Dark side of the moon The Wall Wish You Were Here Achtung Baby HTDAAB Led Zeppelin Led Zeppelin Led Zeppelin Led Zeppelin Use Your Illusion I Use Your Illusion II Coma Dżem Nowoczesne przeglądarki
środa, 05 grudnia 2007
Tysiące okropnych rzeczy, gnało nas tego ranka. Dodge Nexia, mignął kierunkowskazem i wypadł na Ursynowskie ulice, zatłoczone niczym zlew po imprezie. Nie patrzyłem w tylne lusterko, bo bałem się, co tam zobaczę. Przejechałem przez rondo i wrzuciłem czwórkę. Pod pedałem gazu wyczułem nieoczekiwany brak oporu. Wcisnąłem więc mocniej. Choć z trudem, ale Nexia to przełknęła. Przez kilka krótkich chwil byliśmy uratowani, oddalając się od zagrożenia. Właśnie wtedy wyrosło przed nami drugie rondo. Szybka redukcja i ostrym manewrem przejechaliśmy przez nie. I zaczęło się dziać coś dziwnego. Naciskanie pedału gazu, przestało przynosić rezulataty, a spod maski dobiegły nas dziwne, głuche dźwięki.

Gdybyśmy lecieli samolotem, to byłby ten moment, w którym łopatki śmigieł przestają się obracać, wydając przerażającą ciszę, a my zamieramy patrząc z niedowierzaniem na wskaźnik paliwa. Wiem, że kontrolka rezerwy świeciła się od kilku dni, ale przecież powinno jeszcze coś być na dnie baku. Nie było. Na próby dodania gazu, Dodge zareagował krztuszącym się jękiem. Wjechałem więc na parking, między budkami z azjatyckim żarciem, gdzie ostatnim wysiłkiem Nexi udało się zaparkować. Tylko raz zgasła po drodze. I razem z uroczą Współlokatorką ruszyliśmy pieszo do metra, by przypomieć sobie czym są ludzie pierogi...

czwartek, 29 listopada 2007
(1) Dża powiedział do Ola i Ruflorda na stacji metra: (2) Powiedzcie całemu zgromadzeniu tak: (3) W sobotę tego miesiąca niech się każdy postara o wódeczkę schłodzoną dla rodziny, o wódeczkę dla domu. (4) Jeśliby zaś rodzina była za mała do spożycia wódeczki, to niech się postara o nią razem ze swym sąsiadem, który mieszka najbliżej jego domu, aby była odpowiednia liczba osób. Liczyć je zaś będziecie dla spożycia wódeczki według tego, co każdy może spożyć. (5) Wódeczka będzie bez skazy, zimna, 0.7; wziąć możecie wino. (6) Będziecie ją mrozić do dziewiętnastej, w sobotę dnia tego miesiąca, a wtedy wypije ją całe zgromadzenie o zmierzchu. (7) I wezmą zapojkę i jakieś czipsy, lub coś w tym stylu, w progi domu, w którym będą ją spożywać. (8) I tej samej nocy spożyją mięso pieczone w ogniu, spożyją je z chlebem niekwaszonym i pysznymi ziołami. (9) Nie będziecie spożywać z niego nic surowego ani ugotowanego w wodzie, lecz upieczone na ogniu, na ruszcie. (10) Nie może nic pozostać z niego na dzień następny, bo będzie śmierdzieć. Cokolwiek zostanie z niego na następny dzień, wyrzucicie (11) Tak zaś spożywać go będziecie: Biodra wasze będą przepasane, sandały zzujecie. Spożywać będziecie nieśpiesznie, gdyż są to Olonalia. (12) Tej nocy przejdę przez Warszawę, ześlę kaca na wszystko pierworodne w ziemi warszawskiej od człowieka aż do bydła i odbędę sąd nad wszystkimi pubami miasta - Ja, Dża. (13) Gdy ujrzę was, przejdę obok i nie będzie pośród was plagi niszczycielskiej, gdy będę karał ziemię. (14) Dzień ten będzie dla was dniem pamiętnym i obchodzić go będziecie jako święto dla uczczenia Dża.
22:16, tjeden , Dża
Link Komentarze (2) »
czwartek, 15 listopada 2007

Pracuję, siedząc i czekając na śrubki, które będą najwcześniej w poniedziałek. I tak sobie myślę.

Google pozwala pracownikom przeznaczać 20% czasu pracy, na rozwijanie własnych projektów.

W mojej fabryce można przeznaczać 80% czasu pracy, na rozwijanie własnych projektów.

Reszta przypada na przerwy na kawę i obiad. 

Google

 

 

niedziela, 11 listopada 2007
Ze Slashem spotkałem się na dworcu kolejowym w Rzeszowie. Pociąg z Wrocławia przyjechał o bluźnierczej godzinie, czwartej nad ranem, z minutami. Pół godziny później niż mój.
- Mam coś dla ciebie, by uczcić tę okazję. - powiedział na powitanie Slash.
- Też mam coś dla ciebie, mordo ty moja. - i oboje wyciągneliśmy po piersióweczce.
Oczekiwanie na pekaes (radziecka konstrukcja, z lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, którego kierowca nie ukrywał poirytowania wczesną godziną, o której przyszło mu pracować) uwypukliło między nami inne podobieństwa. Tak jak obydwaj nie omieszkaliśmy zabrać ze sobą mocniejszego alkoholu, tak samo obydwaj nie spakowaliśmy chociażby żadnych sztućców, talerzyków, menażek, pasty do zębów, czy też szamponu i paru innych rzeczy. Ale w górach liczą się przecież przedmioty pierwszej potrzeby.

Po ósmej pojawiły się góry. Nie, góry to brzmi zbyt imponująco. Po ósmej naszym oczom ukazały się Bieszczadzkie zbocza, pokryte kolorowym dywanem liści. Jeśli wybierasz się w Bieszczady, to tylko jesienią.

Widok z Połoniny Wetlińskiej na Otryt by Hohnender 

Ustrzyki Górne przywitały nas koło dziewiątej piękną pogodą. Pierwsze kroki skierowaliśmy "pod Caryńską". Żurek i najlepsze na świecie, przygotowywane w mikrofali grzane wino, to wspaniały początek weekendu. Usiedliśmy na zewnątrz i popijając rubinowy napój, który nigdzie indziej nie smakuje tak dobrze, zachwyciliśmy się po raz kolejny jak tu pięknie, po czym ruszyliśmy do Wetliny.

najlepsze grzane wino pod słońcem 

Odległości w Bieszczadach są duże. Dlatego rozwinięta jest tu sieć autobusów, które kursują między wioskami praktycznie co godzinkę, a nawet częściej. Problem polega na tym, że jeżdzą tak tylko, przez dwa miesiące wakacji. Poza sezonem masz szczęście jeśli w ciągu dnia zobaczysz jeden, może dwa pekaesy. Sytuację ratują prywatne busy, które są lekko mówiąc dość pojemne. Czyli, tam gdzie z rozkładu siedzeń wynika, że powinny siedzieć trzy osoby, przy lekkim wysiłku mieści się pół tuzina. Nie wspominając o bagażniku z tyłu, gdzie znaleźliśmy trzy taborety, w czasie drogi też zajęte przez ludzi. Jednym słowem wesoło i przytulnie.

W połowie drogi między Ustrzykami, a Wetliną, pomiędzy dwiema połoninami przycupnęły Berehy. W porównaniu z nimi, Ustrzyki to Nowy Jork. Parking, kiosk z pamiątkami i dwa domy za zakrętem, to wszystko. Kiedyś była to ludna wieś, licząca kilkaset chat, ale została całkowicie spalona w czasie bratobójczych walk Polsko-Ukraińskich. Jak większa część Bieszczadów zresztą. Na naszą uwagę, że to straszna dziura, kierowca busa powiedział, że kiedyś mieszkało tu ponad tysiąc osób.
- Wszyscy wyjechali do Irlandi? - raczej, stwierdził, niż zapytał nas współpasażer.

Po dotarciu do Pierożkowej Babci przebraliśmy się już we wspinaczkowy ekwipunek i byliśym gotowi do wyjścia w góry. Podczas gdy Slash udał się do ubikacji, ja zasnąłem z butami na nogach, mając nadzieję na dziesięciominutową drzemkę. Gdy Slash zobaczył mnie i bezskutecznie spróbował obudzić, uznał, że chwila snu jemu też nie zaszkodzi. Jak otworzyłem oczy, na zewnątrz padało. Dziesięciominutowa drzemka okazała się kilkugodzinnym snem, a ponieważ zbliżał się wieczór udaliśmy się na obiad, a następnie wyruszliśmy do Bazy.

Są na partertach szklanych wieżowców miejsca, gdzie eleganccy biznesmani po ciężkim dniu pracy luzują krawaty i popijając piwo, oglądają mecz z Azerbejdżanem. Są ogródki piwne, przy zatłoczonych deptakch, gdzie w czerwcowe wieczory ludzie chodzą odpocząć i porozmawiać o tym, gdzie spędzą wakacje. Są też bary, gdzie w w mniej lub bardziej kulturalnej atmosferze, studenci oblewają zdane egzaminy i wpadają wypić piwo po zajęciach (zawsze tylko jedno). Baza Ludzi z Mgły nie należy do żadnej z tych kategorii. Leży dokładnie po drugiej stronie skali.

Drewniany budynek ze spadzistym dachem, wygląda jakby przeniesiono go z planu Przystanku Alaska. Tabliczka informuje, że czynne jest "Od otwarcia, do zamknięcia". W środku znależć można bieszczadzkie Mos Eisley. O ile wszystkie ściany w Mos Eisley wypełniają obrazy pędzących koni.

To jedno z tych nielicznych miejsc w galaktyce, w których możesz przytulać się, do żula, zwanego Jimi Hendrix, który mówi, że Perfect ukradł mu połowę tekstów, a Rysiek Riedel nocował na jego polu namiotwym. Potem możesz próbować dodzwonić się do perkusisty Dżemu, ale barka, na której mieszka, będzie pewnie poza zasięgiem. Tu właśnie wmówisz dziewczynie naprzeciwko, że nazywa się Lacrimosa, po czym stwierdzisz, że to głupie imię. A gdy poprosisz o wścieklaka przy barze, możesz usłyszeć od barmana, że mu przykro, ale właśnie zabrakło spirytusu.

Przy pierwszym piwie poznaliśmy Krzysia. Równie dobrze mógł mieć trzydzieści lat, jak i pięćdziesiąt kilka. Prawdziwy jego wiek zna chyba tylko jego niedbale nałożona czapeczka. Siedział, w rozchełstanej koszuli, ukazującej nagi tors. W jednej ręce trzymał tępy kozik, w drugiej, fantazyjny kawałek drewna, któremu próbował nadać wygląd Jezusa, świętego z brodą, albo jakiegoś innego Dusiołka. Nie wiadomo, postęp prac nie był duży i zdecydownie mu nie szło. Po każdych kilku ruchach nożykiem (cud, że miał jeszcze wszystkie palce), wbiajał go ze złością w stół wspominając coś o tępej kurwie, po czym brał kufel z winem i robił rundkę po barze.

Wszędzie indziej na świecie Krzyś spędzałby czas na jakimś dworcu, będąc zwykłym menelem. W bieszczadach, może aspirować do roli artysty. Nawet jeśli ten artyzm ogranicza się do rzeźbienia koślawych, nieszczególnie ładnych figurek. Ponadto dwie rzeczy odróżniają go od zwykłego żula. Po pierwsze nie żebrze, tylko raczej naciąga na kolejkę, albo sprzedaje rękodzieło. Po drugie pije wino z kufla w barze. To chyba świadczy o jakimś statusie. Choć to ostatnie, to chyba norma, bo nie ma wieczoru, żeby Baza nie przyciągnęła takiego typu obwiesi. To też jeden z jej uroków.

Kolejne piwa spędziliśmy objadając się frytkami i grając w piłkarzyki. Najpierw między sobą, a potem zostaliśmy sromotnie rozgromieni, gdy inna drużyna wyzwałą nas na pojedynek. Szafa grająca stojąca w kącie zaśpiewała, na nasze życzenie, głosami Axla Rose'a i Billego Idola. Przy którymś kuflu zauważyłiśmy śliczną dziewczynę. Naszej uwadze nie uszło, to że ma chłopaka. W jakiś sposób dowiedzieliśmy się nawet, że nazywa się Norbert. Nie przeszkodziło nam to opracować przebiegłego planu: "Ty go zajebiesz, a ja ją będę ...." Niestety szczyt mojego geniuszu nie został zrealizowany. Bądź co bądź, Norbertowi wyszło to na dobre.

Grzane wino, choć jak się dowiedziliśmy to samo co "Pod Caryńską" nie smakowało tak, jak tam. Jakoś wtedy figurka Krzysia została upuszczona i zapomniana gdzieś pod barem, a ja siedząc na wysokim stoliku zacząłem z nim rozmawiać. On opowiedział mi swoją historię nieszczęśliwej miłości, ja mu opowiedział swoją. Przyznaję, że moja nie była tak burzliwa, jak Krzysia, który odgrażał się, że pojedzie do tej burek suki z nożem. Taka była myśl przewodnia, którą udało mi się wyłowić z jego pijackiego bełkotu.

Potem były tańce. To znaczy, potem byłem na tyle rozweselony, by porwać dwie dzieczyny między stoły i zacząć z nimi wywijać, przy aplauzie Slasha. Tańce przerwał mi Krzyś, bo krzycząc coś niecenzuralnego, kazał mi zejść ze stołu, tłumacząc on go robił. Jego wkurzenie uspokoiłem, wyjaśniając mu że szanuję jego i jego pracę, a te stoły to są naprawdę zajebiste. I powiedziałem mu, że przecież on to rozumie i nie ma mi nic za złe. Podziałało.

W sumie nie pamiętam kiedy i dlaczego opuściliśmy Bazę.

Rano, gdy obudziłem się koło jedenastej, przypomniałem sobie. Mieliśmy wczesnym rankiem wyruszyć do Cisnej, a stamtąd na Okrąglik. No cóż... Nie zawsze można zrealizować założone plany Zjedliśmy kilka kanapek, przygotowanych na papierze, w którą wczoraj sprzedawca zawinął nam wódkę, wypłukaliśmy resztki dymu papierosowego z włosów i ruszyliśmy na szlak.

poniedziałek, 05 listopada 2007

W życiu każdego blogera, są takie chwile, kiedy brak czasu, brak tematu, albo brak woli opisywania kolejnego upicia się, zmuszają go do podjęcia typowo blogowych tematów. Takich jak statystyki. Naprawdę mnie zaskakuje, jakie frazy ludzie wpisują w googlach, a jeszcze bardziej dziwi mnie to, że potem trafiają tutaj. Poniżej parę ciekawych przykładów

sposoby na rozpalenie dziewczyny – chyba nigdy o tym nie pisałem, ale to miło, że google wskazuje na mnie... ;)

dża, dionizje – dwa hasła, które nieustannie napędzają nowych czytających, choć przegrywają ze zdecydowanym faworetem, którym są:

nagie japonki – widzieliście je kiedyś u mnie na blogu? Ja też nie, ale właśnie ta fraza obok „starych azjatek”, jest najpopularniejsza. Swoją drogą, kto szuka w googlu, starych azjatek? Fuuuj. (Kilka razy się pojawiło nawet połączenie nagie i stare :/ )

pko, pedofile – też bardzo popularne, ale to chociaż rozumiem, bo o tym pisałem. Niemniej bardzo popularna jest tematyka seksualna, co objawia się frazami:

dziewczyna robi chłopakowi loda kiedy samochód – autentyczne! Nie mam pojęcia co autor miał na myśli.

seksretarki, kuszące dziewczyny, intimissimi, kim basinger nago, zdjęcia vanessy paradise, cichopek bez stanika, josie maran, krzesełko do seksu, loda szmato (swego czasu pod tą pozycją w googlu na pierwszym miejscu było forum naszego roku).

W pamięci mi utkwiło jeszcze kilka zwrotów, jednak ze względu na ich absurdalność, nie będę komentował:

układam kafelki jurek

radosne i mądre stwierdzenia

a wódka się kończy

gdzie są kluczyki od czołgu

jak sie pisze przeze mnie

prezent dla piotrka

chłopak grający na gitarze na dworcu pkp w katowicach

jakies fajne blogi ze kilka dni temu byłam

A są to, tylko wybrane przykłady z ostatniego miesiąca. Zastanówcie się kto wpisuje takie hasła do googla? Zastanówcie się też co wy wpisujecie? A nuż ktoś to czyta i się śmieje? Tak jak ja. :)

poniedziałek, 29 października 2007
Wydarzenia wczorajszego wieczoru wymagają paru słów wyjaśnienia. Jeśli ktoś przypadkowy przeczytałby poniższą relację, mógłby mieć o nas złe zdanie. A wbrew temu, co można wywnioskować, jesteśmy w miarę normalną młodzieżą. Mamy poglądy, dyskutujemy o książkach, ekonomii, polityce, czasem nawet o sztuce (jeśli nowy teledysk Dody, to sztuka). Zajmujemy się czymś więcej niż oglądaniem filmów Tarantino i piciem alkoholu. Generalnie jesteśmy kulturalni, niektórzy z nas wiedzą jak zawiązać krawat, nie przeklinamy zbyt często i zdecydowanie ustępujemy miejsca staruszkom w metrze. Charakter tego bloga, nakazuje mi jednak pisać o tej naszej, nieco mroczniejszej naturze...

Od razu po telefonie od Ruflorda: "Rozpalaj grilla, wjeżdżamy za piętnaście minut.", wziąłem się do rzeczy. Trochę węgla, morze rozpałki, jedna zapałka i już po chwili ruszt radośnie grzał się nad ogniem. Przedwcześnie. Gdy usłyszałem domofon jakąś godzinkę później, grill swoje najlepsze minuty miał już za sobą. Od progu dostałem od Ruflorda i Rufjana po butelce z piwem. Pustej i przed chwilą wypitej. Do wyrzucenia. Wpadł Buczek i się zaczęło.

Normalny Światowid, to cztery kolejki, na cztery strony świata. Tym razem dodaliśmy też kierunki pośrednie. Podwójny to osiem. Zero siedem, przeczytane przez czterech (Ola nie pije), w czasie poniżej trzynastu minut to jednak zbyt szybko. Rozbijanie karczków, gdy nie ma się młotka, to niełatwe zajęcie. Używając swojej dłoni, dobrze poradził sobie z tym Rufjan, nieco gorzej Buczek, który robił to, przez foliowy worek. "Nie musisz jebać przez worek." - stwierdził rzeczowo Ruflord, co ja uzupełniłem "Buczek. Jak masz tabletki, to nie musisz jebać przez worek "

Czytaliśmy dalej, Ruflord zgrillował karczki, ja spaliłem grzanki, zapojka zaczęła znikać w zastraszającym tempie.
- Buczku, kupiłeś sok? - padło pytanie, bo coś napoju było mało.
- Kupiłem trzy cytryny.
- Ale to jest gazowane. - zdziwił się Ruflord.
- Nie, kupiłem trzy cytryny. - Buczek twardo obstawał przy swoim.
- Ale jest taki napój gazowany, trzy cytryny się nazywa. Gazowany. - wyjaśnił Ruflord.
- Kupiłem trzy cytryny. - magiczna mantra.
- Czekaj, czekaj, to ja tu czegoś nie rozumiem. Kupiłeś takie normalne trzy cytryny, takie żółte? - Rufjan nie mógł opanować zdziwienia.
- No meen, dokładnie.
- A na huj?
Okazało się, że Buczek miał zamiar zaserwować nam siwuchę, na sposób tequilli (czyli z cytryną i solą). Cytryny kupił wcześniej, ale w monopolowym zabrakło siwuchy, więc pomysł upadł, a on kupił nemiroffa. Mogliśmy sobie co najwyżej lemoniadę zrobić.

Potem było już tylko gorzej. Gdzieś Buczek zapytał się, który dzisiaj jest. "Niepłodne." Odpowiedział Ruflord. Prosto z konkursu w Poznaniu, dotarł Cyc. Czubata szklanka wódki, na powitanie (chleb i sól też była), przybliżyła go do naszego stanu. Usłyszeliśmy o mistrzach świata w programowaniu zespołowym i świetnym lachonarium z stolicy Wielkopolski. Uznałem, że Oli jest smutno, bo nie pije, więc zrobiłem jej kisiel (smutno ci, może kisiel?). A potem zatańczyłem greka zorbę. Sam.

A potem poszliśmy szukać Asi, bo nie mogła do nas trafić. A potem kupiłem hot-doga na Statoil. A potem poszedł Buczek. A potem przyszła Asia. A potem leżałem na trawie. A potem biegł do mnie Rufjan. A potem się zderzył i upadł na samochód. A potem kopnąłem go dwakroć. A potem się obraził i pojechał z Olą i Ruflordem. A potem zatańczyłem z Asią i Cycem greka zorbę. A potem jakiś psychodeliczny kawałek Iggiego Popa, tylko z Asią. A potem się obudziłem sam w pustym mieszkaniu.

Była czwarta nad ranem, słychać było Lindę śpiewającego "już nigdy nie będzie takiego lata", na stole leżało wszystko i kieliszki pod stołem. A potem poszedłem spać.

niedziela, 14 października 2007

W związku, z pojawiającymi się ostatnio coraz częściej pytaniami. Odpowiadam, że:

Tak, mam wspólokatora.

Tak, to dziewczyna.

Tak, jest ładna i sympatycznia. 

Nie, nie sypiamy ze sobą. 

piątek, 05 października 2007

Za tydzień premiera. Filmu. A dokładniej ekranizacji baśni Neila Gaimana. "Gwiezdny pył ", to opowieść o chłopcu, który chciał spełnić pragnienie swego serca. I o drugim, który zakochany w dziewczynie obiecuje, że przyniesie jej gwiazdę, która właśnie spadła z nieba. 

Zapowiada się świetnie. No i De Niro, że o Michelle Pfeifer jako złej czarownicy tylko napomknę. Dobra wiadomość, dla tych, którym się nie podobało zakończenie książki: Gaiman pisze na swoim blogu, że film ma zupełnie inne. Więc jest na co czekać.

A potem czeka nas Beowulf. I nie wiem, co mnie bardziej ciągnie do kina. Czy Robert Zemeckis, jako reżyser, czy Gaiman jako współautor scenariusza, czy Angelina Jolie w zwiastunie...

A o samym Gaimanie, będzie innym razem...

poniedziałek, 24 września 2007

Kapłani Voodoo wiedzą że istnieją co najmniej dwa sposoby na zrobienie z człowieka zombie. Na mazurach wybraliśmy ten łatwiejszy.

Wąska uliczka na Ochocie. Skwarne piątkowe popołudnie. Wsiadamy do Dodga Chargera 440. Nim Ola zdąży wrzucić dwójkę, rozlega się dźwięk otwieranego piwa. Po przebiciu się do Legionowa, zatrzymujemy się w Macu na obiad. W czasie konsumpcji posiłku, słyszymy panią, mówiącą do swojego dziecka: "Nie zwracaj na nich, uwagi. Oni są pijani." Nieprawda. Wtedy nie byliśmy pijani. Jeszcze... Trzeba nas było zobaczyć następnego dnia.

Dygresja. Relacja ta jest nieco chaotyczna, bo złożona z moich przebłysków i relacji osób trzecich. Nawet jeśli jakieś szczegóły są rozmyte to myślę, że uda mi się naszkicować obraz wyjazdu.

W tym miejscu chciałbym podziękować Oli za bezpieczne przewiezienie nas tam i z powrotem. Cud że wytrzymała z nami całą drogę. Trzeba mieć wiele cierpliwości, by wytrzymać z rozochoconą czwórka pasażerów, przekrzykującą się bez ustanku. Podróż upłynęła nam pod hasłem: "Piłeś kiedyś w (tu wstaw nazwę miejscowości, przez którą aktualnie przejeżdżamy)?" Zawsze się okazywało, że nigdy w danym miejscu nie piliśmy, co oczywiście skutkowało toastem.

Zakupy zrobiliśmy w rodzinnym mieście Prima, który zareklamował je najlepiej jak mógł: "W Przasnyszu są trzy kebaby." Poza bochenkiem chleba i kilogramem kiełbasy, nikt nie pomyślał by kupić coś więcej. Oczywiście poza wózkiem piwa i kilkoma poweraidami na ranek. Ja miałem wielką ochotę na wino, więc kupiłem cztery butelki.

Tuż przed zmrokiem docieramy nad jezioro. Jest las, jest domek, jest pomost, jest fajnie. Zaczyna padać - mniej fajnie. Ale butelki idą w ruch, rozgrzewają, robi się przyjemnie. Jesteśmy głodni, ale zbyt leniwi, żeby rozpalić ognisko, zwłaszcza że robi się ciemno i nie widać, gdzie jest drewno. Kiełbaski lądują na patelni. Przyjeżdżają dziewczyny, trochę zdziwione, trochę zdegustowane. Tekst: "A niedawno, chłopaki z WAT'u nie mieli problemu z rozpaleniem ogniska.." działa na ambicję i zabieramy się do pracy i rzeczywiście po dłuższym czasie i nam się udaje rozniecić ogień.

Prim zabiera mnie i Rufjana na spacer po lesie. Biorą po piwie, ja zaś w jedną rękę chwytam butelkę wina, a w drugą szklaneczkę. I idę z nimi przez ciemny las, na przemian to ją uzupełniając, to ją opróżniając. W pewnym momencie znika nam Prim, po czym wyskakuje z krzaków, by nas wystraszyć. Wpadamy na pomysł świetnej zabawy. Świetnej wtedy, z perspektywy czasu wydaje mi się to nieco idiotyczne. Zadzwonimy do Cyca, powiemy mu, że zgubiliśmy się w lesie i będziemy udawać, że to Blair Witch Project i ściga nas jakaś wiedźma. Dzwonimy, mówimy, że się boimy, jest strasznie i zaraz umrzemy (nie omieszkając dodać hasła: "I see dead people."). Cyc jednak osiągnął w tym samym czasie wyższy stopień świadomości. Z bełkotu łatwo się domyślić, że jest niesamowicie pijany. Jedyne co nam się udaje zrozumieć z tej rozmowy to Cycowe: "Jak nie masz pieniędzy, to nie dzwoń." Czysta abstrakcja.

Idziemy przez las. Jest ciemno. Trochę wina rozlewam, ale więcej wypijam. Co chwilę atakują nas jakieś gałęzie, strzygły i inne paskudztwa. Przedzieramy się jednak dzielnie, by po kilku kilometrach dojść do jakiegoś jeziora. Jest ślicznie. Księżyc świeci, a my w trójkę siadamy na jakichś resztkach wieżyczki ratownika i sącząc trunki delektujemy się pięknem Polskich mazur.

Wracamy do domku. Wypijam trzecią butelkę, śpiewając "Too drunk to fuck". Coś w tym jest. Wino jest pyszne. Dziewczyny mówią, że czekają na wschód słońca. Ja mówię, że też chcę. Nie wiem w jaki sposób Kasia doprowadza mnie na fotel, stojący na tarasie, przykrywa kocem i mówi, żebym chwilkę odpoczął i że mnie za godzinkę obudzi, a potem poczekamy na wschód słońca. Mówię, że super, tylko, żeby mnie obudziła, bo nie chcę spędzić nocy na dworze.

Budzę się. Czuję, że ktoś wlał mi do pęcherza pięciolitrowy baniak wody. Jest zimno. Jest bardzo zimno. Piździ jak w Suwałkach. Otwieram oczy, jest widno. Rozglądam się, jestem wciąż na tarasie. Weź tu zaufaj kobiecie. Pędzę do ubikacji, a potem drżąc z zimna wskakuje do łóżka, w którym śpi Ruflord. Mieliśmy spać razem, tylko, że on uszczęśliwiony, że padłem na zewnątrz delektował się łóżkiem w samotności. Co więcej, wyglądał nawet w nocy przez okno, czy śpię jeszcze i czy nie wtargnę do jego słodkiego azylu. No i, aż do rana nie wtargnąłem.

Sobota rano. Trochę pijani wstajemy i dochodzimy do wniosku, że nie ma nic do jedzenia, więc jedziemy na zakupy do Szczytna. Raczymy się po kliniku, żeby przypadkiem nie wytrzeźwieć. W Szczytnie Ruflord udaje się na kebaba (wyjątkowo wielki), a potem idziemy na pizzę (wyjątkowo niedobra). Uraczeni kolejnym piwem, spostrzegamy zamek Szczytnieński Ten sam, do którego udał się Jurand ze Spychowa, by ratować swoją córkę, a podli Krzyżacy pokazali mu jakąś szkaradę, która się nadawała tylko do programu "Chcę być piękna".

W zamku tym jest muzeum. Za bilet, warty cztery złote można obejrzeć parę map, wypchane borsuki i lisy, kilka szaf, wiosło i jakieś wrzeciona. Zdecydowanie nie jest to najlepszy sposób spożytkowania tych pieniędzy. Już chyba lepiej udać się do muzeum kolejnictwa w Warszawie, choć to też nie jest mega ekscytująca atrakcja. A przepraszam. W Szczytnieńskim muzeum trafiamy na wystawę plakatu, nawet ciekawa, plakaty śmieszne. Na tyle, że przy jednym z nich wybucham śmiechem. A pani kustosz pyta się mnie co w tym takiego śmiesznego, więc jej tłumaczę. Nie bardzo rozumie. Rozmawiamy sobie trochę. Oglądamy księgę gości, ona mi pokazuje w niej rysunki swojego kilkuletniego synka, ja zostawiam pamiątkowy wpis z adresem bloga. Pani kustosz namawia mnie do zwiedzenia wieży, jedyne dwa złote i porażający widok. Nie korzystamy.

Bar. Jakieś piwo, jedno, drugie, tańczę Madonnę. Chwila przebłysku, że się zaraz upiję i trzecie oddaję Buthowi, sam zamawiam colę. Jedziemy do sklepu, cztery wina, to dobry zakup na wieczór. Jedziemy do drugiego sklepu, bo nie wszystko można dostać w tym pierwszym. Na tablicy ogłoszeń zostawiamy swój ślad.

blogowe ogłoszenie

Nader radośni wracamy nad jezioro. Dziewczyny są mniej radosne. Okazało się, że pojechaliśmy na zakupy, a nie było nas pół dnia. Ok, gramy we frisbee, w siatkówkę, robi się radośnie. Pada pomysł gry w monopol. Gdzieś tak po dwóch godzinkach gry, dziewczyny (które z nami nie grają i są mniej radosne), uznają, że nie da rady się z nami dziś pobawić i jadą do Szczytna. Po kolejnych paru godzinach wypełnionych targami, których by się nie powstydził sam Warren Buffett, gdy kończymy grać, zaczyna się finał.

Wstaje Rufjan. I nagle okazuje się, że jest pijany. Szacunki wskazują na jakieś dziesięć piw, ale są to dość mgliste szacunki. Ze mną i resztą uczestników nie jest lepiej. Rufjan bierze piwo i idzie na spacer. Ja biorę wino i idę z nim. A za nami idzie Ola pilnować, żeby nam się nic nie stało. Podążamy wczorajszą ścieżką. Kilka kilometrów nocą, okazuje się kilkuset metrami za dnia. Gdzieś tam Rufjan prawie spada ze skarpy, próbując się wysikać, gdzieś tam jestem ja, który idę z pustą butelką po winie na głowie. W pewnym momencie w lesie, mijamy Prima, który bezwiednie idzie gdzieś tam. Powstrzymujemy go i wspólnie wracamy do domku.

Tu już skwierczy ognisko, dziewczyny wróciły. Prim bełkocze, że idzie pływać. Reakcja w stylu: "Ocipiałeś?" nie robi na nim wrażenia, pędzi na pomost, dziewczyny próbują go powstrzymać, wskakuje do wody. Buth idzie w jego ślady. Cudem się nie topią, wracają do domku i chyba idą spać, bo ich pod koniec imprezy nie pamiętam.

Pada kolejne wino, jest ognisko na całego. Wiem, że robię Rufjanowi kiełbaskę, on mówi, że to najlepsza kiełbaska, jaką jadł w życiu. Wiem, że rozpijam młodszą siostrę Kingi, kończąc z nią czwartą butelkę. Przy ognisku robi się pusto, wino mi się kończy, Rufjan mówi, że w lodówce powinny jeszcze być jakieś piwa Ruflorda, ale każe mi iść, bo on był przed chwilą ludzi pobudził i było niesympatycznie. Zakradam się niczym ninja do lodówki i biorę dwa piwa. Tu mnie rusza sumienie, więc budzę Ruflorda i mówię, że ja od niego piwo pożyczę, na co słyszę, że to bardzo głupi pomysł, bo jak wypiję to się na niego zrzygam. Ślubuję, że na niego nie zwymiotuję i odchodzę z piwami w ręce.

Końcowa solówka wygląda mniej więcej tak, że przy dogasającym ognisku siedzą Kinga z Anią i obserwują nasz popis. Śpiewam (drę się) z Rufjanem, kto głośniej, robię fikołki na trawie, tańczę przy ognisku, a wszystko to wieńczę samoczyszczącym się, pełnym obscenicznych gestów tańcem, w ognisku, przy wtórze własnych wrzasków i trzech różowych słoni. Kurtyna. Brawa. Gwizdy.

Budzę się w łóżku z Ruflordem, czuję się wyśmienicie. Mam nogi, ręce, wszystko pod kontrolą. Byłoby cudownie, ale teraz docierają do mnie szczegóły. Dowiaduję się, że upiłem się z Rufjanem niesamowicie, że zrobiłem wstyd, że zasnąłem praktycznie na kolanach młodszej siostry Kingi, że Kasia odprowadziła mnie za ucho do łóżka, niczym uczniaka, że przed padnięciem do łóżka wykonałem śliczny podwójny piruet i że po raz pierwszy Ruflord słyszał, żeby ktoś śpiewał przez sen: "Jestem pijany Olo, la la la la."

I tak, miałem moralniaka. Normalnego kaca nie było, pomógł przepyszny żurek, power aidy i soczysta pizza w Szczytnie. Nie bolała mnie głowa, nie wymiotowałem, nie suszyło, ale było mi głupio. Głównie dlatego, że gdy tylko rano Kinga mnie zobaczyła, to wybuchnęła śmiechem, a mina Ani wyrażała dość wysoką dezaprobatę. Nie mówiąc o innych komentarzach. U Rufjana było niewiele lepiej. Wśród dziewczyn zaczęły krążyć pogłoski, że biegał po domku, jak go Pan Bóg stworzył. Coś w tym musiało być...

Pod prysznicem doszedłem do wniosku, że jestem alkoholikiem i że już zawsze nim będę. Postanowiłem nie pić. Wytrzymałem prawie cały sierpień - miesiąc trzeźwości. Ponad trzy tygodnie...

Na koniec dialog najlepiej podsumowujący wyjazd na mazury. Sprzątałem, a raczej próbowałem coś sprzątać, gdy ktoś, bodajże Ola powiedziała:

- Olo. I tak nie odkupisz swoich win.

- Jakich win? - Zapytałem.

- Czterech.

piątek, 14 września 2007

Wyprosiliśmy przesunięcie terminu na wczoraj, a wczoraj przesuneliśmy na dziś. 

Cyc: wymysl jakis przekonujacy powod, czemu dopiero teraz to oddajemy

tJeden: to znaczy czemu po wakacjach, czy czemu w piatek?

Cyc: no czemu po wakacjach dopiero

tJeden: za granica bylismy, albo ja na przyklad bylem

Cyc: caly semestr? ;]

tJeden: nie, wakacje

Cyc: ok

tJeden: a w semestr to praca panie praca

Cyc: no wlasnie

tJeden: a w wakacje irlandia, praca panie praca

Cyc: ja tu sie zareczylem, na slub sie szykuje

tJeden: no ;]

Cyc: ty masz ojca na morzu
jakos pojdzie ;]

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14