Dark side of the moon The Wall Wish You Were Here Achtung Baby HTDAAB Led Zeppelin Led Zeppelin Led Zeppelin Led Zeppelin Use Your Illusion I Use Your Illusion II Coma Dżem Nowoczesne przeglądarki
wtorek, 11 września 2007
Mineła trzecia w nocy. Tjeden wyjął z opiekacza trzy hot dogi. Polał ciepłe bułki keczupem i postawił je na stole obok dwóch butelek coli, kilku zapisanych kartek i pustej puszce po red bullu.

Cyc spojrzał na hot dogi, podrapał się po głowie i wrócił do pisania. Na przedmiot zapisali się w lutym, na wykłady przestali chodzić w okolicach kwietnia. Ostateczny termin oddania projektu upłynie jutro. Może by zdążyli, gdyby nie to, że temat wybrali cztery dni temu, a zaczeli pisać kilka godzin temu. Ale, kto powiedział, że nie da się napisać systemu plików w jedną noc? Praktycznie w pojedynkę, bo rola tJednego ograniczyła się do podlewania Cyca colą i pytania się jak idzie.

Cichy szum wentylatorów zakłócił lekko niewyraźny głos Cyca: "Kurwa, nie dziwota, że nie działało." Tjeden spojrzał z nad klawiatury na niego i wrócił do pisania notki. Wolał nie myśleć o zaliczeniu, o swojej jutrzejszej prezentacji w pracy, która nie była w pełni gotowa, o tym egzaminie pojutrze, a tym bardziej o tym dwa dni później. Taak, wrzesień w pełni.

W sumie był tak głęboko w dupie, że już widział migdałki.

środa, 05 września 2007

To nie moje, to współokatora, publikowane za jego przyzwoleniem.

Wtorek
Witam. Jestem w pracy i postanowiłem pisać pamiętnik, żeby zawsze wiedzieć czym się zajmowałem, jakby mnie ktoś zapytał.
Dziś zacząłem pracę o 9:37, ale wpisałem 9:45, by być fair w stosunku do firmy. Nawet nie zrobiłem sobie wtedy herbaty. Uruchomiłem komputer, ściągnąłem zmiany od wczoraj i uruchomiłem kompilację. Pozwoliłem sobie na przerwę na herbatę
10:41 nadszedł czas na zebranie. Powiedziałem zgodnie z prawdą, że wczoraj nic nie działało i że dzisiaj będę się starał by nie działało.
12:30 okazało się, że to nie moja wina, że nie działa. Siła wyższa.Dostałem inne zadanie.
13 było śniadanie (śniadanie jest wliczone w czas pracy). Regulaminowe 15 minut + 8 minut które zaoszczędziłem rano. Pizza.
13:18 już pracowałem.
14:10 baza danych już nie działała, a ja już nie pracowałem. Jestem zrozpaczony - od 72 minut nie mam zadania do wykonania, bo nie mogę wykonywać tego co do tej pory z przyczyn wyższych.
15:35 Baza działa, ale teraz ja musze iść do toalety.
15:37 Biegłem do niej - niech wszyscy wiedzą jaki jestem zalatany.
16:43 Postanowiłem zostać dziś 15 minut dłużej w pracy za darmo - gratis. Leży mi na sercu los firmy.

Środa
9:30 Jestem w pracy od 3 minut, ale dopiero teraz wpisuję, że przyszedłem. Uczciwość przede wszystkim
10:50 Zaczynam pracę.
10:53 Muszę do toalety.
10:55 Pozwalam sobie na wyjście do toalety.
11:00 Mówię na spotkaniu działu, że wczoraj nie zrobiłem nic i że będę kontynuował dziś.
12:00 Dziś jest dobry dzień na pracę. Posiedzę 9 godzin.
16:02 Korzystajac z pobytu w toalecie wymyśliłem, że przydałby się taki papier toaletowy schowany za szybką w kiblu. Obok byłby młotek a na dole napis - brejk in kejs of emerdżensy.
18:00 Kumpel właśnie chlusnął sobie wóda w oczy, aby pokazać wszystkim jak bardzo jest chory - idzie dziś na impreze i nie chce iść jutro do pracy.
18:10 Czytając ostatnie zdanie doszedłem do wniosku, że jest ono napisane wyjątkowo niejasno. Otóż chodziło o to, by jego oczy wyglądały na przekrwione i zmeczone.

poniedziałek, 03 września 2007

To było jakieś trzy lata temu. Przyjechałem do Warszawy, szukać ze Spaikiem mieszkania. I wtedy na skrzyżowaniu, przy dworcu centralnym zobaczyliśmy ją. Dziewczynę z obrazka.

Wyginała się w pięknej bieliźnie na tle śpiącego miasta. Nie chodziło tu o pełne piersi, idealną talię, czy cieniutkie paseczki, które podtrzymywały pończoszki, na napiętych udach. Owszem, absolutnie niczego jej nie brakowało. Miała twarz, dla której warto spalić Troję, oprawioną lśniącymi włosami, a na niej kuszące oczy. Diabeł tkwił jednak, we wrażeniu jakie sprawiała. Ona po prostu uśmiechała się, uwodząc i kusząc. Została uwieczniona w czasie flirtu z obiektywem. W najbardziej ponętnym momencie. Zdawało, się że tańczy na płaskim billboardzie.

Atakowała z co drugiego billboardu. Wyskakiwała w czymś na kształt kusej spódniczki, zza każdego rogu, by zamienić cię w niewolnika i przykuć twój wzrok. Nie było przed nią ratunku. Czasem stawaliśmy ze Spaikiem i po prostu patrzyliśmy na to cudo.

Wróciłem do domu zakochany, z zapisaną w komórce marką bielizny: "Intimissimi". I znalazłem ją. Josie Maran, cud natury. Trafiłem na jej bogatą galerię, a ktoś nawet napisał o tej reklamie opowiadanie (drugie na tej stronie).

 

Josie Maran

Co kilka miesięcy pojawiały się nowe dziewczyny Intimissimi. Ładne, śliczne, nawet piękne. Ale żadna nie wyglądała tak jak Josie. W tej dziewczynie było po prosty coś nie z tej ziemi. Była objawem ponadczasowego zmysłu piękna, dowodem na istnienie Boga.

W międzyczasie wystąpiła jako Mia w Need For Speedzie. Powstało kilka filmików, dla których warto było przejść całą grę. Zaczęła robić karierę, pojawiała się u Kominka. Zagrała epizod w Awiatorze, słodką kelnereczkę i wampira w Van Helisngu.

Przed zeszłymi świętami miasto zrobiło się różowe od plakatów Intimissimi. Z księżniczką w roli głównej. Bardzo ładna i kusząca, ale podobnie jak dziewczyna z obecnego obrazka, nie umywają się do Josie.

 

ten billboard mam w domu

Maciek dostał ten billboard od swojej dziewczyny. A nawet dwa. Pełnej wielkości, długie na dwa metry, leżały u mnie w rogu pokoju. Nigdy nie było czasu, by je powiesić. Po którychś Olonaliach, pokazałem go moim kolegom, a oni otworzyli usta ze zdumienia. Wtedy Torianne, która od jakiejś godziny dzielnie zmywała, to co zostało z Olonaliów, powiedziała, że to ździra.

- Ale faaaajna ździra. - Odpowiedziałem zgodnie z prawdą.

- Tak? To niech ta ździra, pozmywa.

- Nie. Ty pozmywasz. - Czym wywołałem godzinną salwę śmiechu u moich kolegów. I trochę dłuższy foch u Torianne.

 

A oto i jedyne zdjęcie tego pamiętnego plakatu, które znalazłem. Brak kolorów i kadr, nie oddaje w pełni istoty zauroczenia, ale namiastkę owszem.

 

Josie Maran Intimissimi billboard

 

 

Josie Maran jest po prostu ideałem.

 

piątek, 31 sierpnia 2007
Tjeden, wiodący lider w dziedzinie dobrej zabawy, poszukuje osoby na stanowisko:

Współlokator

Miejsce zamieszkania: Warszawa, Imielin - 12 minut spacerkiem do metra. Wolne od października.

Oczekiwania:

  • Studentka/Student, ewenetualnie ktoś w podobnym wieku.
  • Osoba: wesoła, inteligentna, bezkonfliktowa, niepaląca, zachowująca czystość (w miarę :)).

Mile widziane:

  • Długonogie blondynki ;)
  • Podobne zainteresowania.
  • Rockowo, bluesowe fascynacje muzyczne (Znajomość dyskografii Pink floyd będzie dodatkowym atutem.)

Oferujemy:

  • Mieszkanie w młodym, dynamicznym i nacechowanym na sukces zespole.
  • Atrakcyjne warunki zamieszkania w ładnej i bezpiecznej okolicy. (Blisko do Real'a, basenu, kina, McDonald'a, Chińczyka, KFC i hospicjum.)
  • Umeblowany pokój (coś koło 15 metrów kwadratowych) w 40 metrowym mieszkaniu.
  • Na wyposażeniu pralka, lodówka, mikrofalówka, zepsuta zmywarka, piecyk i trochę innych wygód.
  • Kilkunastometrowy ogródek z tarasem i zadbanym trawnikiem.
  • Udział w Olonaliach.

Osoby zainteresowane prosimy o przesłanie CV, bądź listu motywacyjnego na adres:

tjeden (at) gmail.com

Z dołączoną klauzulą: 

Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych zawartych w mojej ofercie zamieszkania dla potrzeb niezbędnych do realizacji procesu rekrutacji (zgodnie z Ustawą z dn. 29.08.97 o Ochronie danych Osobowych Dz. U. nr 133 poz. 883 z póżn. zm. )

sobota, 25 sierpnia 2007
Jak się czci urodziny Ruflorda? Wyprawiajac mu Olonalia.

Wiem, że były wczoraj Olonalia. Wiem również, że spóźniłem się na nie jakieś pół godziny (długa kolejka w Realu) i większość ekipy czekała pod drzwiam. Pamiętam pysznego Nemiroffa, wyborną sałatkę i soczystą karkóweczkę. Był Dude, toast za Jana Sebastiana Bacha i Światowid*. Potem był sąsiad nas uciszyć, a potem się upiliśmy. Dość znacznie... Jak zawsze.

Nie było wyprawy do komory Xenu, choć możliwe że o czymś nie wiem. Gdzieś mi majaczą tańce i rozmowy egzystencjonalne o naturze kobiet z Butchem. I w sumie niewiele więcej.

Wiem jeszcze, że dziś wstałem o 6:30 i wciąż pijany potłukłem coś szklanego, a w pociągu przydały się butelka wody i mountain dew.

Opowie mi ktoś Olonalia?


* Światowid - cztery kolejki wódki, które są toastem w ekspresowym tempie, wznoszonym na cztery strony świata. Zwyczajowo rozpoczyna go stwierdzenie Rufjana: "No to Jan Sebastian Bach".

wtorek, 14 sierpnia 2007
Pewnych rzeczy po prostu nie wypada opuścić. Jest facet, który w wieku ponad 60 lat wszedł na palmę, by zobaczyć kameleona, a potem spadł i tak się połamał, że odwołano trasę koncertową. Jest inny o twarzy tak brzydkiej, że nikt nie zwraca uwagi na jego krzywe nogi. Podobno ma język, który jest dłuższy od mojego, a kilka lat temu przez jedną z gazet został obwołany najseksowniejszym mężczyzną roku. Co prawda spora częśc fanek, mogłaby być jego wnuczkami, lecz on nadal porusza się po scenie, mając w sobie tyle energii co mała elektrownia. Jeśli tacy faceci, nazywani legendą rock & rolla mają wystąpić cztery przystanki autobusowe od twojego domu, to naprawdę nie możesz tego przegapić. Twoja mama również.

Tatiana Okupnik jako support to raczej średni pomysł. Przejście od bramek, pod scenę wraz, ze zwiedzaniem stoisk z koszulkami, plakatami i gadżetami pełnymi wywalonych jęzorów, zajmuje akurat tyle czasu, by jej uniknąć. Za to drugi support sprawdza się doskonale. Steve Harley And Cockney Rebel zaskakuje pozytywnie, największe emocje budzi sam Steve i towarzyszący mu skrzypek. Kawałek porządnej muzyki, jestem w trakcie poszukiwań ich płyty.

Wiele osób było oburzonych, że koncert odbywa się w ostatnim dniu żałoby narodowej. Usłyszenie minuty ciszy w wykonaniu kilkudziesięciotysięcznego tłumu, rozwiałoby to oburzenie. Wyobraźcie sobie głośny, wesoły tłum, który całkowicie milknie, na prośbę o uczcenie pamięci ofiar wypadków drogowych. I naprawdę nic nie słychać, poza dobiegającymi z oddali odgłosami miasta.

Scena robi wrażenie wielkiego bloku, który ktoś przez przypadek zbudował na torze wyścigów konnych. 70 metrów wszerz, oraz 30 w głąb i w górę zobowiązuje. I zdecydowanie robi wrażenie. Zwłaszcza gdy dwadzieścia minut po zapowiadanym początku koncertu, eksploduje...

A bigger bang. Na olbrzymim, czarnym telebimie pojawia się malutka jasna kropka, która po chwili wypełnia go całego. A potem z pierwszymi dźwiękami „Start me up" wybucha scena, sekundkę później publiczność. Jeśli wielki wybuch widziałby, ten koncert, to musiałby odejśc do domu ze wstydem, że nie był największy. Gdy dym z fajerwerków opada widać Stonesów. I dają czadu.

Mick Jagger biega po scenie, nie zatrzymując się ani na chwilę. Wygląda na swój wiek, ale zachowuje się jakby niedawno skończył siedemnaście lat. Dorzućcie do tego energicznie-nerwowy sposób chodzenia oraz mocny, choć nieco zaczepny głos i nic więcej o nim pisać nie muszę.

Keith Richards.... to po prostu połączenie zombie z Jackiem Sparrowem. Facet wygląda, jakby miał się zaraz ze starości rozpaść na kawałki, ale na gitarze gra świetnie. Często pojawiał się z papierosem w ustach, a swoimi ruchami i spojrzeniem mówił „Co ja tu wogóle robię? Aha gram na gitarze, to luz." Budząc przy tym mój nieustanny zachwyt. Ze dwie piosenki zaśpiewał sam, bez Jaggera na scenie. I to był zdecydowanie jeden z lepszych momentów wieczoru. Prawdę mówiąc, jestem średnim fanem Stonesów i wielu osobom się właśnie narażam, ale jakby pozbyć się z zespołu Micka Jaggera, to myślę, że na mojej liście przebojów, uplasowaliby się w ścisłej czołówce. Obejrzyjcie sobie zresztą jego wykonanie Love Hurts razem ze śliczną Norah Jones. Jak tu nie kochać tego faceta?

Setlisty tym razem nie będzie, bo i tak mało kogo to interesuje. Warty zapamiętania był duet Jaggera i potężnej czarnoskórej chórzystki, prawie, że zakończony ich kopulacją na scenie. No i moment kiedy wyjechali...

W pewnym momencie środkowa część sceny ruszyła do przodu, a na niej muzycy. Stonesi przejeli wynalazek z drugą sceną od U2 i na trzy utwory przenieśli się w sam środek publiczności. Jakieś dwa metry od miejsca gdzie stałem. Dzięki temu miałem okazję zobaczyć ich z naprawdę bliska (perkusista nosi różowe skarpetki) oraz usłyszeć ich odsłuchy, które skutecznie sprawiły, że nie słyszałem zbyt dobrze tych utworów. Po prostu, dźwięk który słychać z głównych głośników i obraz na telebimie jest spóźniony o jakieś dwie sekundy, względem tego co się dzieje na scenie. Z daleka, jest to nie do zauważenia, ale gdy się stoii kilka metrów od Keitha Richardsa, jest to dość odczuwalne. Niestety, po trzech piosenkach Stonesi wrócili na główną scenę na dobre. Pomijając Micka Jaggera, który pod koniec koncertu przebiegł przez cały wybieg (wzbudzając olbrzmymi aplauz), co przy jego wieku i długości wybiegu było nie lada wyczynem.

Podsumowując. Na Służewcu był rock & roll, był blues, były stare hity, wielkie gwiazdy, tłumy fanów, olbrzymi, nadmuchiwany jęzor na pół sceny i fajerwerki na zakończenie. I tak, owszem. „I can't get no satisfaction" naprawdę zajebiście brzmi na żywo.

niedziela, 05 sierpnia 2007

Gdyby ktoś powiedział mi trzy miesiące temu, że z własnej nieprzymuszonej woli będę słuchać w domu Tori Amos, to bym go wyśmiał. Dziś już tak nie mogę powiedzieć. Co prawda Juriusz już prawie napisał wszystko co można było o tym koncercie napisać, ale ja dodam parę słów od siebie.

Tak się złożyło, że w dniu koncertu zostałem bez biletu, a dokładniej miał do mnie przyjść listem priorytetowym rano. Nie przyszedł. Mimo, że sprawdzałem skrzynkę co godzinę, nic tam nie znalazłem. (Zauważyliście przy okazji, że gdy czekacie na tramwaj, to zazwyczaj wypatrujecie go, tak jakby od tego zależało jak szybko przyjedzie?) Jestem zły.

Parę godzin przed koncertem, udajeo mi się przez telefon znaleźć miejsce, gdzie jeszcze bilety można dostać, tyle, że niedługo zamykają, więc muszę się pośpieszyć. Wychodzę z domu i zmierzam w kierunku poczty, może się gdzieś bilet zawieruszył. Żeby było szybciej przeskakuję przez murek i wtedy pękają mi spodnie. Tak jakbym tańczył Madonnę. Krótkie rozpoznanie. Spodnie poszły tylko przy rozporku, dziura jest na kilka centymetrów. Nie mam już czasu wracać do domu i się przebierać. Jak będę miał szczęście, to koszulka wszystko przykryje i nikt nie zauważy. Choć wejść do sali KingKong'resowej w podartych spodniach - wstyd trochę.

Na poczcie dowiaduję się od niemiłej pani, że jak list nie przyszedł i nie mam avizo, to nie ma co myśleć o tym, że tutaj jest tutaj, a dokładniej to nikt mi go szukać nie będzie, a ja sam nie mogę. Zatem pozostaje mi tylko kupno drugiego biletu. W ticketpro (gdzie już trafiam z Juriuszem) trafia się ślepej kurze ziarno. To znaczy miła pani mówi, że tak, że bilety są. Na przykład tutaj w drugim rzędzie, prawie na samym środku. Ja proszę, żeby powtórzyła, bo przecież bilety wyprzedano dawno temu i do tego w ciągu trzech dni, a teraz się okazuje, że nagle trochę miejsc się znalazło i to wcale nie byle jakich. Pani potwierdza, więc kupuję bilet na drugi rząd, który jest raptem o kilkanaście złotych droższy od tego który pocztą nie doszedł (a był w rzędzie 31). Z jednej strony cieszę się jak dziecko, a z drugiej trochę głupio, bo Juriusz ma bilet właśnie na 31 rząd i pewnie gdybym mu tydzień temu tego biletu nie sprzedał, mógłby mieć spokojnie też miejsce w drugim. Zresztą trochę to skomplikowane wszystko jest, ale już starczy o biletach.

Dwie godziny przed koncertem w okolicy Pałacu Kultury mijają błyskawicznie. Wchodzimy do Sali Kongresowej, jakieś pięć minut przed występem. Pełna kultura, szatnia, numerki, miejsca siedzące. Znajduję swoje miejsce, siadam. Parafrazując Gaimana: Można powiedzieć, że jestem blisko i widoczność jest świetna, ale nie daje to pełnego obrazu sytuacji. Równie dobrze można by opisać planetę Jowisz jako większą od kaczki. Owszem, to prawda, lecz z pewnością nie cała prawda.

Obok mnie siada jakaś dziewczyna, okazuje się, że jest z Nowego Jorku, przyleciała specjalnie na koncerty (po Warszawie podąża za Tori do Pragi, Budapesztu i bodajże Wiednia), a bilet kupiła też dopiero dzisiaj. Opowiada mi mniej więcej co i jak będzie na koncercie, że po sześciu piosenkach Tori zejdzie się przebrać, a na koniec trzeba biec pod scenę, bo tak się wszystkie koncerty kończą. Ogólnie bardzo sympatyczna. Kończymy rozmawiac gdy gasną światła....

... i na scenę wchodzi Tori, w stroju Angel. Wygląda obłędnie.

Wolne wnioski odnośnie piosenek:

  • Body and Soul - perkusja, soczysty riff, cała sala klaszcze. Tori praktycznie, nie siada na stołku, tylko unosi się kilkanaście centrymetrów nad nim. I tak przez cały koncert. Nie widziałem nigdy nikogo, tak grającego na fortepanie (ale w sumie ja rzadko widzę, kogoś grającego na pianienie, więc porównania nie mam)
  • My Posse Can Do - dociera do mnie gdzie jestem. Tori gra prawie na wyciągniecie ręki. Jej ręce ślizgają się po klawiszach, a głos brzmi lepiej na żywo, niż z płyty...
  • God - zawsze lubiłem tą piosenkę, teraz już wogóle. Uhuhu ślicznie wyśpiewane.
  • Dragon - jak dla mnie trochę za nudna piosenka. Czasem odnoszę wrażenie, że Tori nagrała kiedyś jedną piosenkę, a teraz ją cały czas miksuje.
  • Secret Spell - mnóstwo energii i radości, aż szkoda, żę się siedzi.
  • You Can Bring Your Dog - jeden z moich faworytów na tym koncercie. Zaczyna się seks z foretpianem, a artystka zaczyna uwodzić głosem...
  • ...by po skończeniu zniknąć. Scena pustoszeje. Słychać tylko energetyczny miks Professional Widow. Nieco szkoda, że nie na żywo, ale za to jest klimatycznie. Napięcie rośnie i...
  • ... Big Wheel, czyli piosenka, którą w czasie tworzenia poddano potrójnej destylacji i został sam seks. Tori niedawno przekroczyło czterdziestkę. Przy tej piosence nie ma to znaczenia. Gra, rusza się i tańczy, niesamowicie kusząco. Odliczanka od ośmiu i "Don't you forget MILF". Czysty erotyzm.
  • Crucify i Caught A Lite Sneeze - napięcie nieco odpada, ale co kto lubi.
  • Cornflake Girl - mistrzostwo fortepianu. Nic dodać nic ująć.
  • Bells For Her - dla mnie jeden z remiksów poprzednich piosenek. Zdecydowanie, nie jest to jej najlepsza piosenka.
  • Glory Of The 80s - znów, tak jak Olo lubi. Wesoło i radośnie i znów krzesełko robi się nieco zbyt ciasne, jak na koncert.
  • Winter - piękna piosenka. Jeden z największym hitów. Zagrane świenie. Zaśpiewane fatalnie. Tori widocznie chciała, żeby zabrzmiało niekonwencjonalnie, zwolniła więc tempo, co całkowicie zarzżnęło tę piosenkę. :(
  • Baker baker - to było na wishlisćie i się nie zawiodłem.
  • Putting The Damage On - po pierwszych dźwiękach, mam prawie orgazm. Ribbons undone, myślę sobie, piosenka, która najbardziej chciałbym usłyszeć. Okazuje się jednak, że to tylko Putting The Damage On. Też śliczne, ale...
  • Black Dove - nawet nie myślałem, że kiedyś to usłyszę, na żywo. Tori stojąca między fortepianem, na którym gra jedną ręką, a pianinem, na którym gra drugą robi wrażenie. To, że śpiewa na przemian, na dwa mikrofony, również.
  • Code Red - na któym schodzi
  • Precious Things - bis. Widzę, że pod sceną pojawiają się pierwsze osoby. Biegnę więc i ja. Staję praktycznie na wprost, w pierwszym rzędzie. Zostaję tylko ja i Tori.
  • Bouncing Off Clouds - dobrze, że stoję, bo teraz bym już nie usiedział. Motyw na refrenie brzmi genialnie. Wspólne klaskanie, tak powinien wyglądać cały koncert. Czyli wywalić krzesełka z kongresowej!
  • Pancake - drugi bis. Cz już ten koncert ma się skończyc? Przecież dopiero się zaczeło
  • Hey Jupiter - wymarzona końcówka. Spokojna, ślicznie zaśpiewana. 100% Tori w Tori. Schodzi. Skandujemy, ale to już chyba koniec. Zapalają się światła, setlista ląduje jakieś pół metra obok mnie. Ale wpada w czyjeś ręcę. Opuszczam salę ze smutkiem, że to już koniec, odnajduję Juriusza i wracamy do domu, by do jeszcze do trzeciej w nocy słuchać Tori.

Wolne wnioski odnośnie Tori:

  • Jest piękna, jest genialna, jest seksowna. I ma Głos.
  • Trochę nie te włosy. Wolę, gdy ma na głowie burzę rudych loków, ale to już chyba nie te czasy.
  • Kolejne wymaganie, odnośnie przyszłej dziewczyny: Musi lubić Tori Amos. Tori nie ma brzydkich fanek. Przynajmniej takich w Sali Kongresowej nie zauważyłem.
A teraz czekam na PJ Harvey.
piątek, 03 sierpnia 2007
Jest intensywnie. Na krawędzi, a czasem poza. Trzy notki się piszą (nie same), w tym jedna ciekawa. Tymczasem, jeśli ktoś jest ciekawy, jak tJeden pracuje, to zachęcam do przeczytania tej przezabawnej relacji. Co prawda, dotyczy konkurencji, ale kultura i filozofia pracy jest na dalekim wschodzie wszędzie taka sama. Jednym słowem uczę się jeść pałeczkami i jest czasem śmieszno, czasem straszno. A ogólnie w pracy, czuję się jak dziwka, czyli cały czas się z czymś pierdolę.

A ostatnio swój ekshibicjonizm wyrażam poprzez last.fm.

wtorek, 24 lipca 2007

Dnia 07.07.07 widziano trzech osobników płci męskiej, spożywających nielegalnie w tramwaju alkohol. Podejrzani dla niepoznaki przelewali substancję wyskokową, do butelki napoju Cherry Coke. Ze sprawdzonych źródeł wiadomo, że po opuszczeniu tramwaju mężczyźni, udali się do mieszkania jednego z nich, by dalej spożywać alkohol w połączeniu ze smalcem i ogórkami. Podjerzewa się, że chcieli on uczcić trzy siódemki w dacie, trzema 0,7 napoju wyskokowego, jednak z braku odpowiedniego asortymentu w sklepie monopolowym, zadowolili się dwoma 0,5.

Jeśli ktokolwiek widział, lub wie, gdzie mogą się znajdować podejrzani, proszony jest o kontakt z oficer dużurującym całą dobę pod specjalnym numerem telefonu:

0-22 *** *** ***

 

Nadinspektor Mariusz Prońko

Centralne Biurko Śledcze  

vódka tramwajowa 
 
vódka tramwajowa 
 
vódka tramwajowa 
 
vódka tramwajowa 
wtorek, 10 lipca 2007
Najlepsze filmowe hity mają swoje sequele. I sequele, sequeli, a często sequele, sequeli sequeli. Główni bohaterowie pozostają bez zmian, czasem pojawiają się nowi, czasem kogoś zabraknie. Fabuła zawsze jest podobna i wiadomo, czego się spodziewać. Mimo to, chętnie oglądamy kolejne Shreki i Szklane Pułapki, bo po prostu lubimy te filmy, mimo, że kolejne części, mogą się wydawać na pozór identyczne. Z jednej strony jest znajomo i już jakbyśmy to gdzieś oglądali, a z drugiej, zawsze coś nas zaskoczy. Podobnie jest z Olonaliami.

Cyc przychodzi dwie godziny przed czasem, Primosz pół godziny po. Czekanie umilamy sobie oglądaniem spotów "I am Canadian". Poniżej genialna reklama z łosiem. 

Jeśli ktoś jest ciekawy czemu wydarzenia tego wieczoru potoczyły się tak, a nie inaczej, niech obejrzy tę reklamę i koniecznie hymn. A jak się spodobało, to są to reklamówki piwa Molson i jest tego więcej.

Po jakiejś godzinie, nie czekamy już na spóźnialskich i otwieramy pierwszą książkę. Ciekawa, więc popijamy ją sokiem. Przychodzą dziewczyny. (Zawsze to lepiej brzmi, niż przychodzą dwie dziewczyny.) Kasia z Kingą jednak nie reflektują na wspólne czytanie, ale i tak jest sympatycznie. Z ponad dwugodzinnym poślizgiem pojawia się reszta ekipy. Rufjan, Ola i Ruflord mieli zorganizować catering. Przywiezienie kilku karczków, paru warzyw i grilla bez rusztu ciężko nazwać pełnym sukcesem. Problem grilla rozwiązuję wykorzystując ruszt z mikrofalówki (co z niego zostało to osobna kwestia). Do sałatki, którą ma zamiar przygotować Ola potrzebujemy kukurydzy. Owszem, mamy trzy puszki, ale ponieważ ja jem tylko świeże produkty, nie mam na stanie otwieracza. Ostry nóż, trochę uporu i wytrwałości załatwiają sprawę, choć reszta osób patrzy się na mnie, tak jakbym co najmniej próbował w piwnicy pełnej benzyny, przerabiać niewypały na petardy noworoczne.

Grill się smaży, my czytamy książki (których jest dość sporo, bo ledwo się w biblioteczce mieszczą), sałatka okazuje się bardzo dobra, mięsko później też. Denerwuję się na Rufjana, który spóźnił się niemiłosiernie, wziął grill, ale zapomniał rzeczy podstawowej, a teraz siedzi i tylko marudzi. Pół szklanki pełnej liter uspokaja moje nerwy i o wszystkim zapominam. Wkracza Piotrek, lodołamacz niewieścich serc. Ponieważ, my jesteśmy już po dużej dawce literatury, dostaje karniaka. Szklanka najlepszej poezji z trudem, ale przechodzi przez jego gardło. Chyba robimy Piotrkowi krzywdę, ale to się okaże dopiero później.

Potem jest tak sequelowato, jak w szóstej części Akademii Policyjnej. Jest madonna (nie wiem, co się moim znajomym podoba w tym, jak robię z siebie głupka), jest dużo czytania, przychodzi sąsiad, żeby trochę ciszej (zawsze przychodzi, chyba go w końcu zaproszę), czytamy dalej. W pewnym momencie kładę się na chwilę odpocząć, a już mi ktoś przynosi kołderkę, poduszeczkę... odpływam.

Budzę się po jakichś dwóch, trzech godzinach, zdziwiony, że spałem. Jak dowiedziałem się później od Kasi w międzyczasie wydarzyło się dużo. Impreza przeniosła się z ogródka pod dach, była wyprawa do komory Xenu (winda), szaleńcza eskapada po węgiel, a nawet disco, przy muzyce z YouTube. Rufjan jeździł po pokoju na małej żółtej kosiarce (wszędzie została trawa), a Ruflord udawał, że umie grać na gitarze (nikt mu nie uwierzył). Podobno chciano mnie przenieść do sypialni, ale Cyc ostrzegł obecnych, że lepiej się do mnie zbliżać, bo w takim stanie wstępuje we mnie bestia: gryzę, kopię i molestuję. 

Ponieważ moja relacja jest z drugiej ręki, tu zamieszczę wspomnienia Ruflorda:

It was a hard day's night, znowu...
Zaczęło się klasycznie, spóźniliśmy się do Tjednego dwie godziny. Zaczęli wódkę bez nas...no cóż. Tak bywa jak się człowiek spóźni. Wkroczyliśmy dumnie z grillem, odpaliliśmy, poleciała wódka.
Po jakimś czasie Tjeden wyraźnie osłabł biedny. Coś tracił moc. Niczym powietrze z przedziurawionej napompowanej prezerwatywy - siła z Tjednego uszła. Opadł bez czucia na wyrko.
Procedury awaryjne nakazują ustalić stan osłabniętego, zadać pytania czy będzie rzygał, czy podstawić michę, czy przenieść do wyrka.
Na wszystkie pytania Tjeden udzielił odpowiedzi przeczącej. Poszedłem lufkę skonsumować i wzmocniony tym wspaniałym napojem uznałem, że chyba należy człowieka przykryć kołderką.
Tak zapadł nasz niedźwiedź w sen zajebisty.
Po kilku wódkach (kilku BUTELKACH, żeby nie było nieporozumień) znalazłem z Rufim kosiarkę i gitarę.
Co można zrobić jak kolega nietrzeźwy śpi, obok w pokoju stoi kosiarka i gitara? No wiadomo...
Rufi wjechał do pokoju z kosiarką, ja wkroczyłem z gitarą. Tekst miałem wymyślony w przerwie między zakładaniem gitary a wykonaniem pierwszego kroku...
Tak odśpiewaliśmy odę ku czci nietrzeźwych gospodarzy którzy słodko śpią, podczas gdy swawolni goście jeżdżą kosiarkami po ich mieszkaniach. 

I tak jak się budzę, to po chwili wszyscy opuszczają imprezę. Oto co się stało w drodze powrotnej w Oli samochodzie marki Dogde Nexia. Ola prowadziła, a Rufjanowie z Piotrkiem, przy użyciu zabranego ode mnie szkła raczyli się wziętą ze sobą książką. Do czasu, gdy Piotrek powiedział, że mu niedobrze, po czym był głośny pisk, hamowanie i Ola kazała Piotrkowi opuścić pojazd, co też posłusznie uczynił. Na szczęście, bo mycie tapicerki, do najprzyjemniejszych czynności nie należy.  Koniec opowieści.

Zostaję sam z Cycem. Co może robić dwóch facetów w środku nocy? Oczywiście grać i śpiewać "Przepijemy naszej babci domek mały" i inne hity z przeglądu piosenki biesiadnej w Połęcku koło Krosna Odrzańskiego. Wódka się kończy i praktycznie mamy już iść spać, gdy któryś z nas wpada na pomysł, że to nie koniec, a dopiero początek i wybieramy się do jakiegoś klubu. Zważywszy na nas stan, pomysł dość karkołomny. Jak to skomentował później Rufjan: "Jak to poszliście? Przecież ty ledwo stałeś na nogach!" Zostawiamy wiadomość Ruflordowi, że ruszamy na miasto i wychodzimy.

W metrze zaczyna rozmawiać z nami, jakiś człowiek, który twierdzi, że rok spędził w Australii, a dziś się wybiera na jakąś imprezę. To tak samo jak my, więc oferuje się, że zaprowadzi nas do Jadłodajni Filozoficznej i tam jest świetnie i na pewno będziemy się dobrze bawić. Po wyjściu z metra częstuje nas piwem. Bawimy się zatem świetnie: my śpiewamy Kandyjski hymn Molsona, on nas prowadzi w jakieś przeklęte rewiry i w pewnym momencie traci orientację. Jacyś ludzie wskazują nam drogę, która podążamy. Towarzysz się odłącza, uważa, że do Jadłodajni jest w drugą stronę. To jednak my trafiamy na miejsce, a w międzyczasie inspirowani obejrzanymi reklamami i South Parkiem ("It's aboot time..."), uznajemy, że Cyc będzie udawał mojego kolegę z Kanady. Aby być w pełni wiarygodny, Cyc wymyśla historię swojego życia, że się wychował w Kanadzie, a teraz przyjechał na studia. Zmienia ustawienia w komórce na angielskie i odtąd rozmawiamy już tylko w języku Szekspira. Co jest średnim pomysłem, bo o ile normalnie Cyc mówi tak, że go ciężko zrozumieć, to po pijaku i angielsku, jest to prawie niemożliwe.

Jadłodajnia całkiem sympatyczna, do tego klimat dość kosmopolityczny. Okazuje się, że pomysł z udawaniem Kanadyjczyka, był słaby, bo tu spotyka się prawdziwych Hindusów i wiele innego narodu. Cyc jednak się trzyma scenariusza, zamawia piwo ("It's from Dojlidy!") i bawimy się wybornie. Po piwie tańce, potem kolejne piwo, kolejne tańce. Próbuję zagadać do jakiejś dziewczyny, ale potok słów wylewający się z moich ust, nie ma chyba najmniejszego sensu i jednym słowem niezbyt dobrze mi to wychodzi. Jakaś dziewczyna pyta Cyca, z jakiej jest prowincji i czy mówi po francusku. Tu już nasz misterny plan zawodzi i nie wiemy co odpowiedzieć.

Wychodzimy na zewnątrz, gdzie jest już jasno i na ławce przed klubem wtłaczamy w siebie ostatnie piwa. Następnie bierzemy się pod ramiona i zataczając się obficie, opuszczamy upadającą imprezę, wykrzykując, że Cyc jest z Kanady. Cała sytuacja budzi śmiech u osób postronnych. Ale najważniejsze, że my się dobrze bawimy.

Po kilku krokach i krótkiej dedukcji, dochodzimy do wniosku, że musimy być gdzieś na Powiślu, ale gdzie to nie mamy zielonego pojęcia. Znajdujemy zatem skrzyżowanie, z wypisanymi nazwami ulic, Cyc zamawia taksówkę na to skrzyżowanie i udajemy się do jego mieszkania. Drugi raz byśmy tam nie trafili i do dziś nie jesteśmy pewni, gdzie wtedy zawędrowaliśmy.

Budzę się koło 14 w Cycowej kuchni. W telewizorze słychać głosy z Cartoon Network, a ja się czuję nawet nie najgorzej. Co prawda gorzej, niż po imprezie dzień przed Olonaliami, ale bez takiego kaca, jak dwa dni wcześniej, gdy podali nam zatrute piwo w City. Odbieram kilka sms'ów wyrażających obawę, czy oby jeszcze żyję i gdzie po pijaku na miasto się wybrałem. Po jakimś czasie Cyc dochodzi do siebie. Jak najlepiej nabrać sił po całonocnej imprezie? Jedząc a really tasty burgera w Burger King'u. Wybieramy się więc do centrum, na obiad, rozstajemy się potem pod metrem. Około siedemnastej osiągam dom. I gdy jestem, tuż przed drzwiami przypominam sobie, że trzeba posprzątać po grillu, a ja nie mam ani kropli płynu do mycia nauczyć. O zapachu, który mnie uderza, po otwarciu drzwi chyba nie muszę mówić...

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14