Dark side of the moon The Wall Wish You Were Here Achtung Baby HTDAAB Led Zeppelin Led Zeppelin Led Zeppelin Led Zeppelin Use Your Illusion I Use Your Illusion II Coma Dżem Nowoczesne przeglądarki
poniedziałek, 14 maja 2007
Na początku był Dża. I alkohol był w Dża. A Dża był alkoholem. I więcej nic nie było. Niczego nie było. Nie było złodziejstwa. Nie było łachamctwa. Nie było niczego. I oddzielił Dża trzeźwość od pijaństwa. I wiedział, że jedno z nich jest dobre. Ale nie wiedział które.

I stworzył Dża alkohole. Stowrzył piwo jasne i ciemne. Warkę, Lecha, Żubra i inne. Zaroiły się bary, sklepy i domy wszelakimi butelkami i puszkami. I napił się Dża i wiedział, że one wszystkie są dobre. A obok stała niewiasta. I spojrzał Dża na niewiastę i stworzył dla niej Karmi i Redsa i nalał jej, a ona wypiła.Rzekł wtedy Dża: "Nie będzie mężczyza pił Redsa, bo to by było pedalstwo."

A potem stowrzył Dża wina. Białe i czerwone, wytrwane, półwytrwne i słodkie. I tanie wina, i drogie wina, każdemu podług jego portfela. I napił się Dża, a wiedział, żeby nie mieszać.

A gdy pełno już było piw i win wszelakich rozejrzał się Dża i spojrzał, że czegoś brakuje. I zapragnął Dża czegoś mocniejszego. I stworzył wódkę: Gorzką Żołądkową, Wyborową, Finlandie, Pana Tadeusza, Żubrówkę i niedobrego Bollsa stworzył i pysznego Vikingfjorda nawet i wiele innych. I wiedział, on że one są dobre, (no prawie wszystkie).

I zadumał się Dża, a następnie upił. I stworzył drinki wszelkie i alkohole dostępne we wszystkich smakach i kolorach. I gdy już był pijany jak stodoła stworzył Absynt. A na ostatek stworzył Spirytus i wypił go całą flaszkę. I padł i więcej już nic nie stworzył. I tak minął wieczór i poranek.

A gdy wytrzeźwiał, rzekł Dża do studentów: "Wszelkie piwa, wina, wódki i alkohole z wszystkich buelek pić możecie. Ale pamiętajcie żeby nie pić z butelki sprytu i nie mieszać bo na pewno umrzecie." I zapamiętali sobie studenci te słowa i upijali się radośnie. I nie mieli kaca.

Ale był wśród nich taki jeden, przebieglejszy niż wszyscy inni alkoholicy i rzekł do nich. "Czyż Dża nie pozwolił wam pić wszystkich alkoholi?" I odpowiedzieli mu:"Pozwolił, ale nie możemy mieszać." A on mi odrzekł: "On was okłamał. Albowiem, gdy zmieszacie, to prawda na was stąpi i będziecie tacy jak on." I skusili się studenci i popijali wódkę piwem, a gdy wypili już wiele flaszek otworzyli wina. I wypili także wina. A zaśpotem otworzyli Absynt i go wypili i łyk Sprytu z butelki wzieli, ale ich przepaliło. I upodlili się niemiłosiernie i poszli spać.

A gdy obudzili się rano, czuli się źle . Głowy im ciążyły ku ziemi i bolały strasznie i zobaczyli, że są spragnieni i poszli szukać wody. Ujrzał to wtedy Dża i zapytal: "Gdzie idziecie łachudry?" Odrzekli mu: "Po wodę, bo okropnie jesteśmy spragnieni." Zapytał Dża znowu: "A skąd wiecie, że jesteście spragnieni, czy przypadkiem nie mieszaliście i nie piliście z butelki Sprytu?" Odpowiedzili mu: "Taki jeden student nas zwiódł i wypiliśmy." Uniósł się wtedy Dża wielkiem gniewem i rzekł: "Zatem, niech przeklęte będą wszelakie alkohole. Zsyłam na was kaca. Pić alkohole będziecie, a nazajutrz kac nastąpi. I będzie was suszyło, będą wam głowy ciązyły ku ziemi, a ciało wasze dreszcze torsji przeszywać będą. Bom ja jest Dża, a mój kac jest potężny. Wy zaś nie posłuchaliście się mnie i zmieszaliście, przeto cierpieć będziecie aż po wsze czasy. I zapamiętacie moje imię, albowiem ja jestem Dża. I ja jestem w alkoholu, a alkohol jest we mnie."

14:55, tjeden , Dża
Link Komentarze (7) »
sobota, 12 maja 2007
Nie czułem się najlepiej i plany majówkowe nie wypaliły, mimo naprawdę kuszących ofert, zostałem w domu. Choroba wygrała. No nie do końca. Na jeden dzień można się było wyrwać.

Ranek. Wsiadam w pociąg, który stoi sobie jeszcze na stacji, a ja wyciągam pierwsze z przygotowanych na podróż piw. Właśnie mam je otwierać, gdy obok mnie siada matka z dzieckiem, które pociągiem ma nieprzyjemność jechać pewno po raz pierwszy. Widać to bo o wszystko się pyta mamę. O to jak długo jedziemy, co to za pociąg i po co jest ten śmieszny stoliczek przy oknie. Ja wiem, że piwo, że dobre, że słoneczko świeci i nic tak by mi tej podróży nie umiliło, ale po prostu nie mogę otworzyć. Myślę sobie, że dziewczynka mała jeszcze, nowy środek lokomocji poznaje, więc nie będę jej uczył, że pociąg dla dużej części społeczeństwa to idealne miejsce na chlanie. Będzie jeszcze miała czas się o tym przekonać. Zagłębiam się zatem w Annę Kareninę (książkę dokładniej) i udaję intelektualistę, bo wiem, że dziewczynka nie jedzie daleko i zaraz wysiądzie, a ja oddam się piciu, co też po dwudziestu minutach następuje. Jako, że ja jadę niewiele dalej, wypijam piwo i wysiadam z pociągu.

Na strasznym zadupiu trzeba przyznać. Krawiec ma niedaleko działkę nad jeziorem, a na niej mały drewniany domek. I do tego domku właśnie się wybieram. Krawiec i Spaik czekają już na peronie. Robią pamiątkowe zdjęcie jak robię z pociągu jeden mały krok dla ludzkości, duży dla mnie. Wsiadam do samochodu i dowiaduję się, że w ciągu kilku dni, które tu spędzili nawet parę razy udało im się być trzeźwym, więc zapowiada się nieźle. Podjeżdżamy pod sklep. Jest to przybytek w stylu takich, gdzie czas zatrzymał się ćwierć wieku temu, a jedyne co się zmieniło to kolor fartuszka sklepowej. Kupujemy ze dwa wina, kilkanaście piw marki "Podgórskie" bodajże, w każdym razie najtańsze które można dostać. W drodze do domku zatrzymujemy się u znajomego gospodarza nalać do baniaków wodę, bo bieżącej nie ma. Po chwili dojeżdżamy i zapoznaję się z dwoma pozostałymi imprezowiczami. B., który jest współlokatorem Spaika i Vipexem, niedawno poznanym znajomym, który jednak najbardziej ceni sobie samotność.

Piwo, nieważne jakie, na brzegu jeziora smakuje wybornie. Parę następnych też. B. przyrządza przepyszną karkóweczkę. Vipex jej nie je. Z opowiadań dowiaduję się, że między innymi Spaik wczoraj rozwalił grill, po czym odlał się na samochód Krawca, bo go po prostu w ciemności nie zauważył. Pomysł przypada mi do gustu i z pełną premedytacją podążam w jego ślady. Oprócz Vipexa wszyscy idziemy się opalać na pomost. Nie jest to najlepsza decyzja, bo zimno jak diabli, więc opalamy się w ubraniu, ale z piwem. Mówię Krawcowi, że zbezcześciłem jego samochód, dzięki czemu mam okazję podziwiać jego niecodzienną minę. Choć widok, jak myje on samochód nie umywa się do reklamy Go Daddy.

Kolejne atrakcje to gra w Warszawę. Stawka jest wysoka, kto przegra, to zmywa. Vipex oczywiście się wymiguje. Ponieważ ostatnio grałem w tą grę gdzieś w okolicach podstawówki, a do tego bronię tylko jedną ręką (w drugiej trzyma wino, które co jakiś czas kosztuje), wynik jest do przewidzenia. Wkurzony, ze przegrałem idę się zdrzemnąć. Nie trwa to długo, bo po chwili koledzy wyciągają mnie znów na pomost. Tym razem ze Smirnoffem. Vipex nie pije. Wracam do domku po kieliszki. Nie znajduję żadnych, więc biorę literatki, też się nadają. Wódka w literatkach, idealnie zmrożona wchodzi niczym Mike Tyson na ring. Wchodzi i powala. Do tego stopnia, że zaczynam na pomoście tańczyć greka Zorbę. Na efekt nie trzeba długo czekać. Sąsiadka mówi mi, że właśnie jej małe dziecko powiedziało o mnie, że ten pan chyba jest nienormalny. Chyba jestem, bo po chwili Tyson powala mnie na pomost. Podczołguję się do krawędzi, wyrzucam głowę za burtę i dostaję objawów choroby morskiej. Nokaut. Wódka nam się kończy, ale przynajmniej raki będą miały pożywienie.

Budzę się w domku. Coś mi śmierdzi. Strasznie śmierdzi. To pianka do golenia. Mam piankę do golenia na rękach. Mam piankę do golenia na obraniu. Pochodzę do lusterka. Mam ją na głowie, cały jestem w piance do golenia. Pół ściany też jest w piance.

Dygresja: Później po obejrzeniu zdjęć, okazało się, gdy spałem Krawiec wpadł w twórczy szał. Przyozdobił moją głowę koroną, w ręce dzierżyłem topór, a na ścianie był namalowany mój przyjaciel z włócznią. Pewnie było coś jeszcze, ale ze zdjęć tego nie widać, jak ktoś chce, mogę wysłać na maila, choć sądzę, że prędzej czy później moje zdjęcie trafi na joemonster do galerii urwany film.

Nie ukrywam złości. Oni nie ukrywają, że uciekają. Na zewnątrz jest ciemno i zimno. Zamykam drzwi, posiedzą sobie na zimnie, to zmądrzeją. Nie wiem, co mnie kusi, ale biorę Krawcową gitarę i przez otwarte okno daję istny popis. Chociaż prawdę mówiąc, "Wish you were here" w moim wykonaniu przypominało raczej odgłos jaki wydałoby trzy letnie dziecko upadając na stertę naczyń. Sam krzyk i hałas. Gdzieś po godzince, zmęczony graniem i znużony samotnością postanawiam ich wpuścić do domku. Zaczynam wydzwaniać do znajomych, nie pamiętam co im mówię, ale dzwonienie do znajomych po pijaku cieszy zawsze niezmiernie. Gdzieś tam jeszcze majaczy mi partyjka Małysza, idę spać po raz drugi.

Ranek, głowa boli i cały śmierdzę pianką. Domek zresztą też. Na dworze zimno jak diabli. Nie muszę chyba pisać, że zmywanie na dworze (przez wczorajszą przegraną grę), w zimnej wodzie i na kacu, po całej imprezie nie należy do przyjemności. Jakieś śniadanie, jakieś sprzątanie. Niedobrze mi. Impreza zwraca się w krzakach poza działką, niedaleko brzegu. Nie zapowiada się miły dzień. Ładujemy z Krawcem śmieci z kilkudniowej imprezy do samochodu. Praktycznie pół bagażnika. Jedziemy je wyrzucić. Okazuje się jednak, że tam gdzie zawsze kontener stał, tam go dziś nie ma. Hmm, szukamy gdzie indziej. Pod pobliskim sklepem jest tylko kontener na puszki, jedziemy zatem do sąsiedniej wsi. Tam, też tylko pojemnik na plastik i na puszki. Zostawiamy samochód gotowy do ruszenia, gdyby jakiś miejscowy miał coś przeciwko, że zostawiamy śmieci obok pojemników na recycling. Co można, to Krawiec wrzuca do pojemników, podczas gdy ja chyłkiem opróżniam, pełen worków bagażnik. Szybko wsiadamy i odjeżdżamy po pokrytej kurzem drodze. Zazwyczaj popieram segregację odpadów, no ale żeby normalnych koszy na śmieci nie było nigdzie? Przecież to przesada.

Powrót dość ciekawy. Bagażnik wypakowany po brzegi, tym razem torbami (między innymi cała wielka torba Spaika, wypełniona książkami). Siedzę z przodu z gitarą między nogami. Vipex, Spaik i B. z tyłu z drugą gitarą, moim 70litrowym plecakiem i dwoma laptopami. Nie mam pojęcia jak się zmieściliśmy. Śpieszymy się do domu, bo B. musi zdążyć na pociąg, którym pojedzie do Łodzi, skąd z kolei pojedzie autobusem do domu, na jakimś zadupiu pod Kielcami. Praktycznie zdążamy. Praktycznie, bo jakieś 3 minuty przed odjazdem pociągu, zatrzymujemy się na przejeździe kolejowym (dworzec jest tuż obok, po drugiej stronie torów) i po 3 minutach widzimy przemykający obok pociąg do Łodzi. Jedziemy na przystanek pekaesu. Okazuje się, że za kwadrans jest autobus, więc wysiadamy i czekamy na niego z B. Spojrzenia ludzi uświadamiają mi, że nie wyglądam najlepiej. Kurta w białe plamy, wygląda jakbym wpadł do dołu z cementem, pod tym brudna koszula i takie same spodnie. Włosy nieumyte i nieuczesane, bo po piance nie dało się z nimi nic zrobić. Dosłownie jakbym uciekł z rumuńskiej budowy. Mina rodzicielki, gdy wszedłem do domu, bezcenna. Od progu zapytała czy chcę Alka-seltzer i zaczęła przygotowywać rosół.

Na koniec muszę dodać, że Vipex, to sympatyczny pomarańczowo biały pachołek drogowy, który został zabrany z pobocza, gdzieś w Kole, około pierwszej w nocy, gdy Krawiec ze Spajkiem błądzili w drodze nad jezioro. Ale naprawdę świetny z niego kompan.

piątek, 11 maja 2007
Wyjątkowo w tym roku obejrzałem eurowizję. Pomogła mi w tym Iga, Maciek i butelka Martini. Nie będę opisywał, kto co jak śpiewał, bo jak was to interesuje to pewnie oglądaliście, a jak nie interesuje to nie będę zanudzał. Mój faworyt to Macedonia. Naprawdę mi się podoba. Piosenka też. Poniżej pare autentycznych komentarzy z dzisiejszego wieczoru.

Dania (transwestyta w piórach)
- Penis mu wystaje.
- O kurwa, zmienił sukienkę.

Polska (The Jet Set)
- Respekt dla tego murzyna, podoba mi sie.
- On to mowi? On jest rasistą!

Serbia
- Jaki kurdupel.
- O ja pierdole. (to się wogóle pojawiało częściej)
Po minucie piosenki: -Kurwa to jest kobieta! Ogólnia ta eurowizja ma problemy z określeniem płci.

Malta (śpiewa rekordzistka w występach na eurowizji)
- Ale dziwisz sie jak oni tam mają 200 obywateli, to z czego wybierać? Wiesz ile ona wesel musi obskoczyć. Oni tam mają przejebane, bo jak jest eurowizja i 100 osób jedzie do Finlandii, to w kraju zostaje ich tylko 8 i głosowanie jest o dupe rozstrzaść.

Andora (widząc perkusistę, ogólnie zespół to blog 21)
- Coś ci sie kurwa rozmazało na ramieniu. Dwójke ma, dwójke ma na ramieniu namalowana mazakiem.
- Lo 27 to przy nich pokolenie kolumbów.

I na zakończenie jedno mądre stwierdzenie.
- Nie posyła się Mietka Szcześniaka na eurowizję, jeśli się chce wygrać.

poniedziałek, 07 maja 2007
Znacie pewnie wszyscy te fioletowe reklamy nowej sieci komórkowej? Okej, nie powiem, że mi sie podobają. Może nie są ładne, estetyczne, ale na pewno są szokujące. Rozumiem, że mogą obrażać nawet kogoś uczucia religijne. Ale nie przesadzajmy.
 
fot. Jacek Lagowski/AG
 
Właśnie przeczytałem tutaj informację, że te bilboardy z dziećmi propagują pedofilię. A dokładniej:
 
"Sprzeciw wobec kampanii marki Play wyrazili wcześniej m.in. rzecznik praw dziecka Ewa Sowińska i dyrektor programowy łódzkiego Centrum Służby Rodzinie - Tomasz Bilicki. Ich zdaniem plakaty z dziećmi, którą są częścią kampanii, budzą skojarzenia pedofilskie."
 
Ja po prostu nie rozumiem jak takie dzieci, których widok wręcz mnie odstręcza, mogą kogoś podniecać. Przyjrzyjcie się. Przecież one są psychodeliczne, okropne i straszne. Ludzie którzy uznali to za pedofilię nie widzieli pewnie reklamy PKO
 
Pedofilia w reklamie PKO
 
To zdjęcie mnie akurat zbulwersowało. Ile ta dziewczynka może mieć lat? Spójrzcie na jej pozę, spojrzenie i te różowe króliczki! Jakby tego było mało bank reklamuje się na stronie:
 
"Szybki Serwis Kredytowy pomoże Ci spełnić najskrytsze marzenia." 
 
Nie dziękuję za takie sryte marzenia, postoję, albo raczej usiądę, bo stanie się mi źle kojarzy.  Z kolei Sz.p. Artur Zawisza wyszedł z propozycją, by karać za minispódniczki i dekolt na ulicach. Ratuuunku! Jak tu nie zwariować? Przecież tego nawet nie ma jak skomentować. Na zakończenie wrzucam więc tapetkę z boli.blog.pl. (Skądinąd zawieszonego ostatnio.) Mam nadzieję, że za nią nie pójdę siedzieć.
 
suntapetka z boli.blog.pl
 
sobota, 28 kwietnia 2007
Potrzebowaliśmy z Maćkiem serwer. Części się uzbierały, brakowało tylko obudowy. Biała plastikowa obudowa znudziła się już wszystkim. Teraz drewno jest na topie, więc rabimy z drewna. Tak ogółem, co jest nam potrzebne, żeby zrobić własnoręczną obudowę:
  • Deski. To główny element i zarazem najdroższy. W zależności od rodzaju drewna od 30 do 80zł powinno wystarczyć.
  • Śrubki. Lepiej  niż gwoździe, radzą sobie z drewnem (zwłaszcza takim ja użyta przez nas sosna). Potrzeba kilkunastu długich i kilkunastu krótkich. Koszt to kilka złotych.
  • Chcemy żeby komputer był otwierany od góry. Do tego celu potrzebujemy dwóch zawiasów i magnes. To też można dostać za pare złotych.
Plus trochę niezbędnych narzędzi:
  • Srubokręt.
  • Drugi śrubokręt (żeby dwie osoby mogły wkręcać naraz).
  • Młotek.
  • Papier ścierny.
  • Wyżynarka. Ważne! Dobra wyżynarka ułatwia pracę. Jak nie masz, to kup, pożycz od sąsiada lub wynieś z Obi. Maciek kupił jedną specjalnie na tę okazję.
Zabieramy się do pracy. Wycinamy dół, boki i przód. Skręcamy wszystko (delikatnie, aby drewno nie popękało). Płytę główną pod którą jest gąbka mocujemy też śrubami.

pierwszy rzut oka na drewnianą obudowę

Po prawej widać wyciętą wcześniej wnękę na zasilacz. Bierzemy się za wycinanie stelaża, (dwie listewki) który przytrzyma nam dysk twardy i jednocześnie stanowić będzie podstawkę pod zasilacz.

 

tniemy listewki
mocujemy dysk twardy

 Dysk miał mieć wcześniej dodatkowe zabezpieczenie przytrzymujące go, jednak okazuje się, że ledwo się zmieścił w przewidzianej przestrzeni. Wciskamy więc go na siłę, za dwie listewki. Nie powinien wypaść (nawet przy potrząsaniu obudową - sprawdziliśmy.) 

przykręcanie zasilacza do drewnianej obudowy
 
Pojawia się problem: jak przymocować zasilacz. Postanawiamy zdjąc dolną częśc jego obudowy i przykręcić go na jedną, dostępna dla nas śrubkę. Co też nie jest łatwe, bo śrubokręt się nie mieści. Ale dla chętnego nic trudnego.
 
Wycinamy tylną ściankę
 
Wycinamy tylną ścianę, która jest najbardziej skomplikowana. Potrzebne jest miejsce na porty, na karty rozszerzeń i na wentylator. Udaje się. Po wycięciu (z zachowaniem zasad BHP jak widać) skręcamy wszystko. Przykręcamy obudowę na zawiasach, montujemy magnesy. Pozostało powkładać karty, procesor, wentylatorki i gotowe.
 
magnes trzymający
 
Widok na magnes do pokrywki i mocowanie dysku twardego.
 
bebechy
 
 Wszystko we wnętrzu działa sprawnie i cicho...
 
mebel drewniany komputer
 
 ..a z zewnątrz wygląda elegancko. Jedyne co zdradza, że jest to komputer to zasilacz...
  
drewniany komputer
 
... oraz tylna obudowa.

P.S. Nie ma narazie włącznika, więc serwer uruchamia się przytykając nóż do odpowiednich zworek. Co prawda, na przekór wszelkim zasadom BHP są one tuż pod otwartym zasilaczem, ale jak dotąd nikogo jeszcze prąd nie popieścił.
czwartek, 19 kwietnia 2007

Zasłyszane w Internecie, zmodyfikowane przez Rófjana Starszego.

- Wiesz, co jest najzabawniejsze? Małe różnice. Mają to samo gówno co my, ale ciut inne.
- Przykład?
- Wiesz jak w Czechach mówią na ziemniaki z serem?
- Ziemniaki z serem?
- Nie, przecież to Czechy.
- Więc jak na nie mówią?
- Brambory z syrem.

sobota, 14 kwietnia 2007

Wiecie co mnie wkurza? Wiele ludzi podaje często na swojej stronie/blogu adresy do innych stron. Zamiast jednak zrobić to poprawnie i stworzyć prosty odnośnik podają go w formie zwykłego tekstu. Tym samym zaprzeczając idei hipertekstu i www, która opiera się właśnie na powiązaniach stron ze sobą. Pół biedy, kiedy adres jest szybki i prosty w stylu: www.dupa.com. Czasem jest to jedak dwu, lub więcej wierszowy potwór w stylu http://costam.adres.xxx/php?=numer_galerii/blablabla/jessica_alba_5/pic_super_sexy765.jpg. Nie dość, że wygląda to mało estetycznie, to jeszcze przejście do takiej strony, to droga przez mękę. Zamiast ładnego opisu i jednego prostego kliknięcia, autor serwuje nam przymus zaznaczenia adresu, skopiowania go, wklejenie na pasku adresu i wciśnięcia enter (w firefoxie). W operze sprawa jest nieco prostsza. Trzeba zaznaczyć teskt, kliknąc prawym przyciskiem myszy i wybrać opcję przejścia pod zaznaczony tekst. Niemniej też nie jest to tak łatwe i proste jak byśmy chcieli.

Dlatego jeśli polecasz jakąś stronę, dorzuć sobie jakieś pół minuty pracy i stwórz prosty odnośnik. Zaoszczędzisz tym samym czas swoim czytelnikom, a i twoja strona będzie wyglądała ładniej. Zazwyczaj w serwisach blogowych jest specjalny przycisk do stworzenia odnośnika. A jeśli go nie ma, lub nie potrafisz go znaleźć, można to samo zrobić w czystym html'u. Poniżej opiszę jak to zrobić.

Aby stworzyć link należy napisać coś takiego:

<a href="W cudzyslowie wpisz adres strony">A tutaj wpisz opis, który będzie widoczny</a>

Ot, i cała filozofia. Dla przykładu, jeśli napiszemy coś takiego:

<a href="http://www.tjeden.blox.pl">Najlepszy blog w Internecie</a>

Naszym oczom ukaże się następujący link: Najlepszy blog w Internecie, po którego kliknięciu przejdziemy pod adres www.tjeden.blox.pl

Myślę, że prościej się tego nie da wytłumaczyć. Te wszystkie cudzysłowy, nawiasy (koniecznie takie trójkątne: < >, ze zwykłymi, bądź kwadratowymi nie zadziała) i a href są niezbędne. Pominięcie, lub zmienienie dowolnego elementu cały wysiłek nam zepsuje. Jeśli jesteście zainteresowani tematem to odsyłam do kursu XHTML'a. Miłego linkowania. :)

czwartek, 12 kwietnia 2007

Czwartek, ledwo wróciłem do domu na święta dostaję informację, że wieczorem jedziemy do Spaika nad rzekę (tym razem już nie Renault Masterem), będzie ognisko i impreza. Nijak nie idzie odmówić. Trochę po 21 podjeżdza po mnie Krawiec. W środku siedzi już Trin i Spaik, podjeżdzamy po Torianne. Gdy tylko wsiada, Spaik, który siedzi z przodu i na kolach trzyma laptopa, puszcza z niego "Lollipop". Potem jest jeszcze gorzej. W czasie jazdy następuje przekrój najbardziej głupiej muzyki jaką znamy, nie wiem nawet, czy w pewnym momencie nie ocieramy się o smerfne hity. Chyba raczej nie, niemniej jesteśmy blisko.

Dojeżdzamy już prawie na miejsce, zatrzymujemy się na wale przeciwpowodziowym. Wyciągamy pierwsze wino z zakupionych sześciu. Okazuje się, że nikt nie ma korkociągu. Wyciągam więc pęk moich kluczy, które już nie raz mnie z podobnej opresji uratowały. Jedna chwila, korek jest w butelce. Druga chwila, butelka przechodzi z rąk do rąk. Trzecia chwila, utelka jest pusta. Bierzemy drugą i powtarzamy znany rytuał. Wsiadamy do samochodu, podjeżdzamy pod domek. Przenosimy alkohol, koce, jedzenie i drewno z samochodu (po drodze zadeptując sąsiadowi trawnik) i kontynuujemy imprezę. Po chwili okazuje się, że zostały już tylko dwie butelki wina i pół litra dębowej. Krawiec ze Spaikiem, który jako jedyny jest trzeźwy, jadą szukać sklepu, zrobić zapasy, bo tego co zostało na długo nie starczy. W przerwie między popisami dziewczyn, które mogłyby stać się podstawą scenariusza całkiem przyzwoitego filmu erotycznego, otwieram kolejne wino. Tu jednak szyjka jest wyższa, ergo, ciężej wbić korek. Ponieważ robią mi się już na dłoniach odciski, biorę jakąś szmatę, jak mniemam, by sobie nią klucze owinąć. Pomaga, choć przy wpychaniu korka, wino się rozlewa na wszystko wokół. Łącznie ze starym telewizorem w solidnej, drewnianej obudowie, na której rzeczone wino otwieram.

Wracają Spaik z Krawcem. Musieli się wrócić do miasta, bo żaden sklep po drodze nie był otwarty. Ale kolejne sześć win przywieźli. Dziwimy się, że dość szybko się uwineli, na co Krawiec mówi, że Spaik gnał 160, bo się bał, że całe wino wypijemy. Rozpalamy ognisko, zaczynamy piec kiełbaski. Dochodzę do wniosku, że pieczenie kiełbasek nie jest zbyt emocjonującym zajęciem, w efekcie czego obie kiełbaski jem ledwo ciepłe. Na pewno nie były upieczone. Spaik mówi że jest chory i że zrobi sobie grzane wino. Kładzie zatem dwie butelki obok ogniska i czeka, aż się ogrzeją.

Dygresja. Dalej byłby najciekawszy kawałek, a w zasadzie to i totalny rozpidziel. Na prośbę, jednak pewnych osób relacja będzie nieco rozmyta i niekompletna. Po części też dlatego, że nie do końca wszystko pamiętam, albo też dlatego, że nie wszystko chcę pamiętać.

Nie mam już siły na wbijanie korków. Biorę więc całkiem przyzwoitej wielkości nóż i zaczynam ucinać szyjki. "Kurwa, nie u mnie, upierdalaj to za płotem." karci mnie Spaik, więc wystawiam ręce za siatkę i tam to wszystko robię. Muszę się też nieskormnie przyznać, że nabrałem w tym pewnej biegłości. O ile przy pierwszych butelkach musiałem kilka razy uderzać, to pod koniec imprezy jedno zdecydowane cięcie załatwiało sprawę.

Przez przypadek na poddaszu natykam się na dwie osoby, które się znajdują w dość intymnej sytuacji. Na tyle intymnej, że od razu od siebie odskakują, a jedna z nich zapina szybko spodnie. Druga mi mówi, że nie bardzo chce, ale jest pijana i wogóle jakoś tak wyszło i do końca nie wie co robi. Schodzimy wszyscy na dół. Nagle pojawia się problem: gdzieś znikneła Trin. Szukamy jej. Bezskutecznie. Spaik mówi, że poszuka jej poza działką, choć to głupi pomysł, bo brama (zwieńczona zresztą solidnymi kolcami) jest zamknięta na klucz, a siatka nie wygląda na taką, przez którą można by przejść. Nawet na trzeźwo. My tymczasem dzwonimy do Trin. Z okolic ogniska dobiega sygnał dzownka. Po chwili dzwoni Spaik, że znalazł zgubę i niedługo będą. Mija kwadrans. Dzwoni Spaik, żebym przyszedł mu pomóc. Znajduję ich za wałem. Trin się nieco opiera, że ona tu sobie w trawce śpi, że tu jej dobrze i wogóle jak możemy zakłócać jej wypoczynek Niepomni na te argumenty pomagamy jej dojść... do domku. Impreza chyli się ku upadkowi. My także. 60% stanu osobowego zwraca małe co nieco. Padamy.

Budzę się niczym Gunther. Z lewej strony Torianne, z prawej Trin, obie przytulone do mnie.Próbuję sobie coś przypomnieć, niemniej nic z tego nie wychodzi. Po chwili stwierdzam, że wszyscy jesteśmy w ubraniach, więc oddycham z ulgą. Wstajemy. Na śniadanie tylko herbata, bo Krawiec już rano zjadł pozostałą kaszankę. Zresztą dziś i tak jest post ścisły, bo to Wielki Piątek. Objawów kaca u mnie na szczęście brak, u reszty drużyny jest z tym różnie. Choć głównie doskiwera nam kac moralny, bo nie wszyscy wszystko pamiętają. Żartuję sobie: "No to teraz dziewczyny, po herbatce, postinorku i do domu.". Wszyscy się śmieją, choć u dwóch osób widzę na twarzach leciutki grymas niepewności. Sprzątanie, znajdujemy wszystkie butelki, w tym jedną w zgliszczach ogniska. Szyjek nie znajdujemy, zostają gdzieś poza siatką. Krawiec znajduje swój nowy sweter, cały zalany winem. Okazuje się, że ta szmata co mi wczoraj do otwierania butelek służyła to jednak nie była szmata. Ja odnotowuję brak jednek guzika w kurtce, a Torianne rozdarcie w spodniach. I siniak na pół pośladka. Największą zagadką jednak pozostaje to jak Trin przeszła przez siatkę, tudzież płot i nic sobie przy tym nie zrobiła?

piątek, 06 kwietnia 2007

Wysiadamy z Maćkiem na Metrze Politechnika. Stoi tam zawsze człowiek w obszernym kapeluszu, długiej, gęstej brodzie i ubraniu, które pralkę widziało wyłącznie na plakacie Media Markt. Sprzedaje własnoręcznie zrobione, drewniane deseczki z wyrytymi na nich imionami, lub tekstami, które mają być śmieszne: "Teściowa to skarb", a na drugiej stronie "zakop lub utop" i podobnymi. Widać po nim, że to profesjonalista. Sprzedaje swój towar wraz z wesołą gadką sprzedawcy deseczek. Nie wystarczy tylko sprzedawać deseczki. Trzeba też sprawić, by ich kupowanie było przygodą. Zatem wdaje się z nami w dialog, jak to sprzedawał deseczki w całej Polsce, że zarabiał dwa osiemset, a teraz ma tylko tych deseczek trzy parapety z czego wyciąga niecałe dwieście pięćdziesiąt Wybierając prezent dla Piotrka zastanawiamy się nad "Prawa dla kobiet" z rewersem "Lewa wolna" oraz "Tu się nie pije", na którego odwrocie widnieje "Tu się chla". Ostatecznie wygrywa to drugie. Wręczamy włóczędze dziesięć złotych, a on kontynuuje gadkę mówiąc że częste picie przedłuża życie. Odpowiadamy mu, że też wody nie pijemy, żeby nie czuć się jak zwierzęta i po kilku takich hasłach odchodzimy w stronę City.

Przy barze zamawiamy dzbanek piwa, pytamy się czy Piotrek jest na górze, owszem jest, udajemy się zatem po schodach na górę, gdzie już wszyscy siedzą. Składamy życzenia, wręczamy deseczkę i przyłączamy się do konsumpcji. Solenizant siedzi w środku z przylepioną do siebie Violą, koleżanką Oli, której całkiem niedawno zawrócił w głowie. Viola odziana w kusą spódniczkę, która innej dziewczynie mogłaby służyć za pasek do spodni, trzyma ręce pod koszulką Piotrka i co chwila szepcze coś lubieżnie do niego. Wygląda przy nim jak te przedstawiane na filmach o Las Vegas, panienki w kasynach, które są tylko ozdobą graczy i zsyłają im szczęście. Sprawia wrażenie, jakby to Piotrek był jej chłopakiem, bądź też takiego nie miała. I jedno i drugie oczywiście nie jest prawdą.

Po sali w bielutkich butach, krząta się nowy kelner, dziś jest jego pierwszy dzień w pracy. W pewnym momencie wylewa piwo wprost na obudowę bielutkiego MacBooka. Klient zrywa się ze swoim laptopem, powstaje zamieszanie. Osłupiały kelner bierze się za przepraszanie, jednocześnie niezdarnie starając się wytrzeć rozlane piwo. Jesteśmy zbyt daleko by słyszeć co mówi. Obstawiamy ile miesięcy będzie musiał pracować, jeśli zalał komputer. Zaraz zjawia się Malwina z obsługi, dłuższą chwilę rozmawia z klientem i widocznie laptopowi się nic nie stało, gdyż jego właściciel zostaje w barze. Pechowego kelnera tego wieczoru więcej już nie widzimy.

Zamawiamy kolejne piwa, Piotrek mówi, że chciałby nam postawić wódkę. Gdy dowiadujemy się o cenę, która nawet z rabatem oscyluje w granicach siedemdziesięciu złotych, rezygnujemy z tego pomysłu. Pojawiają się głosy, by wyjść na powietrze i tam zrobić flaszkę, jednak tę myśl też odrzucamy, gdyż koszt wraz z mandatem mógłby okazać się jeszcze wyższy. Pozostajemy przy piwach.

Pierwszy wykrusza się Maciek, następnie Buczek, potem Ola z Violą, za nimi Rufjan. Chciał się wyrwać wcześniej na "Magdę M", jednak wizja piwa przeważyła nad serialem i poszedł dopiero po jakimś czasie. Zostaje nas już tylko czwórka. Zamawiam Piotrkowi, Cycowi i sobie po wściekłym psie i kolejnym piwie, Asia na nic nie reflektuje. Po jakimś czasie przychodzi Malwina i pyta o ostatnie zamówienie, grzecznie dziękujemy i dopijamy ostatnie piwo. Zostaliśmy już tylko my i jacyś kolesie na parterze. I to właśnie hałas ich bójki przerywa nam miłą konwersację. Szybko schodzimy na dół, gdzie dwóch z nich się bije. Odruchowo chwytam jednego z nich, ktoś odciąga drugiego. Sytuacja nieco nerwowa, ale udaje się przekonać ich, że lepiej wypić piwo, niż obijać sobie pyski. Wracamy do stolika, a oni do łazienki opatrzyć się.

Trochę po fakcje zjawia się dwóch rosłych mężczyzn, ubranych w czarne uniformy z żółtymi napisami "agencja ochrony" na nich. Proszą nas o wypicie piwa, lecz ich przesłanie bardziej bardziej jak "Wypierdalaj stąd, byle szybko!", niż "O co zakład, że nie ściśniesz piwa w pół minuty?". Coś się psuje w ubikacji i gdy Cyc chce z niej skorzystać wywiązuje się między nim a ochroniarzem dialog:

-Tutaj nie wolno, możesz na podwórku.- mówi niezbyt przyjazny ochroniarz.

-Jak pies ?

-Coś ci przeszkadza?

-Nie po to żyję dwa tysiące lat w cywilizacji łacińskiej, by sikać jak pies.

Niestety ta argumentacja wywołuje tylko grymas niezrozumienia na twarzy osiłka, więc bezradnie opuszczamy lokal. Żegnamy Cyca i Asię, a że jest parę minut przed północą uznajemy z Piotrkiem, że cheesburger byłby idealnym podsumowaniem wieczoru.

Przejeżdżamy więc metrem dwa przystanki, wchodzimy do czynnego całą dobę MacDonalda na Świętokrzyskiej. Zamawiamy kilka kanapek, które połykamy w pośpiechu, gdyż zaraz będzie jechało ostatnie metro, a powrót do domu nocnym autobusem nie stanowi kuszącej nas perspektywy. Piotrek mówi, że właśnie przeżył najbardziej zajebisty dzień swojego życia, że dwie panienki woziły go beemką, zeszłej nocy po mieście, robili razem cudowne głupoty i ogólnie bawił się świetnie w swoje urodziny. Żegnamy się i wsiadam do ostatniego metra. Z wielkim trudem udaje mi się nie zasnąć i po piętnastu minutach wysiadam na swojej stacji. Próbuję dodzwonić się do Torianne, powiedzieć jej jak bardzo za nią tęsknię. Bezskutecznie. Piętnaście minut marszu po śpiącym Ursynowie i jestem w domu. Rozmawiam chwilę z Maćkiem, idę do siebie. Ściągam ubranie, kładę się do łóżka i zanim się orientuję, już śpię.

sobota, 31 marca 2007

Czy wtedy, gdy jeden z nich przebiera się notorycznie za Adolfa Hitlera i wygłasza płomienne mowy? Czy może wtedy, gdy twój inny znajomy wywiesza w swoim pokoju własnoręcznie zrobiony obrazek, na którym widnieje człowiek ze śmiesznym wąsikiem i podpis "Arbeit macht fre"? Czy też wtedy gdy jeszcze inny twój kolega, zaczepiony pod akademikiem przez Mormonów, którzy mu wręczają flamaster i proszą by na białej tablicy napisał czym jest dla niego szczęście, nie pisze jak inni słowa seks, wódka lub core 2 duo, tylko że szczęscie to dla niego czystość rasowa?