Dark side of the moon The Wall Wish You Were Here Achtung Baby HTDAAB Led Zeppelin Led Zeppelin Led Zeppelin Led Zeppelin Use Your Illusion I Use Your Illusion II Coma Dżem Nowoczesne przeglądarki
piątek, 06 lipca 2007

6.45 wstaję

7.30 wychodzę do pracy

16:45 wracam z pracy

17:00 jem obiad

18:30 wychodzę z domu

2:00 wracam do domu

2:01 śpię

6.45 wstaję

 

Z drobnymi modyfikacjami tak mi mija ten tydzień. Dorzucając do tego fakt, że przez ostatnie miesiące funkcjonowałem tak jakbym mieszkał w tej samej strefie czasowej co Nowy Jork, (spanie o 3, pobudka o 11) nie jest łatwo się przestawić. Zwłaszcza, że do południa jest dla mnie głęboka noc, więc przez pierwsze kilka godzin oczy same mi się zamykają i rozpaczliwie próbuję nie zasnąć (czasem nawet mi się udaje). Sprawę pogarsza fakt, że głównym moim zadaniem obecnie jest czytanie dokumentacji (fascynująca niczym sprawozdanie z zeszłorocznej debaty o wpływie kapusty na system trawienny pingwinów), co powoduje, że średnio co kwadrans oczy odmawiają posłuszeństwa. Chyba trzeba będzie zastosować patent z Mechanicznej Pomarańczy. Albo zacząć pić kawę.

środa, 27 czerwca 2007
To nie jest taka prawdziwa recenzja. Raczej można by to nazwać zapisem pewnych dość przyjemnych, dwudziestu czterech godzin z mojego życia.

Środa rano. Jest parę minut po dziewiątej, wychodzę z domu. Mimo wczesnej godziny, czuję jak docierają do mnie niemiłosierne promienie słońca. Sytuację pogarsza to, że ubrany jestem w dżinsy, glany i czarną koszulkę Pearl Jamu. Czerwona chustka, zwisa z mojego paska, jak za czasów liceum. Już teraz jest gorąco, a co będzie za kilka godzin na Stadionie Śląskim?

Dworzec jest pełen ludzi, którzy wyglądają podobnie do mnie. Młoda, ładna dziewczyna widząc moją koszulkę uśmiecha się do mnie. Odwzajemniam jej uśmiech. Czysty pociąg do Katowic, w którym połowa pasażerów, jedzie w tym samym celu co ja, mknie, poczas gdy ja po raz kolejny czytam opowiadania Gaimana.

Wiele złego, słyszałem o dworcu w Katowicach. Że śmierdzi, że jest brudny i że to największe dzieło szatana na śląsku. Prawda jest taka, że to dworzec jakich wiele w Polsce. Przyznaję, że trochę ponieżej ogólnego poziomu dworców, ale tylko trochę.

Spotykam Slasha i Monikę, od których dowiaduję się, że mają tu bardzo tanie Pratchetty. Bardzo tanie w tym przypadku znaczy pięć złotych mniej niż w sklepie, ale z myślą o jutrzejszym powrocie, zaoopatruję się w najnowszą "Prawdę". (Prawdę mówiąc, dość słaba). Idziemy do McDonalda.

I tu pierwszy zawód. Nie tylko fani Pearl Jeamu przyjechali na koncert. Impreza niestety została połączona z występem Linkin Parku, co objawia się pokaźną ilością dużo młodszych osób. Mały shake i frytki, u siedemnastoletniego chłopaka, który swoim dwudziestocentymetrowym irokezem, paroma kolczykami w okolicach brwi i wojowniczym spojrzeniem, które manifestuje światu: "Patrzcie jaki jestem groźny, odgryzam kotom głowy na śniadanie.", powoduje co najmniej komiczny efekt. Ok, umówmy się od razu, że postaram się nie naśmiewać z fanów LP... zbytnio.

Po McDonaldzie czas na obiad. Lądujemy w sympatycznej pizzeri, z paroma piwkami. Gdy przynoszą pizzę, staje się ona mniej sympatyczna. Pizza okazuje się pulchną masą drożdzy, polaną keczupem, z czymś co na wierzchu wygląda na szynkę o smaku tuńczyka (miała być z tuńczykiem). Ogólnie, bardziej przypomina dowolną dworcową zapiekankę i zdecydowanie nie jest warte swojej ceny. Ale jest hmm... intrygująca?

Ponieważ wypadałoby się w końcu udać na koncert, wbijamy się do tramwaju i lądujemy pod Stadionem. Mieli już wpuszczać, jeszcze nie wpuszczają, idziemy więc na trawkę. Przypominam sobie, że za dwadzieścia minut jest kolokwium, nie waham się więc zadzwonić do znajomych, przypomnieć im, że się świetnie bawię i że złożę za nich ofiarę Dża. Ok, wpuszczają. Ustawiamy się więc w grupie ludzi i stoimy tak dobre pół godziny. Po czym orientujemy się, że wystarczy przejść dziesięć metrów na bok, gdzie nie ma kolejki, by wejść od ręki.

Kupujemy po piwie i rozkładamy się na trawce. Jest sympatycznie i młodzieżowo. Kończymy piwko, idziemy na płytę. Scena niezbyt duża, taka zwyczajna, zdecydowanie nie intrygująca. Dwa dość mizerne telebimy po bokach. Trzeba przyznać, że dwa lata temu U2 zrobiło na mnie większe wrażenie. Rozkładamy się na płycie. Pierwszy support kończy grać, nazywają się Guitarez, ale bez rewelacji.

Potem pojawia się Coma. Po części na ten koncert przyjechałem dla nich, zobaczyć jak sobie poradzą na dużym stadionie. Radzą sobie dobrze. Co prawda wszystko dość cicho, zwłaszcza wokal (zauważyliście na koncertach, że jeśli coś jest za cicho, to zawsze to wokal?). Grają same nowe piosenki: Pierwsze wyjście z mroku, Czas globalnej niepogody, Tonacje, System, Skaczemy, świetną Ostrość i Schizofrenię. Szkoda, że nie można usłyszeć starszych utworów, takich jak Piosenka Pisana Nocą, czy chociażby Anioły, ale teraz grają tylko to co wydali na płycie. A naprawdę szkoda, bo wiele świetnych piosenek chciałoby się usłyszeć jeszcze raz.

Po Comie razem z jakąś połową publiczności opuszczamy płytę, udając się w stronę cienia, na piwo. Występ Linkin Park'u nie budzi w nas żywszych reakcji niż ta w stylu: "Szkoda, że grają, bo trzeba jeszcze dłużej na Pearl Jam czekać." Jakieś dwie piosenki przed końcem ich występu wracamy na stadion, a tam wielki szok. Ludzie na trybunach szaleją, nie mówiąc o tych na płycie. Siadamy gdzieś z tyłu, przed nami stoją chłopaki z Comy, Rogudzki stoi przede mną. Dobrze, przynajmniej, nikt mnie nie widzi i z tego powodu, ludzie właśnie jego, a nie mnie proszą o autograf. Zaczynam czytać Pratchetta, ale gdzieś po stronie, dochodzę do wniosku, że co jak co, ale czytanie na koncercie nie świadczy najlepiej o szacunku dla wykonawców, więc przez przyzwoitość chowam go. Zresztą LP zaraz mówią jaki to Pearl Jam nie jest świetny, po czym schodzą.

Czekamy na główną gwiazdę utworu. Czekamy dłużej. Czekamy, a potem jeszcze trochę czekamy. Robi się ciemno i po jakimś pół godzinnnym spóźnieniu wychodzą. Najpierw Rearviewmirror, potem Animal. Eddie wygląda świetnie, rusza się świetnie, zgadnijsce jak śpiewa?. Chłopaki zdecydowanie dają radę. A nawet więcej. Czuć, że to jest rockowy koncert. Publika, może niezbyt żwawa, czasem trochę podskakuje, ale ogólnie bez szaleństwa. Ale najlepsze jest wrażenie kameralności. Nie czuje się, że to koncert na który przyszło 50 tysięcy ludzi, tylko czuje to, że grają wyłącznie dla ciebie.
Eddie czyta po polsku z kartki, ale radzi sobie gorzej niż Benedykt. Jak ktoś jest ciekawy, co powiedział, poniżej interesujący skan.

Przemowa Eddiego

A poniżej dla porównania wersja audio.

pj2007-06-13.04


Grają dalej, dalej świetnie. Najbardziej zapada mi w pamięc mocne World Wide Suicide i ballada Elderly Woman Behind The Count. Eddie śpiewa, publika śpiewa, ja staram się nie śpiewać, bo nie umiem, gitarki grają tak jak lubię najbardziej. Jestem w niebie. Ostre Even Flow i łapiący za serce Nothingman. No i Daugther. Bardzo długa solówka, przechodzi w bardziej niż znajomy riff. Eddie podejmuje "We don't need no, education." Zespół zbiera u mnie olbrzymiego plusa. Zawsze to miło na koncercie usłyszeć jakiś cover Floydów, choćby to był tylko jeden refren. Przeradza się to w mały protest song: "President Bush, leave  a kids alone, President Bush, leave this world alone." Jakby to powiedziała Ela Zapędowska, odnośnie Daugther, to jestem zdecydowanie na tak. Zespół schodzi ze sceny, ale po chwili wraca. Grają Whipping i zaczyna się Black. Jest bardziej niż cudownie. Cały utwór porywa, a końcówka z "tururutu turutu" i "we belong, we belong together" istnie łapie za serce. I ściska, aż to nie zaczyna krwawić. Wydaję się, że nie może być lepiej, ale słychać otwarcie Jeremy. Euforia i szaleństwo. Śpiewają i skaczą chyba już wszyscy. Ja nie wytrzymuję i drę się w niebogłosy, ale na szczęście się nie słyszę. Mam nadzieję, że nikomu nie psuję uczty. Zresztą mam to gdzieś, bo wszyscy i tak idą w moje ślady. Potem uspokojenie, Indifference. Bardzo nastrojowo, bardzo ślicznie, bardzo pięknie. Schodzą, zaczyna się skandowanie na bis. Które przygasa, gdy zapalają się światła.

Że co, że już? Przecież dopiero zaczeli. Grali nieco ponad półtorej godziny i tylko tyle? Rozchodzący się ludzie i sprzątanie sceny uświadamia nam, że to niestety prawda. Po koncercie dotarła do mnie setlista, na której miał być jeszcze Alive, Rockin' a może nawet Last Kiss. Wtedy do setlisty marzeń zabrakłoby mi chyba tylko Wishlista. Podobno koncert musiał się skończyć o dwudziestej trzeciej, a ponieważ było opóźnienie, przy wynoszeniu sprzętu Linkin Park'u, to wszystko zaczęło się dużo później i grało tak krótko. To co zagrali, zagrali lepiej niż bardzo dobrzę, więc też jestem ukontentowany, ale niedosyt pozostaje.

Idziemy na przystanek tramwajowy. Nie dziwi nas, że przystanek nie jest zatłoczny. Jest przepełnieniy, do tego stopnia, że częśc ludzi stoi na torach, a część na ulicy. Do pierwszego tramwaju nie udaje się nam dostać, za to do drugiego pchani falą, wręcz się wsuwamy. Choć w środku, już standardowy tłok, podobny do tego z godzin szczytu w Warszawie. Mija północ, więc z Moniką śpiewamy Slashowi sto lat i składamy życzenia. Myślę, że to całkiem przyzwoity początek urodzin.

Wysiadamy na rynku w Katowicach, kierujemy się do McDonalda. Późna kolacja, moje wykonanie na głos fragmentu World Wide Suicide powoduje uśmiech przy sąsiednich stolikach. Idziemy na dworzec pekaes'u. Parę minut przed drugą, Slash z Moniką może będą mieli autobus do Wrocławia. Może, bo rozkład w internecie nijak się ma do tego na słupie. Czekamy na ławce, mi udaje się nawet zasnąć. Trochę po drugiej dochodzimy do wniosku, że dziś jednak ten autobus nie kursuje, a nam robi się zimno, czas się udać na dworzec PKP. Po drodze mijamy bardzo sympatyczne dziewczyny, z którymi nawiązuję krótką wymianę zdań. Mają autobus o szóstej rano i wizję nocy na ławce. Zresztą tak samo jak ja. I bardzo im się podoba moja chustka.

O ile, za dnia dworzec w Katowicach może próbować sprawiać wrażenie przyjaznego, to w środku nocy już nawet nie próbuje. Na plus trzeba zaliczyć to, że jest jasno i ciepło. Na minus wszystko inne. Wrażenie trochę łagodzi, fakt że ludzie, którzy przyjechali na koncert, widocznie przegnali bezdomnych. Ale o miejsce na dworcu trudno, bo praktycznie pod wszystkimi ścianami i na schodach ktoś śpi, nie mówiąc już o ławkach. Zresztą nam nawet na myśl nie przychodzi zostać na dworcu, a jednym z ważniejszych powodów jest brak jednej konkretnej toalety. Zamiast tego jej funkcję pełni cały budynek, a odór moczu roznosi się w powietrzu lepiej, niż informacja o wyjściu na piwo, wśród studentów. Znajdujemy więc przyjemny bar, gdzie raczymy się colą, a ja zasypiam przy stoliku.

Przed czwartą budzi mnie Slash, ma już pociąg do Wrocławia, żegnamy się, zostaję sam. Robi się już widno, a ja z braku zajęcia idę szukać dziewczyn, z którymi mi się jakiś czas temu przyjemnie rozmawiało. Znajduję dwie dziewczyny, które siedzą na ławce, okazuje się, że to nie te, których szukałem, ale mimo wszystko pytam się, czy mogę się przysiąć, zgadzają się. Następuje powolna wymiana zdań w stylu, czy przyjechałem na Linkin Park, bo one tak i gdzie kto studiuje. Niezbyt intrygujące. Ponieważ wszyscy jesteśmy śpiący rozmowa przeradza się w niemrawą obserwację ludzi śpieszących do pracy. Żegnam się z nimi, a po chwili już zaczepia mnie żul, który pyta o godzinę. Odpowiadam, że piąta, na co on się dopytuje, czy rano, czy po południu, a na infomrację, że jest rano robi wielkie ehh. Kolejna inrtygująca rozmowa. Opuszczam go bez żalu i ostatnią godzinkę spędzam w jakimś ogródku piwnym, czytając Prathetta.

Pociąg przyjeżdza o czasie, od razu zasypiam, budzę się dopiero pod Warszawą. Za dwie godziny mam egzamin, ale uznaję, że jestem niesamowicie śpiący i zmęczony. Dodatkowo, po całej nocy w Katowicach wyglądam dość mizernie i czuję, że pachnę trawą, kurzem i koncertem. Kieruję się więc w stronę domu, który osiągam w okolicach dziesiątej. Prysznic. Spać.

Było warto.

poniedziałek, 25 czerwca 2007
Można robić rzeczy magiczne:
  • Pojechać do Wrocławia, i przez prawie całą siedmiogodzinną podróż czytać "Chłopaków Anansiego" Neila Gaimana.
  • O 21:30 spotkać się z przyjacielem na rynku we Wrocławiu, któremu nie chciało się po ciebie wyjść na dworzec, bo siedzi przy piwie.
  • Można na tym rynku skosztować cudownych warzonych piw w Spiżu, zakochać się w nich i rozumieć czemu przyjacielowi się nie chciało iść na dworzec.
  • Poznać dwudziestoczteroletniego chłopaka, który jest w trakcie sprawy rozwodowej, bo żona go biła kablem od żelazka. Zapomniałbym, jutro ma randkę z pietnastoletnią dziewczynką.
  • Odprowadzić nowo poznaną koleżankę na straszne zadupie i wylądować w okolicach pierwszej w DaGrasso, na tymże zadupiu.
  • W taksówce w drodze na nocleg, usłyszeć od kierowcy historię z czasu jego wojska, o tym jak w barze obraził jakiegoś człowieka, który następnego dnia rano okazał się jego przełożonym.
  • W sobotę przed południem udać się do Spiżu na rynku i korzystając z tego, że twój przyjaciel jest w pracy, delektować się wybornym jasnym piwem i zakończeniem najlepszej książki Gaimana.
  • Przypadkiem usłyszeć, jak czterdziestoletni facet, noszący zawiadiackie okulary przeciwsłoneczne i podrywający kobietę przy stoliku obok, mówi jej, wskazując na mnie, że też by chciał czytać Shakespeare'a po Irlandzku, czyli przy piwie.
  • Udać się do akademika przyjaciółki, którą odwiedzasz tam po raz pierwszy od trzech lat i bez problemu trafić do jej pokoju, wywołując uśmiech i zaskoczenie.
  • Przejść się po starówce Wrocławia, tak intensywnie, aż w butach zrobią się dziury.
  • Wylądować w Irish pubie, na zielonym piwie, z przyjacielem.
  • Objeść się do nieprzytomności w KFC i wypić ze dwa litry Pepsi (wielka dolewka).
  • Podziwiać ratusz we Wrocławiu skąpany w deszczu.
  • Podziwiać przechodzące azjatki, skąpane w deszczu.
  • Zmoknąć w deszczu czekając pół godziny na przystanku, dziurawe buty w tym pomagają.
  • Za namową znajomego, który ukończył kurs barmański, kupić litr Wermuta i 0,7 Ginu Lubuskiego, bo ty, nie możesz pić whiskey, a twój przyjaciel wódki, a chcecie się upić w dobrym stylu.
  • Po pierwszym łyku wiedzieć, że się nie upijesz, bo taka mieszanka, to straszne świństwo.
  • Potrzebować solidnej brązowej torebki po tym, jak porzucasz drink i pijesz Gin Lubuski, popijany Wermutem.
  • Uznać z przyjacielem, że dziś to się jednak nie upijecie, więc pozostaje wam granie na gitarach do trzeciej w nocy.
  • Zacząć oglądać Ojca Chrzestnego, ale usnąć jeszcze w trakcie wesela.
  • Obudzić się w niedzielę i uznać, że to jest cholernie dobry weekend.
niedziela, 17 czerwca 2007
Niektóre pobudki w życiu człowieka, są wyjątkowe i zwiastują naprawdę dobry dzień. Na przykład można tak napisać o gorących ustach kobiety, które pod kołdrą, zaczynają cię budzić o świcie. Co prawda, akurat w tę sobotę mnie taka przyjemność nie spotkała, ale też było przyjemnie.

Budzi mnie sms. Zerkam na zegarek. Parę minut po trzynastej, uwielbiam sesję. Patrzę, kto czegoś ode mnie chce, o tak barbarzyńskiej porze. Rufjan pisze, że o 18 u niego jest dziś mała imprezka i że muszę przyjść. Cudownie, nie mogło być lepiej. Do 17 udaje mi się wziąć prysznic, zjeść śniadanie i lekki obiad (sałatka grecka), wypić jedno piwo, a potem pozmywać. Na spotkanie z Primem i Kasią, spóźniam się zwyczajowy kwadrans. Po godzinnej podróży, wysiadamy po drugiej stronie miasta, gdzie pod Kerfurem, już czeka na nas Rufjan, z którym odbieramy Ruflorda z przystanku autobusowego i idziemy na zakupy, gdzie bez problemu, przy stoisku z piwem odnajdę nas Buczek.

Hmm, zakupy, to brzmi dumnie. U nas ograniczają się do kilku zgrzewek piwa, paru paczek czipsów i butelki Warny, białej, półsłodkiej, którą mam zamiar wypić z Kasią. Pomysł, by choć raz zrezygnować na imprezie z wódki, na rzecz piwa, jest prawdę mówiąc średni. Po pierwsze butelka wódki jest lżejsza, niż osiem piw i łatwiej po prostu ją donieść na imprezę, a po drugie nie ma jak wypić Światowida (czyli czterech kolejek wódki, które są toastem w ekspresowym tempie, wznoszonym na cztery strony świata).

Rozpoczynam piwem, potem dostaję Krwawego Rufjana. Czyli wódka plus lift jabłkowy plus cytryna. Całkiem dobre. Ponieważ gospodarz nie ma korkociągu (barbarzyńca), wygania mnie do łazienki z butelką wina, i drewnianą łyżką. Numer z odcięciem szyjki nie przechodzi, nikt nie podziela mojego entuzjazmu, że to proste, łatwe i bezpieczne. Kończę zatem, oblany winem w kroku, po tym jak wepchnąłem korek, a wino uleciało w górę. Ściany łazienki też podobno ochlapane, ale kto by się tym przejmował?

Wino szybko się kończy, piwa idą też w dobrym tempie. Nastrój imprezowy mi się udziela. Podsyca go Ruflord, który dumnie wkracza w czarnej koszulce. Ale to nie jest zwyczajna, czarna koszulka, tylko taka z elektronicznym licznikiem na przedzie. Takim jak np. na budziku, lub innym zegarku. Cyferki cały czas się zmieniają, a co minutę licznik się zeruje. Wrażenie jest niesamowite, idealna na imprezę. Od razu zaczynamy snuć domysły, co ta koszulka odlicza. Dochodzimy do wniosku, że, jest to koszulka arabskiego terrorysty, choć po zapoznaniu się z historią tej koszulki, uznaję, że licznik przypomina nam, że co minutę ginie kangur, a my możemy go uratować jeśli wypijemy co minutę kieliszek wódki. I tej wersji się będziemy trzymać.

Dlaczego, akurat kangur? Ruflord ma znajomego, w Australii, który ostatnio odwiedził Europę, między innymi po to, by pokazać tę koszulkę na jakichś targach reklamy w Hanowerze. W drodze powrotnej zawitał do Warszawy, zatrzymał się na jakiejś kwaterze przy Nowym Świecie, dokąd zaprosił Ruflorda, wraz z kilkoma znajomymi. A, że był w Polsce, to trzeba było się napić wódki. Ponieważ nie było kieliszków pod ręką, nalano wódki, tak z 3/4 szklanki. Ruflordowe oczy zrobiły się wielkie, niczym dwuzłotówki, ale ponieważ, to twardy zawodnik, wziął głęboki oddech, wstrzymał powietrze i dzielnie przełknął 3/4 szklanki wódki. Dopiero po chwili spostrzegł, że oczy znajomych zrobił się okrągłe jak pięciozłotówki. Okazało się, że oni, ledwo umoczyli usta i mieli zamiar sączyć wódkę jak whiskey. Nic dziwnego, że po takim pokazie Ruflord otrzymał na własność lanserską koszulkę.

Piwa mijają szybko, jak jesienne dni. Podpuszczony przez towarzystwo, zaczynam wykonywać własną wersję "Hang up" Madonny. Idzie mi całkiem nieźle, do momentu, w którym moje spodnie w wyniku ekscesów, nie wykonują głośnego "pfffr" i od pośladków, do połowy uda, nie tworzy się wielkie rozdarcie. Nieco wybija mnie to z rytmu Zresztą, poniżej możecie docenić piękno mojej choreografii. (Pod koniec w tle pojawia się Ruflord z koszulką.)

 

Potem jest już spokojnie. Oglądamy 300. Pijemy piwo. Rufjan na wszystkich krzyczy, że jesteśmy głośno, nawet gdy nikt się nie odzywa. Nie jestem jeszcze bardzo pijany, gdy wszyscy zaczynają się ewakuować. Jak wszyscy to i ja. W metrze zapominam, że przez dziurę w spodniach doskonale widać moje bokserki, ale chyba nikt nie zwraca na to uwagi. Osiągam dom, spać. Choć plan dnia, którym było porządne upicie się, nie wypalił, to i tak było przyjemnie. Koniec i bomba, kto nie pił piwa, ten trąba.

sobota, 09 czerwca 2007
Jam jest Dża, który cię wywiódł ze Studenta, z pubu niewoli.

1. Będziesz Dża ofiarę składał.
2. Dża ofiarę przyjmuje tylko w półlitrowych piwach i 0,7 wódki.
3. Egzamin nieopity, to dwa następne w plecy.
4. Na egzamin trzeźwy przychodzić będziesz.
5. Nie odmawiaj alkoholu.
6. Nie rozlewaj, gdy nalewasz.
7. Nie mieszaj (za bardzo).
8. Nie będziesz spał z kozą.
9. Ani z owcą.
10.Pij gorącą naftę! Psie!
czwartek, 07 czerwca 2007

 

Genialne! Tu jest tego więcej.  

sobota, 02 czerwca 2007
Upiłem się raz w życiu. Dwa lata temu. I nie mam zamiaru tego powtarzać. Poniższa wyczerpująca relacja stanowi przestrogę, jak nie należy myśleć, pić i ogólnie zachowywać się.

Pub Student
Czerwiec, ostatni egzamin z fizyki ogólnej. Na ten dzień planowałem wyzerowanie się, po pierwszym roku i uczczenie w wielkim stylu początku wakacji. Prawie się udało.

Dochodzi jedenasta, egzamin skończony, idziemy do Studenta na piwo. Parę kolejek w słonecznym, zatłoczonym barze. Smakuje wybornie. Lekko podchmielony, opuszczam bar i jadę do kina Femina. Od dawna myślałem o powtórnym obejrzeniu "Zemsty Sithów" po skończonych egzaminach, co właśnie postanowiłem uczynić. Bitwa na początku podoba mi się jak za pierwszym razem, cały film zresztą też. Wsiadam w tramwaj, wracam do Studenta...

Łyski
...gdzie część ekipy wciąż raczy się piwem. Czuję, że w kinie wytrzeźwiałem i po chwili do nich dołączam. Słońce przechodzi w późne popołudnie. Jesteśmy umówieni na wieczór u Rófjana na kwadracie, tymczasem wracam do domu. Robię spaghetti, zjadam je. Biorę ze sobą z półki Whiskey i wychodzę. Nie jest to jednak taka Whisky, jaką szkoccy lordowie pijają w swych zamkach. Nie, ta którą mam powinna się nazywać łyski. Na etykiecie ma nadrukowane dumne: "Made in Polmos Sieradz", ale gdyby sądzić po smaku, równie dobrze mógłby ją wyprodukować pan Antek spod Biłgoraju. Mój współlokator Spaik, dostał ją od Krawca, kilka miesięcy wcześniej. I przez te miesiące kilkakrotnie próbowaliśmy się od niej dobrać. Bezskutecznie. Analizując walory smakowe, aż dziw, że uchowało się jej tak mało (coś koło pół butelki). Praktycznie jedna jej szklanka potrafi opróżnić zawartość żołądka, niemniej dziś mam zamiar skończyć butelkę. Zresztą Spaik zostawił mi ją, gdy się wyprowadził, a że ja się wyprowadzam jutro, to szkoda, żeby się zmarnowało.

Saska Kępa
Jadę kilka przystanków autobusem i wysiadam na Saskiej Kępie. Pojawiają się trzy symptomy zwiastujące nadciągającą klęskę. Jednak ich nie dostrzegam. Po pierwsze, mimo kilku piw w Studencie czuję się całkowicie trzeźwy. Dochodzę zatem do wniosku, że dziś jestem nieśmiertelny. Nie jest to chyba do końca prawdą. Po drugie, skoro jestem nieśmiertelny, a do następnego egzaminu we wrześniu, mam co najmniej dwa miesiące, mam ochotę się upić. Nie, nie upić. Sponiewierać. Wyzerować jak Jan Mazoch w Zakopanem. Po trzecie, mam ze sobą nieszczęsną łyski. Nikt mnie jednak nie ostrzega, więc radośnie sunę naprzód, niczym Titanic, ku górze lodowej.

Spotykam się z Rufjanem, jego kuzynem, Olą, Cycem i Piotrkiem J. Ponieważ droga do bloku daleka, wstępujemy do "Mini Europy". Asortyment nieważny. Kupujemy po piwie, resztę mamy zamiar nabyć w monopolowym. W drodze do Rufjanowego kwadratu, chwalę się wszystkim przyniesioną łyski. Po powąchaniu zapachu dobiegającego z butelki wszyscy okazują się sceptyczni. Skoro nie chcą ze mną skosztować sieradzkiego wyrobu, wypiję sam. Przechylam butelkę i z piję z gwinta. Dużo. Dużo za dużo, jak się miało potem okazać. Prawie mi się ulewa, jednak piwo do popicia pomaga. Z dezaprobatą patrzę na to co pozostało w butelce i zostawiam na później. Niewiele, ale może się jeszcze przyda.

Wjeżdżamy windą na siódme piętro, skąd rozpościera się piękny widok. Niestety dziś inne bloki go zasłaniają. Mimo wszystko rozkoszujemy się widokiem. Puszkę piwa wypijam tak szybko jakby to były zawody. Prawie udaje mi się zabić niesmak po łyski. Zostawiamy rzeczy w mieszkaniu i udajemy się do monopolowego. Po drodze nie jest już ze mną najlepiej. Jest wręcz tragicznie. Przypomina mi się "Ukryty chińczyk, przyczajony tajwańczyk" i staram się biegać po ścianach, tak jak oni. Biorę rozpęd, biegnę dwa kroki po ścianie i o dziwo nie spadam. Choć do końca nie jestem pewien. W drodze do sklepu mijamy bar i ogródek piwny. Tylko głupi by nie skorzystał. My korzystamy, wypijam jakieś dwa piwa, może więcej może mniej, nie wiem. Zbieramy się. Ktoś coś kupuje w monopolowym, ja chyba delikatnie sugeruję wino, ale nie wiem, czy mnie nikt nie rozumie, czy nie słucha, w każdym bądź razie wina nie kupujemy.

Finał
Dalej opowieść staje się rozmyta i nieostra, do dziś do końca nie ustaliłem co się działo później. Wracamy do Rufjana. Po drodze jakieś piwo na mostku, nad płynącym pod blokiem ściekiem. Romantycznie. Siadamy na murku pod klatką. Wyciągam komórkę i popełniam smsa'a do Torianne w stylu: "Kocham cie, jesteś moją ukochaną, kocham cie" z tym, że trochę mniej składnego i co druga literka jest nie na miejscu. Nie wiem jak Torianne, po tym smsie od razu poznała, że jestem pijany? Siódmy zmysł, czy co?

Okazało się, że ktoś kupił żołądkową gorzką i mnie nią teraz częstuje. Biorę butelkę i piję z gwinta. Raz mi się zdarzyło pić wódkę jak wodę mineralną i to było właśnie wtedy. Nie czuję obrzydliwego smaku, tylko wlewam w siebie ciecz pełną alkoholu. Gdy w końcu kończę, miny towarzyszy nie wyrażają aprobaty. Słaniam się w windzie, ale jakoś osiągam siódme piętro. Zalegam na fotelu i tu film się urywa...

Najgorszy poranek ever
Budzę się. Jestem w ubraniu, we własnym łóżku, do tego pościelonym. Świetnie. Wstaję. Mniej świetnie. Siadam na krześle, błędnymi oczyma lustruję pokój. Mój wzrok zatrzymuje się na łóżku, na środku którego widzę jakąś kolorową plamę. Kurwa, jestem na siebie wściekły. Ziewałem w technikolorze, po pijaku. Człapię po jakaś wodę do picia, wypijam, idę do łazienki, wymiotuję, płuczę usta, biorę prysznic, wymiotuję, płuczę usta, wracam do pokoju. Zabieram się do ocenienia strat. Pościel, spodnie, ściana i podłoga obok łóżka zapaskudziłem. Źle. Router, który stoi obok też. Bardzo źle. Coś z tym trzeba będzie zrobić. Nie bardzo mogę myśleć, pochłaniam znów wodę. Która godzina? Sprawdzę na komórce. Hmm, nie mam komórki, hmm nie mam portfela. Kurwa mać. Szukam, nie znajduję. Okradli mnie, a raczej sam się dałem obrobić, pewnie zostawiłem wszystko w taksówce. Jo żem sem debil. Wypijam wodę, myję zęby i jadę na wyniki wczorajszego egzaminu.

Pod gmachem fizyki spotykam wszystkich imprezowiczów. Dowiaduję się co wczoraj się działo i że praktycznie wróciłem do domu koło 22. Okazuje się, że Ola przechowała mój portfel i komórkę. Całe szczęście, bo pewnie bym zgubił. Włócząc nogami idę pod salę, szukam siebie na liście. Cholera, dwója. Trzeba będzie iść do profesora, dowiedzieć się czemu i poprawić od ręki. Wchodzę do gabinetu, znajduję swoją pracę. Jest drugie zadanie całkowicie źle. Profesor pyta mnie co ja tu napisałem i dlaczego to jest źle. Ja myślę, znaczy się udaje że myślę, bo myśleć nie mam siły. Telefon do profesora. Profesor wychodzi i każe mi się w międzyczasie zastanowić jak powinno być to rozwiązane poprawnie. Zostaję sam w gabinecie ze swoją pracą. Na biurku przy którym siedzę leżą egzaminy innych, również te poprawne. Nieśmiało zaglądam w któryś, ale już wiem, że i tak nie jestem w stanie niczego zrozumieć. Głowa boli niemiłosiernie, z żołądka dochodzą niepokojące sygnały, a ja siedzę zrezygnowany, podczas gdy ostatnia szansa uniknięcia poprawki przepływa mi między palcami. Wraca profesor, mówię mu szczerze, że nie wiem jak rozwiązać to zadanie, on zaprasza mnie na wrzesień, żegnamy się. Wychodzę przed gmach i wtedy dociera do mnie, że problem polegał na tym, że trzeba było całkować po obwodzie, a nie po polu. Jo żem sem debil. Idę do biblioteki. Mówię, że chciałbym przedłużyć, te sześć książek z fizyki, co to je wypożyczyłem. Pani mówi, że nie ma problemu, ale muszę jej najpierw pokazać te książki, a ona mi je wtedy znów wypożyczy. Pytam czy nie da się inaczej, bo książki ciężkie, a ja też nie bardzo mam siły i ochotę tachać torbę z książkami (każda średnio po kilkaset stron, w twardej oprawie), przez całe miasto. Nie, niestety nie da się inaczej.

Liczenie strat, grzebanie zmarłych
Wracam do domu, wpierw udaję się do łazienki. Potem, płuczę usta, robie sobie śniadanie. Połykam dwie bułki z serem, biorę butelkę wody i kładę się na łóżku. Po chwili znów biegnę do łazienki. Potem płuczę usta, wracam, kładę się, w mojej głowie odbywają się nieustające eksplozje jądrowe. Znów do łazienki. I tak przez najbliższe parę godzin. Zostawiam drzwi do łazienki i do pokoju otwarte, bo po co je co chwila zamykać i otwierać? Trochę dochodzę do siebie. Biorę się za mycie ściany i podłóg, pranie prześcieradła i dywanu. Jak umyć włączony router? Również wodą, chyba nic mu się nie stanie. Ogarnąłem pokój, ale wciąż widać ślady wczorajszej nocy. Na szczęście wyprowadzam się dziś, oddam właścicielce klucz i nie będzie mnie już więcej na oczy widzieć. Bo wstyd trochę. Zawożę książki do biblioteki i przedłużone przywożę z powrotem. Torba oczywiście ciężka jak diabli.

Dochodzi wieczór, zjadam zupkę chińską. Nie służy mi długo, bo znów biegnę do łazienki. Rodzice przyjeżdżają zabrać moje rzeczy. Zaczynam się zatem pakować. Tłumacze im, że miałem to zrobić wcześniej, ale nie miałem ani czasu, ani sił. Zabierają mnie na jedzenie. Zamawiam naleśniki na słodko. Pierwsza potrawa od wczoraj, która nie poszła na zmarnowanie.

Drugi poranek
Jest siódma rano. Zatrzymuję się w barze przy stacji benzynowej, na trasie Warszawa - dom. Czuję, że jestem głodny, zamawiam więc na śniadanie jajecznicę, a do tego frytki. Zjadam, wsiadam do samochodu i zaczynam czuć, jak najgorszy kac w życiu odchodzi w niebyt.

I to prawie wszystko. Relacja byłaby jednak niepełna, gdybym pominął pewne, dość istotne, wydarzenia z samej imprezy. Zatem jak już przez to przebrnęliście, to na koniec spojrzenie z innej, nieco ciekawszej strony.

Relacja Ruflorda
It was a hard day's night - powinienem wtedy powiedzieć. Ewentualnie zacząć nosić spadochron na imprezy i także powiedzieć - it may be a hard day's night. Zaczęło się niewinnie jak na spotkaniu dziewczynek z kółka różańcowego. Kupimy sobie parę piw, napijemy się na lokalu u Rófjana, będzie najlepiej. Rófjan, zanim wyprowadził się na Hawaje wynajmował kwadrat na 8 chyba piętrze na Saskiej Kępie. Ósme albo siódme? Jakoś tak było.

I spotkaliśmy się w składzie, który obecnie jest składem regularnym. Lato było, sesja lub po sesji - humory wspaniałe. Kupiliśmy piwo i szliśmy na ten kwadrat wysoki. Po drodze Tjeden podciągał z butli jakąś politurę i był szczęśliwy. Piwo pił, politurę, pił i się cieszył. I pocił.

Dotarliśmy na lokal. Wysoko było, to jeszcze przy windzie zostało odemknięte po piwie. Gdy skład znalazł się w tej komorze lansu okazało się, że Tjeden jest bardzo szczęśliwy i biega oraz skacze, jest niczym sarenka! Niczym kozica! Niczym teletubiś.

Tu zaczyna się akcja...czas około 22. Stanąłem na balkonie, za plecami miałem towarzystwo i brykającego Tjednego. Pod sobą miałem jakieś 8 czy 7 pięter. Przed sobą pustkę. Stałem, jakieś piwo sobie piłem i nagle zobaczyłem że coś się chyba nie dzieje zgodnie z regulaminem. W moim kierunku krokiem pląsająco-posuwistym zmierzał nietrzeźwy młodzieniec. Miałem jakieś 0,3456 sekundy na reakcję. Zaparłem się mocno o balustradę (przypominam, 8 czy 7 pięter) i na plecach poczułem impet przyjaźni. O kurwa (nie da się inaczej) ale było - wygięło mnie i no nie wiele brakowało a bym się wydostał z lokalu z pominięciem klatki schodowej.

Jak strach minął, wtrząchnąłem kupę ze spodni postanowiłem zastosować wrodzone zdolności. Wszystkich okrzyczałem, przejąłem telefon Tjeden, który w międzyczasie sobie zgasł i wykazywał tylko resztki kontaktu. Tu zeznania świadków się mieszają, zrobił się troszkę burdel, bo jedni mieli wielką bekę z całej sytuacji, inni mieli oczy jak 5 złotych ze strachu, inni w dupie mieli wszystko. Generalnie wyszło tak, że z odebranego telefonu zamówiono taksówkę. Nietrzeźwy kolega został sholowany na parking, gdzie ukłonił się panom policjantom. Taksiarz dostał propozycję - panie wieziesz pan naszego kolegę pod dom i pomagasz mu pan wejść do mieszkania. Taksiarz chyba normalny był, bo się zgodził. Dostał pieniądz i miał za to zapewnić nietrzeźwemu transport niemalże do samego łóżeczka.

I odjechali.

A ja sobie stałem na parkingu i patrzyłem na te 8 czy 7 pięter w górę i myślałem - ale bym kurwa pierdolnął...

środa, 30 maja 2007

Cyc:
Wiesz co jest genialne w byciu w robocie?

Rufjan:
No nie wiem. Małe różnice?

Cyc:
Mozna pójść się wysrać, i ci za to jeszcze płacą. :)

wtorek, 22 maja 2007
Tak się złożyło, że zbliżał się egzamin i wielka trwoga zapanowałą wśród dwóch studentów. Rzekł im wtedy Dża. "Złóżcie mi ofiarę, a baczcie by ofiara była mnie godna. Kto zaś złoży mi ofiarę, a ja ofiarę przyjmę, ten egzamin zda, a gdyby kto nie złożył, niech się wtedy strzeże. A jeśli ofiara nie okaże się mnie godna, niech się mnie strzeże także. Albowiem ja jestem Dża. I ja jestem w alkoholu, a alkohol jest we mnie. A mój gniew jest okrutny."

A pośród tych studentów jeden był roztropny, a drugi nierozstropny. I rzekł roztropny do nierozstropnego: "Chodź ze mną na piwo, albowiem Dża ofiarę złożyć trzeba." Lecz ten mu odparł: "Nie da rady, uczyć się muszę." Zapytał więc pierwszy student: "Ocipiałeś?" Lecz, nie usłyszał odpowiedzi, gdyż ten drugi odszedł. Zwołał więc znajomych i poszli na piwo. I upili się wielce, a Dża widział to i się radował w swym sercu.

Nierozstropny student zaś się uczył. Gdy dochodziła już północ, zmartwił się wielce, bo dużo nie umiał i usiadł strapiony. Przypomniał sobie wtedy zaś o ofierze.I rzekł "Czyż ofiara z soku nie byłaby milsza sercu Dża niźli z alkoholu?" I zamyślił się, a że nie miał w lodówce alkholu, uznał, że ofiara z soku byłaby milsza. I wzniósł nierozstropny student ofiarę z soku. Wejrzał Dża na niego i jego ofiarę, lecz zaraz wzrok swój odwrócił, bo Dża nie lubi być obrażany, a wielki jest gniew jego.

A gdy nastał dzień egzaminu, student roztropny zdał, a nierozdtropny nie zdał. Smuciło to nieroztropnego bardzo i chodził z ponurą twarzą. Dża zapytał go "Dlaczego jesteś smutny i dlaczego twarz twoja jest ponura? Przecież, gdybyś pił dobrze, miałbyś twarz pogodną; jeżeli zaś nie będziesz dobrze pił, nieszczęście leży u wrót i czyha na ciebie, a przecież ty masz nad swym szczęściem panować. " I oznajmił wtedy Dża studentom. "Będziesz mi zawsze dwie ofiary składał. Przed egzaminem będziesz mi składał ofiarę błagalną, a po egzaminie ofiarę dziękczynną składał mi będziesz. A bacz, byś ją w piwach co najmniej półlitrowych składał, a nie mniejszych, bo wzrok swój odwrócę i gniewać się będę, a egzamin ujebiesz. Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Im kto więcej pije, tym bardziej otwiera się serce me na niego i na przychylność mą liczyć może." Poszli zatem studenci upić się ku radości Dża. A był wśród nich jeden mądrzejszy niż inni. I rzekł on: "Egzamin nieopity, to dwa następne w plecy". A studenci słowa te zapamiętali i zawsze już podług nich starali się postępować.

niedziela, 20 maja 2007

Jak zbiorę co najmniej 20 podpisów w komentarzach, to wysyłam.

 

Do Pana José Manuel Durão Barroso
Przewodniczącego Wspólnoty Europejskiej

W dzisiejszym świecie mamy często do czynienia z jawną i niesprawiedliwą dyskryminacją, z którą pod słusznym patronatem Wspólnoty Europejskiej walczymy. Dnia 14 maja 2007 roku, w Warszawie ja wraz ze znajomymi mieliśmy nieprzyjemność spotkać się z takim zachowaniem.

Szedłem sobie ulicą w towarzystwie koleżanki Oli oraz kolegów: Cyca i Rófjana. Kolega Cyc nie był nawet bardzo pijany, zdążył wypić raptem ze cztery piwa, gdyż musiał wieczorem iść do pracy. Rófjan nie miał takiej wizji przed sobą. Wiadomo, że w socjalistycznej Wspólnocie Europejskiej, wielu ludzi dzięki przymusowym składkom innych nie musi na siebie pracować i zamiast tego może oddać się jak np. kolega Rófjan piciu piwa. Kolega Rófjan z prawa tego skorzystał i piw takich wypił koło pięciu, niemniej na głodniaka to uczynił i mimo zjedzonego później kebaba, pijany był w stopniu znacznie przekraczającym jego normę. Zresztą to nieistotne.

Spostrzegłwszy koleżankę Olę, dzierżącą w swej dłoni puszkę promocyjnie rozdawanej Coli Light podszedłem do Pana Rozdającego Puszki. Lecz darmowej puszki nie otrzymałem, gdyż dowiedziałem się, że są one przeznaczone tylko dla kobiet. Mimo interwencji obu moich kolegów, nie udało się wyegzekwować przysługującej nam dawki darmowego napoju (który swoją drogą jest ohydny w smaku). Zrobiliśmy sobie zatem z Panem Rozdjącym Puszki pamiątkowe zdjęcie (które stanowi załącznik nr 1 niniejszego listu) i odstąpiliśmy od próby otrzymania napoju.

Jednakże zaistniała sytuacja, nas, obrońców swobód obywatelskich zaniepokoiła na tyle, by zwrócić się z niniejszą sprawą do Pana. Jak to możliwe, że w samym centrum stolicy, zdawałoby się, europejskiego kraju nie jest przestrzegana równość płci? Na jakiej podstawie mężczyźni są dyskryminowani i odbiera im się (należne!) prawo do bezpłatnej puszki Coli Light, w sytuacji święcącego słońca i wysokiej temperatury powietrza?

Żądamy zatem moralnego i finansowego zadośćuczynienia, za poniesione straty moralne w wysokości 20 litrów Coca-Coli (zwykłej, bo wolimy ją od light), ewentualnie jej równowartość w dowolnym napoju alkoholowym (tylko nie w Bolsie, bo za nim też nie przepadamy).

Pozdrawiam i czekam na odpowiedź
tjeden

Załącznik nr 1. Puszka, którą trzymamy otrzymała Ola, (która zrobiła to zdjęcie) my nie otrzymaliśmy żadnej, co jest jawnym dowodem dyrykyminacji.

 

Cola light
 


P.S. Wolę Pepsi.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14