Dark side of the moon The Wall Wish You Were Here Achtung Baby HTDAAB Led Zeppelin Led Zeppelin Led Zeppelin Led Zeppelin Use Your Illusion I Use Your Illusion II Coma Dżem Nowoczesne przeglądarki
środa, 25 października 2006
Początkowo miał się tu znaleźć opis wyjazdu w Bieszczady. Jednak uznałem, że forma: wstaliśmy, poszliśmy w góry, zachwyciliśmy się górami, zeszliśmy do świetnej knajpy, gdzie poznaliśmy przemiłych ludzi, upiliśmy się, poszliśmy spać, mogłaby okazać się zbyt nudna dla potencjalnych czytelników. Zamiast tego postanowiłem przybliżyć wam sylwetki Bieszczadzkich Aniołów, osób, dzięki którym te przepiękne góry mają swój specyfinczy i niepowtarzalny klimat. Oczywiście z większościa z nich wiąże się krótsza, lub dłuższa histroria, którą jednak opowiedzieć należy.

Młody
Pierwsza postać, która staneła nam na naszej dwudziestoparogodzinnej podróż w Bieszczady (tak, tak dzięki kochanemu PKP, pociąg jedzie z Łodzi przez Kraków, czyli trasa wygląda jak litera “L” zamiast “\”) był Młody. Chłopak kuzynki Bartka, u której się zatrzymaliśmy na parę godzin w Łodzi. Dał nam rzeczy, bez których wyjazd byłby niemożliwy, takie jak namiot, latarki, harcerską kuchenkę na ropę pamiętająca czasy Gomółki. Przepakował także nasze plecaki, dzięki czemu nie przypominaliśmy małej karawany, ale turystów. Choć wciąż nie wiem, jak poradził sobie z moim 80litrowym plecakiem. Gdy ja go zapakowałem i założyłem, to przewyższał mnie o głowę, a na dole w worku na śmieci, przewiązanym sznurowadłem, dyndał (to odpowiednie słowo, nie wisiał, tylko dyndał) śpiwór. Gdy Młody go przepakował, to nie dość, że wszystko zmieściło się do środka, to jeszcze zostało miejsce. Ale skąd mogłem wiedzieć, że plecaka nie pakuje się w stylu:”wrzucę wszystko do środka i dorzucę poduszkę.” To tylko obrazuje jak przygotowani byliśmy do wyjazdu.

Ala
Alę spotkaliśmy kilka dni przed podróżą w sklepie z plecakami, gdzie swoje 80litrowe cudo kupowałem. Co prawda prawie się nie znaliśmy, ale jakoś tak się zgadaliśmy, że razem jedziemy w Bieszczady. Okazało się, że Ala mieszka dwa domy ode mnie i chodziliśmy razem do podstawówki. A ponieważ jechała do znajomych na znajome pole, to w ten prosty sposób znaleźliśmy miejsce do spania w Bieszczadzkiej stolicy - Ustrzykach Górnych. Jest to osada, której istotę stanowi skrzyżowanie ze czterema sklepami, trzema barami i przystankiem autobusowym, wokół którego toczy się życie. Jest jeszcze kościółek i kilka domków położonych w okolicy, ale praktycznie wystarczy odejść 100m od przystanku by być daleko poza Ustrzykami.)

Kierowca pekaesu
Nic to, że spóźnił się pół godziny, ale dzięki temu dowiedziałem się jak pojemne są Sanockie pekasey. Wystarczy powiedzieć, że prawie każdy miał plecak podobnej kubatury, co mój, a i tak z przodu między kierowcą a drzwiami zmieściło się jakieś 8 osób. 3 godziny jazdy w niemiłosiernym ścisku, ale i tak wszyscy mieli dobre humory, na czele z kierowcą. Gdy ktoś powiedział, że wysiada w Przysłupie, (taka miejscowość) on zatrzymał pekaes przy jakimś słupie telefonicznym i zapytał się kto chciał wysiąść przy słupie. Radości pasażerów nie było końca. Choć własnie w tym autobusie zgubiłem swoją kurtkę przeciwdeszczową. Ale ona akurat chyba nie jest w górach najniezbędniejszą rzeczą.

Pierwszy autostopowiczom przyjazny
Odległości w Bieszczadach są spore. Dlatego też głównym środkiem transportu dla nas był autostop. Metoda o tyle interesująca co niepewna. Czasem pierwszy samochód się zatrzyma, a czesem w godzinę się nic nie złapie, o czym się niestety przekonaliśmy. Pierwszego dnia w górach, ufni w dobrą wolę kierowców udaliśmy się z Ustrzyk do Wołosatego (miejscowość tak daleko, na południowy wschód, że tam nawet ptaki zawracają) i chyba gdzieś po pół godzince znalazł się chętny nas podwieźć. Sympatyczny starszy pan z dwójką dzięci, w zdezelowanym aucie, słuchający chrześcijańskiej poezji śpiewanej. Żaden środek transportu nie dostarcza takich uroków jak autostop.

Panie z Pieskiem

Pierwszy zdobyty szczyt, to najwyższa po Polskiej stronie gór Tarnica. Powiedzieć, że kondycyjnie byliśmy przygotowani, to przesada. Gdzieś w połowie trasy Torianne uznała, że ona pierdoli i nie ma sił, ochoty i ambicji wejść na górę, i że mówiłem że podejście jest łatwe i że kłamałem. Nie kłamałem, bo to podejście naprawdę nie jest takie straszne, ale bez treningu może stanowić pewien problem. Trochę podłamał nas fakt, że mniej więcej wtedy wyprzedziło nas parę emerytek z małym ratlerkopodobnym pieskiem, z którymi spotkaliśmy się, jeszcze raz jakiś czas później, gdy schodziły. One już zaliczyły szczyt, a nam dopiero on majaczył na horyzoncie. Ale fakt, faktem górę zdobyliśmy i Torianne była z siebie naprawdę dumna. Po drodze zmoczył nas jeszcze deszczyk, ale zakupiłem ultraseskowoną niebieską pelerynkę, która mnie po części od niego ochroniła.

Trzech gości z gitarami, Czech, facet od Fantazji
Jeden z trzech barów w Ustrzykach, nazywa się “Pod Caryńską”. Pewnie bierze się to z faktu, że z pod niego startuje trasa na stosowną połoninę, ale my tam zawędrowaliśmy schodząc z Tarnicy. Owszem, dzień wcześniej byliśmy tam na przepysznym winie grzanym, po którym miałem chęć integrować się z autochtonami, tańcząć greka zorbę. Na szczęście Bartek mnie powstrzymał. Za to wymęczeni schodząc z Tarnicy, uznaliśmy, że grzane wino na dole stanowi miłą zachętę do dalszego schodzenia, bo las ciągnął się niemiłosiernie i sił już brakowało. Zawędrowaliśmy więc prosto ze szlaku, brudni i zmęczeni pod Caryńską, gdzie uraczyliśmy się winem i obiadem. Już mamy wychodzić, a tu wchodzi dwóch kolesi z gitarami i zaczynają się stroić. Postanowiliśmy zaczekać. I słusznie. Zaczynają grać nastrojowe piosenki, idealne w góry. Repepertuar głównie SDM, którego raczej nie znam, ale słychać, że ta muzyka tu wybitnie pasuje. Po kilku piosenkach cała knajpa zaczyna śpiewać z nimi. Najlepiej wychodzą “Bieszczadzkie Anioły”, które w ciągu tego krótkiego tygodnia usłszymy jeszcze nie raz. Nastrój troche psują szanty, które niezbyt pasują w środku gór. Grzane wino, gitary, góry, brakuje tylko trzaskającego kominka, no i jeszcze śnieg mógłby być. Impreza się rozkręca. W pewnym momencie, grają sam podkład bluesowy, no co Bartek zaczyna improwizować piosenkę w stylu:”Na połoninie nikt nie zginie”. Ma jednak na tyle chrypkę i przepity głos, że dostaje brawa od obecnych w barze. Później jest już tylko lepiej. Robi się tłoczno, gwarno. Kto nie śpiewa, lub pije to tańczy, także na stole. Takiej spontanicznej imprezy, wśród praktycznei nieznanych sobie osób jeszcze nie widziałem. Bartek mówi, że jakiś Anglik postawił mu drinka, mówiąc: “For Rock & Roll”. Kupujemy więc trzy wścieklaki z zamiarem odwdzięczenia się mu. Rozmawiamy chwilę, tłumaczymy, że to typowo polski drink, ale słyszę, że ten Anglik ma wyjątkowo czeski akcent. Pytam się go o to i okazuje się, że to nie jest żaden Anglik, jeno najprawdziwszy Pepiczek. Słowianin słowianina pozna. Trwa dalsza konwersacja, nie pamiętam już o czym, ale wiem, że bardzo nam się podobało. Czechowi również. Stolik obok nas okupuje kilka dziewczyn, których głównym zajęciem jest tańczenie na stole, i jeden koleś, który co chwila do nas podchodzi z kieliszkami i podlewa nas wódką. Nie odmawiamy. Po przebrnięciu większości harcersko-obozowo-żeglarskich piosenek grana jest “Fantazja”. Nie wszyscy może kojarzą, ale to ta piosenka bodajże Fasolek, która idzie mniej więcej tak:”Bo fantazja, fantazja, fantazja jest od tego, aby bawić się, aby bawić się, aby bawić się na całego.” Przy tej piosence, miły sąsiad podlewający nas wódką (widać, że sam jest po porządnej ulewie) wyznaje, że przy tej piosence po raz pierwszy się masturbował. Mówi to jak najbardziej poważnie. Dla mnie ta piosenka nigdy nie będzie już taka sama i niewinna jak kiedyś. Nie pamiętam, kiedy się tak bawiłem. Spontan totalny, opłacało się zostać. Powrót do namiotu w godzinach jeszcze chyba nocnych. Młody dał nam dwie latarki górnicze, takie na głowę, co to się w kopalniach nosi. Dzień skończyliśmy więc biegając w tym latarkach po polu namiotowy i świecąc innym w oczy. Pole namiotowe to zbyt wielkie słowo. Bo czy przydomowy ogródek, na którym stoi kilka namiotów, latryna i łazienka, którą było stare poidło dla krów, można nazwać polem namiotowym? Dlatego uznaliśmy, że potrzebujemy więcej cywilizacji i następnego dnia, ruszyliśmy do Wetliny szukać jakiegoś niedrogiego noclegu, nucąc słyszany zeszłej nocy "Bo nowy dzień wstaje." Ale tamtejsze Anioły to już temat na kolejną notkę.