie ma i się niby uczyć trzeba , ale ide chyba se w Ejdża pograć z kolegom (dziś wygrałem). Ale net mi nei smiga, nie wiem czemu i sobie moejgo Kochanego Enrique ściągnomć nie moge i tylko mi arsenium zostało. Lawe mi Lawe mie, kalinka kalinka maja, wsadujagna malinka, kalinka maja... A wogole dzis w budzie tylko dwei godiznki byłem i wogóle jakoś tak dziwnie było (bardzo poważna jest ta notka co?) I wogole nie mam juz o czym pisać.

Papatki :*

p.s Pozdrówki dla was wszystkich odwiedzających tego bloga (moje króliczki kochane, zioomy)

A tak na poważnie, to przeglądając super stronkę ocenki blogusiów (naprawdę tak się nazywa i nie musicie tam wchodzić ;)) doszedłem do wniosku, że żeby tam zdobyć pierwsze miejsce, to wpisy musiałyby wyglądać mniej więcej jak ten powyżej, no ale tam blog Juriusza trafił do kategorii zwykłe.

BTW:Naprawdę nie dzieje się nic ciekawego, o czym chcielibyście czytać... :)
wtorek, 11 października 2005

Jako, że brać studencka (i nie tylko ;)), potrzebuje funduszy na darmową naukę (czyli na piwo, wino i inny szeroko pojęty alkohol), a pierwsza rzeczą, na jakiej da się oszczędzić to produkty żywnościowe, przeto poniżej przedstawiam mini poradnik, co warto kupować w Tesco, co trzeba, a czego nie należy.

Ryż Tesco Korzystny Zakup (TKZ) – cenowo inne ryże przy nim wymiękają. Występuje w dwóch wersjach: „zwykłej” pakowanej jak cukier w kilogramowy worek i „ekskluzive” w kartonowym pudełku z zawartością 4x100g. Droższa wersja kosztuje 0,99zł (Nie wszystkie ceny znam, a te, które znam mogą się trochę różnić w różnym hipermarketach, sprawdź w swoim Tesco), tańsza jest nieco tańsza, ale mało wygodna w użyciu. Walory smakowe ryżu to hmm.. jest tani, tyle o walorach smakowych. Dobrze jest podawać z czymś o nieco lepszym smaku. Ja preferuję smażono-gotowany na patelni razem z curry. Wersja ekstremalna dla amatorów TKŻ to gotowana paczka ryżu podawana z Ketchupem Tesco, co za obiad daje nie więcej jak 50groszy, a dodatkowo po długim użytkowaniu skutkuje spadkiem apetytu, pozbawieniem zdolności rozpoznawania bardziej złożonych smaków, wypadaniem włosów i anemią, w skrajnych przypadkach, może prowadzić do śmierci.

Makaron Spaghetti TKZ – o ile ryż można z powodzeniem włączyć do diety, o tyle z makaronem jest to, co najmniej trudne. Konsystencją przypomina gotowaną słomę, a spaghetti zrobione z tego makaronu, przy dużym szczęściu przypomina coś na kształt przypalonych, rozgotowanych klusek lanych z sosem. W sumie to szkoda każdego sosu, na ten makaron, nie sprawdzałem, ale może dałoby się go podawać z cukrem jako deser (hmm, po krótkim namyśle to ja wolę już bez deseru obejść się).

Czekolada TKZ – tu trzeba uważać. Wcześniej zwykłem kupować czekoladę z wiórkami kokosa, która przy jedzeniu dawała wrażenie bliskie do jedzenia czekolady z piaskiem i nawet kilkanaście minut po spożyciu można było odczuć, że się ma piasek w buzi. W sumie nawet było słodkie, więc dało się jeść, ostatnio jednak skusiłem się na czekoladę mleczną- rewelacja! :] Smak o niebo lepszy od wyrobów czekoladopodobnych z Biedronki, nawet czuć, że to czekolada, naprawdę byłem pozytywnie zaskoczony, ze spokojnym sercem polecam.

Ogórki konserwowe TKZ – 900ml za 2,47zł- przepyszne. Wspaniały dodatek do dań z ryżem TKŻ, smakuje naprawdę ogórkami, zresztą to produkt naturalny (choć nikt nie wie, jakie tam są konserwanty, to ciężko by było podmienić ogórki na jakiś substytut.). Zresztą swego czasu specjalnie jak jechałem do Tesco, to brałem więcej słoików, bo współlokatorom smakowały. Same słoiki mogą się przydać np. do: trzymania oleju po frytkach, pieniędzy, starych skarpetek i innych rzeczy (Uwaga: przed ponownym skorzystaniem ze słoika przydałoby się go umyć po ogórkach ;)).

Drink Osiemnastka – co prawda nie należy do linii produktów TKŻ, jednakże warto o nim wspomnieć. Butelka 0,75, 18 %, 18,99zł cena, smaki: grejpfrutowy i kiwi (może jakiś jeszcze). Osobiście piłem ten drugi, bo była ostatnio promocja i zamiast po 18zł, sprzedawali po 7,99zł (jakiś termin ważności był do jutra, czy coś takiego). Szybko wypite pół butelki wprowadza przyjemny nastrój, jednakże dzięki swym walorom smakowym (Sophia za 7zł jest lepsza), bardziej nadaje się jako to drugie, gdy już trochę wypiliśmy i jest nam wszystko jedno, co nas sponiewiera. Najlepiej pić szybko lekko rozcieńczone jakimś sokiem, ew. zagęszczone wódką (jeszcze nie próbowałem ;)). Niestety, ponieważ, ciężko to pić bez soku, rzeczywista cena jest nieco wyższa od tej podanej w Tesco.

Na tym zakończę krótki przewodnik po TKZ, jeśli macie sugestie, co do jakichś nowych produktów, to może je z Czarodziejem przetestujemy dla Was i wrażenia tu zamieszczę. Aha, pamiętajcie, że do Tesco udajecie się na własną odpowiedzialność i wszystko co wymieniłem wyżej jecie na własne ryzyko, ja do niczego nie zachęcam (no może troszkę ;)).
Pamiętajcie też, żeby nie dać się ponieść manii zakupów i nie wracać z kilkudziesięciolitrowym plecakiem wypchanym TKŻ, i 12 litrami mleka w kartonie, trzymanymi w rękach, 25 minut metrem, a potem nie biec Alejami Jerozolimski z tym wszystkim do domu, bo za 10 minut zaczynają się zajęcia. Zmęczycie się, a ludzie naprawdę się wtedy na was dziwnie patrzą.

niedziela, 09 października 2005
Może Zduńska Wola nie przypomina Seattle na początku lat 90, ani tym bardziej Liverpoolu z lat 60, ale na brak młodych zespołów, narzekać nie powinniśmy, co innego z ich poziomem. Toteż, gdy Bartuś zapowiedział, że gra na charytatywnym koncercie, razem z innymi lokalnymi gwiazdami, między innymi razem z Alergią, punkowym zespołem, którego jedną z najnowych kompozycji o wdzięcznej nazwie "Mineta", miałem ostatnio nieprzyjemność słyszeć na żywo (dla zainteresowanych tekst brzmi mniej więcej tak: "mineta, mineta, mineta, mineta" (przerwa na oddech i tak w kółko)) nie zdziwiłem się, gdy kazał przynieść jajka i pomidory, coby nudno nie było. Na szczęście udało nam się przybyć na sam koniec imprezy, niedługo przed Schacuunem. Parę słów o piosenkach:
"Mohikanin" - wejście porządne, troche wolniejszy niż ostatnio, ale na początek, wprowadza ciekawy klimacik (szkoda, że światła nie były zgaszone :( )
"Numb" - instrumentalnei ciekawy, bo nie miałem przyjemności słyszeć wokalu, widocznie panu przy konsolecie, co to siedział za nami bardzo się to podobało, bo do końca wytrwale nie podgłośnił mikrofonu, nawet darcei się Bartka niewiele pomogło, a szkoda, bo podobna tekst ciekawy.
"Perhaps" - wymiata! Wstęp trochę krótki, mało dramatyczny, ale już chłopaki są blisko, tego jak to powinno brzmieć. Na początku dziwny szum (pewno jakieś kabelki), ale gdy wszedł refren to już było świetnie. Druga zwrotka super, solówka też, długa, ale taka powinna zostać i zakończenie ładne. Jak chłopaki się dorobią jeszcze kilku takich piosenek, to będzie świetnie. Ogólnie najlepsza część setu.
"Around the world"-standardowe skakanie z Marysią pod sceną, może warto by było, by Bartek założył gitarę i jak nie śpiewa, to coś pobrzdąkał, ale to już nie moje kalosze. :]
"Kuchnia"-wielki bład setlisty. Jak już zachecamy ludzi do skakania, to po RHCP powinno być coś żywego, a te przerwy w Kuchni uspokajają nastrój i napięcię siada.
"K"-jakoś mi umknęło, "Toalety" nie było słychać wogóle tekstu, ale najlepszy jest fragment "Mam tylko ciebie-a mnie to jebie", zawsze się tego miło słucha.
"Impossible reaggare mission"- wejście dobre, ale potem troche pokaszanione, w każdym razie ta piosenka ma duży potencjał i by się nadał bardziej gdzieś bliżej Around the world.
To tyle dobrych rad wujka Ola, czekam na następny koncert, mam nadzieję, że z dobrym nagłośnieniem.
wtorek, 04 października 2005
Za pół godzinki mam wykład z Historii Filozofii. Ale przecież mieszkam w centrum w kamiennicy i na wydział mam 10 minut, to spokojnie zdążę. Zobaczę jeszcze w Internecie z kim mam wykład i w jakiej sali, hmm a co tam piszą na Onecie... Za 20 minut wykład. Ok, trzeba się zbierać, hmm pamiętam, że coś miałem zabrać, chwila namysłu, hmm co to było, a już wiem, coś do czytania, bo to historia filozofii, o jest "Ballada o dziwnym zespole.", akurat jak znalazł, jeszcze do ubikacji. Rzut oka na zegarek, o za 14 minut wykład, ok wychodzę. Zabieram się do zamykania drzwi. Pierwszy raz zamykam u Halinki drzwi, ale przecież to potrafi każdy głupi. Wystarczy przekręcić dwa klucze, przy których moja Gerda wygląda jak kluczyk od kłódki do roweru. Pierwszy zamek zamknięty próbuję drugi, kurcze nie mogę. Męczę się z tym kluczem jakiś czas, aż zaczęło się robić gorąco. Uff  w końcu udało się. Zegarek: 10 minut, trzeba się pośpieszyć. Przyśpieszam. Trzecie piętro, drugie, pierwsze, parter, otworzyć drzwi, nacisnąć przycisk, brama otwarta, szybkim krokiem naprzód. Dzwoni Maciek, "Tak właśnie wyszedłem, spotkamy się po drodze i dam ci płytę."  Pomyślałem :Kurrwa mać" (bo przecież nie klnę). Dotarło do mnie co miałem zabrać. W tył zwrot, znów przyśpieszam, numer mieszkania,wstukać kod, brama otwarta, biegiem do drzwi, wstukać kod, parter, pierwsze piętro, drugie piętro, trzecie, dopadam drzwi, klucze, pierwszy zamek otwarty, próbuję z drugim. Za Chiny ludowe nie chcą się otworzyć. Zegarek tyka, koniec, dzwonię do Macka, żeby mi powiedział jak się to ustrojstwo otwiera. Dzwonię, o akurat się udało jestem w środku "Acha, to weź mi sweter!" mówi Maciek. Płyta w jakieś pudełko, do torby, sweter w ręce. Zamykam drzwi, poszło troszkę szybciej niż ostatnio. 2 minuty do wykładu. Trzecie piętro, drugie, pierwsze, parter, drzwi, przycisk, brama, szybkim krokiem na wydział. Spotykam Maćka, hej, hej, masz sweter, kup wino, ok wino możemy dziś odpuścić, bo drogie, kup piwo, ok do 22, narazie. Na wykład. 7 minut spóźnienia, (tyle co wykładowca). Godzinka przesiedziana dowiedziałem się mniej więcej tyle, że na kolokwium nie będzie pytania "Co powiedział Platon?". Spokojnie wróciłem, bramy, kody, pietra, drzwi wejściowe, stop, pierwszy zamek udało się, z drugim się męczę z 3 minuty, akurat Halinka wracała z wieczornej mszy, (btw czyta także "Nasz Dziennik" i zbiera kasztany) też się pomęczyła, ale otworzyła (czy otwarła?), pokazała mi jak sobie radzić z drzwiami, czyli, że drugi zamek otwiera się (ruchy kluczem w dziurce i nie myśleć nic zbereźnicy t;) ) najpierw do tyłu, w prawo, do przodu, w prawo, do tyłu, w lewo, do przodu w lewo i gotowe. Mniej więcej to jest takie proste, ale i tak inaczej (żeby zmylić Was jakbyście chcieli się z wytrychem włamać w nocy, choć w sumie to współczuję ew. włamywaczom (Boże broń), bo to chyba tylko Kwinto z Vabanku by sobie poradził, a i tego nie jestem pewien. Wracając do wątku: Wszedłem do pokoju i pomyślałem o płycie, która wciąż tkwiła w mojej torbie. Cóż, chyba czeka mnie Vibovit...
Jestem w Warshau już. Przygarnął mnie Maciek, z którym urządzamy sobie miesiąc miodowy. To znaczy ja śpię na dmuchanym materacu (płuca mi siadają), ale i tak fajno jest, bo nei muszę spać pod mostem. Wszystko to oczywiście za zgoda Halinki, symaptycznej, (czasem aż za bardzo) staruszki mieszkającej w centrum. Myślę nawet, że pani Halinka dostarczy mi wkrótce ciekawego materiału na bloga, ale zobaczymy jak sie to wszystko rozwienie. Narazie mogę napisać tyle, że nazywam się jak jej mąż, a w domu jest zainstalowe Radio Maryja Fucking Sound System (RMF SS), znaczy się w kuchni radio, z którego wysłuchałem już przez ścianę część audycji bodajże o tym jak TVN atakuje jedyne słuszne radio. W Dużym pokoju oczywiście też jest, nawet w łazience, malutki odbiornik, nastawiony na jedyną słuszną częstotliwość. Tak, że czuję że nie będę się nudził...
sobota, 01 października 2005
Heeh, tutaj miał się znaleźć szczegółowy opis niedawnego ogniska, ale wobec prośby osób bezpośrednio uczestniczących w zajściu ograniczę się tylko do przedstawienia szkicu sytuacji, przedstawiając co ciekawsze zdania, dodatkowo na szczególną prośbe **** nie będę podawać nazwisk, co doda nieco pikanterii temu tekstowi, a czytelnikowi dostarczy wrażeń zgoła detektywistycznych.

Mimo zapowiedzianej absencji kilku osób, postanowilismy udać się na Batonowe ognisko, wiedząc, że gdzie jak gdzie, ale u Batona ognisko zawsze jest porządne (w sensie, że chrust zawsze się pali porządnie), a atmosfera i zabawa ostatnio także na przyzwoitym poziomie stoi. Pragnąc uroczyście uczcić koniec wakacji zaopatrzyliśmy się na początek imprezy zwyczajowo w Deliisse/Sophie dla odpowiednio żeńskiej/męskiej części uczestników, okraszając za podpowiedzią Karolinki to kilkoma piwami.
Padający deszcz nie przeszkodził upiec kiełbasek, wznieść kilku toastów "Za oczęta!","Żeby poszukiwany facet nie okazał się dogiem in the fogiem!, "Za zdaną sesję wrześniową." Wyprawa do sąsiedniego sklepu po "Hmm... poprosimy Sophię.", a gdy nam sklep zamkneli to zanosząc się śmiechem wyruszyliśmy z ekspedycją i questem do pobliskiego Statoil "Karolinka, ale teraz powaga, bo nam wina nie sprzedadzą". Najtańsze wino na Statoil kosztowało 11zl (skandal), smakowało gorzej niż Sophia (skandal), ale działało dobrze, co można było poznać po mych przemyśleniach filozoficznych typu:"Czy jak dziewczyna robi to sama, to to czy to się nazywa walenie konia?", "Czy jak facet robi dziewczynie loda, to czy to się wciąż nazywa robienie loda?", na które niestety odpowiedzi się nie doczekałem. Nie mniej intrygujące było pytanie Karolinki, "Gdzie jest środek puszki?", który specjalnie dla niej znaleźliśmy. Niestety mimo ogniska, nie wszyscy (czytaj ****) pokusili się na kiełbaskę, co doprowadziło do tego, że gdy **** impreza zaczęła się zwracać, to nawet nie było czym. Na to moje spostrzeżenie, że perkusista Led Zeppelin udławił się własnymi wymiocinami, zostało przyjęta przez towarzystwo minami w stylu "Olo nie teraz, przestań!". Próba wlania **** gorzkiej herbaty, skończyła się na opluciu wszystkich dookoła. Jedyna reakcja **** przez kilka godzin, nastąpiła na słowa "Ej zioom!". Reakcja ta była w stylu podniesienia z zaciekawieniem głowy i zrobienia charakterystycznego prffff. Tak, że końcową częśc imprezy najlepiej oddają słowa "**** raz, dwa trzy, rzygamy!" uskuteczniane, co kilkanaście minut, przy trzymaniu **** we dwie osoby nad szklaną salaterką. Przy okazji odkryliśmy nowe, mniej kulturalne zastosowanie salaterki, którego czytelnikowi opisywać jednak nie będę. ;) W czasie zabaw nad salaterką, zadzwonił **** telefon, po krótkim namyśle odebrałem, dzwoniła **** mama i wywiązał sie następujący dialog:"Bo wie pani, **** już śpi, bo zmęczenie złapało, a my tu sobie jeszcze siedzimy i rozmawiamy." Na pytanie czemu jej dziecko nie zadzwoniło, odparłem "Nie pomyślało.", po zapewnieniu, że z **** wszystko w porządku i wróci nad ranem, hmm, to znaczy tak około południa, udało mi się kulturalnie zakończyć niezwykle ekscytującą rozmowę. Podsumowując tak jak ja zacząłem wakacje, tak zostały one w równie pięknym stylu zakończone przez **** (kto wie czy w nie w piękniejszym). Za komentarz niech posłużą pierwsze słowa wyżej wymienionej mamy, gdy zobaczyła **** w drzwiach: "Ochlałaś się?"