Dark side of the moon The Wall Wish You Were Here Achtung Baby HTDAAB Led Zeppelin Led Zeppelin Led Zeppelin Led Zeppelin Use Your Illusion I Use Your Illusion II Coma Dżem Nowoczesne przeglądarki

Muzyka

poniedziałek, 30 czerwca 2008

Że jadę na The Police dowiedziałem się koło południa. Co prawda od kilku dni widoki na bilet miałem, ale to na zasadzie jak nikt nie będzie chciał jechać, to ja z przyjemnością do Chorzowa się udam, a jak mnie tam zabraknie to nikomu się wielka krzywda nie stanie. Nikomu krzywda się nie stała, ale ja i tak pojechałem. Ze znajomością repertuaru jeszcze gorzej niż na Tori Amos, albo Stonesach, ale wiedziałem, że będzie śpiewał raczej Sting niż Bryan Adams, a i koncert na Stadionie Śląskim, więc może mi się spodobać.

Średnia wieku mojej ekipy to coś koło 35 lat, pojechałem z Mamą i Ciocią - mówiła, żeby ciocią ją nie nazywać, bo się czuje i wygląda młodo, więc będzie to nieciocia. Nieciocia wielką fanką Stinga jest, ma wszystkie jego płyty i w sumie jakby innych zespołów nie było, to i tak miałaby co słuchać i bardzo by się nie przejeła. Dzięki niej dowiedziałem się paru historii o zespole, między innymi tej, że gdy Andy Summers zaczynał w The Police, to umiał grać wyłącznie piosenki składające się z akordów A i E, a reszty douczył się potem.

W Chorzowie mnóstwo wozów z napisem Policja, pod jednym nawet zrobiliśmy sobie zdjęcie. Wejście na stadion, piwko, kiełbaska i na płytę. Pod sceną część wydzielona barierkami dla pierwszych kilku tysięcy osób, którym zależało by być przed sceną. My się tam nie załapaliśmy, ale za to byliśmy w trzecim rzędzie od tych barierek, czyli miejsce z bardzo dobrą widocznością i akurat na tyle blisko by móc ogarnąć całą scenę jak i cały czas widzieć cały zespół. Życzyłbym sobie taką widoczność na innych koncertach (nie tak jak na PJ Harvey, gdzie praktycznie siedziałem bokiem i po koncercie kark mnie trochę bolał). Przed nami dwie rozentuzjazmowane dziewczyny proszą stojącego przed nimi mężczyznę by je wpuścił przed siebie, bo on taki wielki jak one razem i mu zasłaniać nie będą, a on im i owszem. Facet odwraca się, uśmiecha się i mówi: „Takiego wała." Potem jednak okazał się miły i wpuścił je przed siebie

Support to „The Counting Crowes" - śpiewa taki facet w dredach, ze dwie piosenki może kojarzę. Pierwszy utwór nawet mi się podobał, ale gdy nie skończyli go w ciagu 40 minut to już miałem dosyć. Ok, może to były różne piosenki, ale wszystkie na jedno kopyto. Gra coś koło siedmiu czy sześciu osób, ale co z tego skoro facet w dredach cały czas przeżywa swoją niespełnioną miłość? Mimo, że skacze po głośnikach i gestukuluje jest to strasznie nudne. Lepiej by zrobił, gdyby znalazł sobie porządną dziewczynę, a nie ludzi po stadionach zanudzał. Jakieś 90% publiczności na oko ma podobne odczucia.

Za minutę 21 wychodzą The Police. Chyba pierwszy raz ktoś zaczął koncert o czasie, wielki plus na początek. Message In A Bottle - zaczynają grać, brzmi nieźle, ludziom się podoba, pełne trybuny robią meksykańską falę. Sting wygląda genialnie. Nie sprawia tego policyjna odznaka na pasku od gitary, a jego uśmiechnięta przez cały koncert twarz z supermęskim siwym zarostem. Też chciałbym kiedyś tak wyglądać. Andy Summers - wygląda jak podstarzały gitarzysta bez jaj, czyli po prostu nijak. Za to Copeland na perkusji wygląda jak typowy chłopak z polibudy, tyle, że trochę starszy i z białymi włosami wyrastającymi z opaski. W leczniczych lenonkach widać zmrużone z wysiłku oczy, a fakt, ze facet napieprza w bębny sprawia, że wygląda nieco obłąkanie, ale bynajmniej sympatycznie.

Don't Stand So Close To Me 

Większość piosenek kojarzę, z tekstami trochę gorzej no i na pewno nie jest to poziom, na którym po pierwszych taktach poznaję utwór, raczej jest to refren. Setlisty nie będzie, ale ogólnie co piosenka to lepiej, może szaleństwa nie ma, ale zadowolony jestem cały czas. No może do momentu gdy na plecach czuję szarżę o lepsze miejsce, jakiegoś grubego jak stodoła, pijanego jak ja na Olonaliach, kolesia. Facet robi trochę zamieszania, rozumiem, że to koncert i do tego na stadionie, ale z tańców to wszyscy wokół uskuteczniają raczej lekkie gibanie się i czasem klaskanie z podskokiem, a on rzuca się jakby był na punkowym koncercie. Ok, jest na punkowym koncercie, ale trzydzieści lat później, zespół i publiczność się zestarzała, a akurat ta piosenka jakoś super energetyczna nie jest. Próbuje wepchnąć się przede mnie, albo na mnie, wbijam mu łokieć w brzuch, ale napotykam tylko zwały tłuszczu, widzę, że do układu nerwowego nie dotarłem.Jakoś potem mu przechodzi i już bawimy się wspólnie (jakkolwiek to nie brzmi).

Robi się coraz lepiej, trochę skakania i radości jest na Every Little Thing She Does Is Magic, na De Do Do Do, De Da Da Da, już dużo więcej. Równo po godzinie przerwa i po króciutkiej chwili wracają z Roxanne. Tu już mnie porwali, wychodzi im świetnie, mi się podoba bardzo, ale myślę, że to efekt tego, że ten utwór znam dużo lepiej niż pozostałe. Tak samo jest z przedostatnim Every Breath You Take, tu już mogłem śpiewać bawić się i trochę poprzeżywać. Potem wyszli jeszcze na Next to you, gdzie w tle leciały ich zdjęcia z młodości i koniec. O ile zazwyczaj im dłuższy tym lepszy (koncert znaczy się), to tym razem było w sam raz. Nieco ponad 90 minut, czyli już się nasłuchałem, ale jeszcze nie znudziłem.

Koncert życia to nie był, ale cieszę się że pojechałem, te piosenki co znałem dobrze, to zabrzmiały odpowiednio, reszta całkiem przyjemnie, było trochę wspólnego śpiewania. Podpisuję się pod tym, co ludzie dzwoniący do Kaczkowskiego po koncercie mówili - zabrakło magii. Owszem, ludzie się cieszyli, że grają, ale trans i bezgraniczne uwielbienie to to nie było, a dodatkowo na scenie nic się nie działo, żadnej chemii w zespole i to się przełożyło na brak chemii z publicznością. Ale pojechać było warto.

Jak wejśc na koncert The Police za darmo?

Wujkowi - mężowi niecioci, który nas przywiózł, specjalnie na koncercie nie zależało i wybrał oglądanie półfinału Euro. Po pierwszej połowie, gdy nie padły żadne gole, przeszedł się pod stadion, gdzie spotkał stada koników z niewyprzedanymi biletami. Bez problemu w dniu konceru można było bielt dostać, więc konikowie, by amortyzować straty godzili się na sprzedaż biletów nawet po 50 złotych, czyli za mniej niż połowę normalnej ceny. A po rozpoczęciu koncertu rozdawali je nawet za darmo: „Pan weźmie, co ja z tym zrobię." I tak wujek obejrzał drugą połowę już nie meczu, tylko koncertu nie płacąc za to nic. 

sobota, 19 kwietnia 2008

U23DNicka Cave'a poznałem oglądając na dużym ekranie jego występ w Paryżu, spędziłem dobre kilka godzin w fotelu podziwiając wraz ze wszystkimi dodatkami Pulse Floydów i zobaczyłem wiszące trabanty z koncertu Zoo Station U2 w Australii. Też w kinie. Gdy pojawiła się więc możliwość obejrzenia kolejnego koncertu U2, tyle że a) z trasy na której byłem b) w trójwymiarze, nikt nie musiał mnie namawiać na kupno biletu.

Godzina w tych śmiesznych zielono czerwonych okularach siedząc wygodnie i oglądając Bono, dosłownie na wyciągnięcie ręki, nijak się ma oczywiście do emocji jakie wzbudziło we mnie wejście na płytę stadionu Śląskiego, gdy zobaczyłem gigantyczną scenę. A potem kilku godzinnego czekania, deszczu, ścisku i krzyku gdy gdzieś tam między głowami tłumu, pierwszy raz pojawił się zespół. Organizatorzy reklamowali to w ten sposób, że w kinie można poczuć się jak na koncercie. Nie można, ale dla tych którzy byli, jest to wspaniałe przypomnienie świetnego występu, a ci którzy nie byli, mają okazję zrozumieć, czym tak zachwycają się ci pierwsi.

Dobór kawałków, to największe hity i najbardziej spektakularne fragmenty koncertu. Jest więc i i wybuchające Vertigo, do którego tłum faluje w podskokach jak i animacja samolotu w Bullet the blue sky i zapierające dech flagi w Where the streets have no name. A na Fly tuż przed naszymi oczami (dosłownie bo to w 3D) przelatują napisy, te same co na koncercie. Publiczność spisała się świetnie, nagrywanie materiału w Ameryce Południowej ze względu na publiczność, było świetnym pomysłem. Tylko trochę krótko. I widać, że nie jest to integralny koncert tylko najlepsze fragmenty z dwóch występów, które miały miejsce dzień po dniu.

 

 

Od strony technicznej wszystko bez najmniejszego zarzutu. Było odpowiednio głośno (na koncertach w kinie często jest z tym problem), a wizualnie... Obraz jak żyleta, do tego podany w formie 3D wygląda oszałamiająco dobrze. Świetnie zmontowany, gdy trzeba to kamera pokazuje wszystkie szczegóły na scenie, a przy bardziej energetycznych fragmentach obraz roztańczonego tłumu na wypełnionym po brzegi stadionie.

Czego zabrakło? Bolących nóg, zapachu trawy i kurzu, deszczu moczącego scenę tuż przed występem, łokcia faceta, który stał przede mną i szukania after party o trzeciej w nocy w mrocznych zaułkach Chorzowa. A przede wszystkim smaku porannego pączka na dworcu o szóstej rano, gdy po nieprzespanej nocy z wciąż tłukącym się w głowie Vertigo, czytałem w świeżej gazecie o wczorajszym koncercie.

Bunkrów nie ma, ale i tak było zajebiście.

wtorek, 11 marca 2008
Na zewnątrz muru

Miałem wątpliwości czy jechać na koncert The Australian Pink Floyd Show, oficjalnego cover bandu Floydów. Co prawda, podobno grają jak oryginalni, a ich koncerty mają bardzo dobrą oprawę wizualną opartą o to co robili Floydzi, ale z drugiej strony, to przecież tylko namiastka. Jednak obejrzenie ich kilku klipów na youtubie ostatecznie mnie przekonało jakieś dwa tygodnie temu, grają świetnie. I wtedy się okazało, że biletów praktycznie nie ma, a te co są, to są daleko z boku i wysoko. Jak się nie ma co się lubi, to się ma co się nie lubi, kupiłem więc taki bilet i pojechałem.

Pokaż Spodku co masz w środku

Spodek miał w środku scenę, czyli otoczony światłami półokrągły ekran z dodatkowym okręgiem świateł w środku. W stylu tej na Pulsie, tyle że pewnie nieco mniejsza. Miejsce takie znowu najgorsze się nie trafiło, ale kilka lin dokładnie na osi oczy-scena, to nie jest szczyt marzeń.

W błysku reflektorów

Loga Australian Pink FloydZgasły światła, dają się słyszeć pierwsze dźwięki z The Wall i wchodzą ostro z In the Flesh. W miejscu gdzie siedziałem jest troszkę za cicho (ludzie na wprost sceny nie mieli takich problemów), ale tylko troszkę. Początek Ściany na żywo ma potężną moc, a zespół zdecydwoanie daje radę. Głosy bardzo podobne do Davida i Rogera, instrumenty też. Kupuję to. Owszem, różnią się od oryginału, ale taka jest specyfika koncertów, że gra się je inaczej niż w studiu. Publiczność też to kupuje, bo już przy pierwszym Another Brick in the Wall rozpoczyna się klaskanie.

Cegły

Światło znów gaśnie. Słychać nadlatujący helikopter, a dwa białe reflektory przeczesują ciemny spodek, by skupić się na osobie siedzącej w jednym z pierwszych rzędów. Słychać The Happiest Day of Our Lives i tuż po nim przy rozbłyskającyh światłach i świetnym śpiewie chóru trzech pięknych kobiet rusza We Don't Need No Education z rozbudowaną solówką. Tak wiem, że tytuł jest inny, ale większość populacji kojarzy to w ten sposób. Jak dotąd grają całego Walla po kolei, teraz przyszła pora na Mother. Piosenkę którą chyba najbardziej chciałbym usłyszeć. I słyszę... tyle, że Learning to Fly. Szkoda jednak, że nie zagrali całego albumu, ale podobnomają w planach odtworzenie trasy z The Wall, ze spadającymi kartonowymi cegłami na publiczność. Na to się piszę na pewno.

Wielki różowy złowieszczy kangur

Wielki różowy złowieszczy kangurWarto dodać, że z tyłu sceny praktycznie cały czas pojawiają się animacje, oparte na Floydowskich, tyle, że w każdej z nich pojawia się motyw kangura, a to maszerujące młoty, mają na trzonkach kangury, albo ręka z Wish You Were Here zamienia się w kangura. Z jednej strony trochę to psuje klimat, bo prawie się zapomina, że to cover band, a tu nagle widzisz różowego kangura. Z drugiej jednak się chłopaki odróżniają trochę. Money i Keep Talking trzymają poziom, a potem cicho słychać perkusję.. i grają One of these days. Wielkie wow, bo miałem cichą nadzieję na ten utwór (wolałem go niż Echoes, bo Echoes słyszałem w Gdańsku). Oklaski wzbudziło pojawienie się pod koniec piosenki wielkiego, dmuchanego, różowego kangura, który ze złowieszczym usmiechem podskakiwał do rytmu na środku sceny.

oni, a ONI

Potem była przerwa, a po przerwie Shine on. Ponieważ nie było grania na kieliszkach i słyszałem to już na żywo, więc na kolana mnie nie powaliło. Zresztą generalnie zasada była taka, że jak coś słyszałem u Gilmoura na żywo, to tutaj podobało mi się średnio. Za to piosenki, które słyszałem pierwszy raz wywoływały euforyczne emocje. Tak samo było z następnym Timem, który wciąż brzmiał świetnie, ale zabrakło emocji przy słuchaniu. Ot chłopaki udowadniają, że muzyka broni się sama, ale do góry nie skaczę, bo nie słyszę idoli.

Wyśpiewana solówka

Kangur z Wish You Were HereThe Great Gig In The Sky to praktycznie kilkuminutowy popis wokalny, w którym solówka gitary elektrycznej jest po prostu wyśpiewana. Normalnie na koncertach robią to trzy dziewczyny. Tym razem wszystko zaśpiewała Polka - Ola Bieńkowśka, która dostała potężne brawa. Jak odsłuchuję bootleg, to słychać kilka razy drobne przekłamania, ale w Spodku oczarawała chyba całą publiczność. Nie wiem ile osób potrafiłoby tą partię zaśpiewać równie dobrze co ona, myślę że niewiele.

Plecami do ściany

Potem z genialnym Hey You powrót do ściany, Empty Spaces i Young Lust, ten ostatni trochę taki dziwny, coś nie zagrało. Ale mimo wszystko znów uświadamiam sobie, że The Wall to dla mnie jest i będzie numer jeden. Po Wish You Were Here Ola przedstawia zespół i mówi parę słów od siebie, jak to się cieszy, że mogła tu wystąpić i że basista jest chory i ciężko mu występować. I rzeczywiśćie słychać to w następnym Comfortably Numb.

Kula

Comfortably Numb. Do tej piosenki byłem pod wrażaniem. Po niej powiem krótko. Spieprzyli. Nie chodziło o to, że wokal nie dał rady. Mógł nie dać. Nie chodziło o to, że chórki będą złe. Nie były. Chodziło o solówkę. Nie zagrała, było widać rzemiosło, zabrakło geniuszu. Obracająca się kula rzucająca magiczne światło na scenę nie uratowała show. Kula była trochę za mała za niska i się nie rozkładała, choć i tak miała swój klimat. A tak na prawdę, to po prostu na scenie zabrakło Davida Gilmoura, który sprawiłby, że gitara osiągnełaby szczyt swoich możliwości, a ja muzycznego spełnienia.

Świnia

Na bis był Run Like Hell. Bardziej niż na muzyce skupiłem się na gigantycznej, olbrzymiej, większej niż ciężarówka, mordzie świni (a raczej knura), która wyłoniła się z boku sceny i ze swymi świecącymi na czerwono ślepiami po prostu robiła niesamowite wrażenie. End of The Show.

Świnia z The Australian Pink Floyd Show

 

 

 

Posłowie (Peeselu)

Byli dobrzy, byli świetni. Oprawa wizualna naprawdę więcej niż daje rade. Show pierwowzoru musiało być Genialne. Gdybym miał lepsze miejsca, to myślę, że mógłbym być powalony dźwiękiem. W końcu to Muzyka Którą Lubię Grana Na Żywo. Tak, mimo tego, że kilka wykonań mi się nie podobało, to jeśli przyjadą, bez wahania pójdę raz jeszcze. Szkoda tylko, że to nie Pink Floyd...

środa, 12 grudnia 2007
Notka w dwóch wersjach.

Oto wersja dla tych, którzy czytali „Małego Księcia"

Led Zeppelin, to obok Queenu i The Doors, jeden z zespołów, których koncert mógłby wywołać u mnie uczucia podobne do tych wywołanych przez Gilmoura. O ile Queenu i Doorsów raczej ciężko będzie uświadczyć, to Zeppelinów można było dwa dni temu. I niestety mnie na tej imprezie zabrakło.

Wyobraźcie to sobie. Na scenę wychodzi Page, Plant, Jones i Bonham (syn oryginalnego perkusisty, który tak imprezował, że udławił się podczas wymiotowania w trakcie snu). Mają gitary, perkusję, prąd, fanów i zaczynają grać „Good Times, Bad Times". A później jest tylko lepiej, grają wszystko to co mają najlepsze (no może poza „Battle for everymore"). Ale na moje oko setlista idealna.

To, że był to ich pierwszy koncert za mojego życia, wynika z faktu, że większość moich ulubionych wykonawców, mogłaby być moimi rodzicami, jak nie dziadkami. Pociesza mnie tylko, to że wielbiciele Bacha i Mozarta są w gorszej sytuacji.

Teraz tak po cichutku i z maleńkim okruszkiem nadziei liczę na trasę po Europie...

Wersja dla tych, którzy nie czytali „Małego Księcia"

Pierwszy koncert Led Zeppelin od ponad dwudziestu lat.
20 tysięcy miejsc.
25 milionów chetnych.
Losowanie biletów po 125 funtów każdy.
Szansa trafienia: mniej niż 1:1000
Średnia cena biletu na e-bay: 2-3 tysiące funtów.
Najdroższy bilet: 83 tysiące euro.

Gdyby to byli Pink Floydzi, to bym brał kredyt...

wtorek, 14 sierpnia 2007
Pewnych rzeczy po prostu nie wypada opuścić. Jest facet, który w wieku ponad 60 lat wszedł na palmę, by zobaczyć kameleona, a potem spadł i tak się połamał, że odwołano trasę koncertową. Jest inny o twarzy tak brzydkiej, że nikt nie zwraca uwagi na jego krzywe nogi. Podobno ma język, który jest dłuższy od mojego, a kilka lat temu przez jedną z gazet został obwołany najseksowniejszym mężczyzną roku. Co prawda spora częśc fanek, mogłaby być jego wnuczkami, lecz on nadal porusza się po scenie, mając w sobie tyle energii co mała elektrownia. Jeśli tacy faceci, nazywani legendą rock & rolla mają wystąpić cztery przystanki autobusowe od twojego domu, to naprawdę nie możesz tego przegapić. Twoja mama również.

Tatiana Okupnik jako support to raczej średni pomysł. Przejście od bramek, pod scenę wraz, ze zwiedzaniem stoisk z koszulkami, plakatami i gadżetami pełnymi wywalonych jęzorów, zajmuje akurat tyle czasu, by jej uniknąć. Za to drugi support sprawdza się doskonale. Steve Harley And Cockney Rebel zaskakuje pozytywnie, największe emocje budzi sam Steve i towarzyszący mu skrzypek. Kawałek porządnej muzyki, jestem w trakcie poszukiwań ich płyty.

Wiele osób było oburzonych, że koncert odbywa się w ostatnim dniu żałoby narodowej. Usłyszenie minuty ciszy w wykonaniu kilkudziesięciotysięcznego tłumu, rozwiałoby to oburzenie. Wyobraźcie sobie głośny, wesoły tłum, który całkowicie milknie, na prośbę o uczcenie pamięci ofiar wypadków drogowych. I naprawdę nic nie słychać, poza dobiegającymi z oddali odgłosami miasta.

Scena robi wrażenie wielkiego bloku, który ktoś przez przypadek zbudował na torze wyścigów konnych. 70 metrów wszerz, oraz 30 w głąb i w górę zobowiązuje. I zdecydowanie robi wrażenie. Zwłaszcza gdy dwadzieścia minut po zapowiadanym początku koncertu, eksploduje...

A bigger bang. Na olbrzymim, czarnym telebimie pojawia się malutka jasna kropka, która po chwili wypełnia go całego. A potem z pierwszymi dźwiękami „Start me up" wybucha scena, sekundkę później publiczność. Jeśli wielki wybuch widziałby, ten koncert, to musiałby odejśc do domu ze wstydem, że nie był największy. Gdy dym z fajerwerków opada widać Stonesów. I dają czadu.

Mick Jagger biega po scenie, nie zatrzymując się ani na chwilę. Wygląda na swój wiek, ale zachowuje się jakby niedawno skończył siedemnaście lat. Dorzućcie do tego energicznie-nerwowy sposób chodzenia oraz mocny, choć nieco zaczepny głos i nic więcej o nim pisać nie muszę.

Keith Richards.... to po prostu połączenie zombie z Jackiem Sparrowem. Facet wygląda, jakby miał się zaraz ze starości rozpaść na kawałki, ale na gitarze gra świetnie. Często pojawiał się z papierosem w ustach, a swoimi ruchami i spojrzeniem mówił „Co ja tu wogóle robię? Aha gram na gitarze, to luz." Budząc przy tym mój nieustanny zachwyt. Ze dwie piosenki zaśpiewał sam, bez Jaggera na scenie. I to był zdecydowanie jeden z lepszych momentów wieczoru. Prawdę mówiąc, jestem średnim fanem Stonesów i wielu osobom się właśnie narażam, ale jakby pozbyć się z zespołu Micka Jaggera, to myślę, że na mojej liście przebojów, uplasowaliby się w ścisłej czołówce. Obejrzyjcie sobie zresztą jego wykonanie Love Hurts razem ze śliczną Norah Jones. Jak tu nie kochać tego faceta?

Setlisty tym razem nie będzie, bo i tak mało kogo to interesuje. Warty zapamiętania był duet Jaggera i potężnej czarnoskórej chórzystki, prawie, że zakończony ich kopulacją na scenie. No i moment kiedy wyjechali...

W pewnym momencie środkowa część sceny ruszyła do przodu, a na niej muzycy. Stonesi przejeli wynalazek z drugą sceną od U2 i na trzy utwory przenieśli się w sam środek publiczności. Jakieś dwa metry od miejsca gdzie stałem. Dzięki temu miałem okazję zobaczyć ich z naprawdę bliska (perkusista nosi różowe skarpetki) oraz usłyszeć ich odsłuchy, które skutecznie sprawiły, że nie słyszałem zbyt dobrze tych utworów. Po prostu, dźwięk który słychać z głównych głośników i obraz na telebimie jest spóźniony o jakieś dwie sekundy, względem tego co się dzieje na scenie. Z daleka, jest to nie do zauważenia, ale gdy się stoii kilka metrów od Keitha Richardsa, jest to dość odczuwalne. Niestety, po trzech piosenkach Stonesi wrócili na główną scenę na dobre. Pomijając Micka Jaggera, który pod koniec koncertu przebiegł przez cały wybieg (wzbudzając olbrzmymi aplauz), co przy jego wieku i długości wybiegu było nie lada wyczynem.

Podsumowując. Na Służewcu był rock & roll, był blues, były stare hity, wielkie gwiazdy, tłumy fanów, olbrzymi, nadmuchiwany jęzor na pół sceny i fajerwerki na zakończenie. I tak, owszem. „I can't get no satisfaction" naprawdę zajebiście brzmi na żywo.

niedziela, 05 sierpnia 2007

Gdyby ktoś powiedział mi trzy miesiące temu, że z własnej nieprzymuszonej woli będę słuchać w domu Tori Amos, to bym go wyśmiał. Dziś już tak nie mogę powiedzieć. Co prawda Juriusz już prawie napisał wszystko co można było o tym koncercie napisać, ale ja dodam parę słów od siebie.

Tak się złożyło, że w dniu koncertu zostałem bez biletu, a dokładniej miał do mnie przyjść listem priorytetowym rano. Nie przyszedł. Mimo, że sprawdzałem skrzynkę co godzinę, nic tam nie znalazłem. (Zauważyliście przy okazji, że gdy czekacie na tramwaj, to zazwyczaj wypatrujecie go, tak jakby od tego zależało jak szybko przyjedzie?) Jestem zły.

Parę godzin przed koncertem, udajeo mi się przez telefon znaleźć miejsce, gdzie jeszcze bilety można dostać, tyle, że niedługo zamykają, więc muszę się pośpieszyć. Wychodzę z domu i zmierzam w kierunku poczty, może się gdzieś bilet zawieruszył. Żeby było szybciej przeskakuję przez murek i wtedy pękają mi spodnie. Tak jakbym tańczył Madonnę. Krótkie rozpoznanie. Spodnie poszły tylko przy rozporku, dziura jest na kilka centymetrów. Nie mam już czasu wracać do domu i się przebierać. Jak będę miał szczęście, to koszulka wszystko przykryje i nikt nie zauważy. Choć wejść do sali KingKong'resowej w podartych spodniach - wstyd trochę.

Na poczcie dowiaduję się od niemiłej pani, że jak list nie przyszedł i nie mam avizo, to nie ma co myśleć o tym, że tutaj jest tutaj, a dokładniej to nikt mi go szukać nie będzie, a ja sam nie mogę. Zatem pozostaje mi tylko kupno drugiego biletu. W ticketpro (gdzie już trafiam z Juriuszem) trafia się ślepej kurze ziarno. To znaczy miła pani mówi, że tak, że bilety są. Na przykład tutaj w drugim rzędzie, prawie na samym środku. Ja proszę, żeby powtórzyła, bo przecież bilety wyprzedano dawno temu i do tego w ciągu trzech dni, a teraz się okazuje, że nagle trochę miejsc się znalazło i to wcale nie byle jakich. Pani potwierdza, więc kupuję bilet na drugi rząd, który jest raptem o kilkanaście złotych droższy od tego który pocztą nie doszedł (a był w rzędzie 31). Z jednej strony cieszę się jak dziecko, a z drugiej trochę głupio, bo Juriusz ma bilet właśnie na 31 rząd i pewnie gdybym mu tydzień temu tego biletu nie sprzedał, mógłby mieć spokojnie też miejsce w drugim. Zresztą trochę to skomplikowane wszystko jest, ale już starczy o biletach.

Dwie godziny przed koncertem w okolicy Pałacu Kultury mijają błyskawicznie. Wchodzimy do Sali Kongresowej, jakieś pięć minut przed występem. Pełna kultura, szatnia, numerki, miejsca siedzące. Znajduję swoje miejsce, siadam. Parafrazując Gaimana: Można powiedzieć, że jestem blisko i widoczność jest świetna, ale nie daje to pełnego obrazu sytuacji. Równie dobrze można by opisać planetę Jowisz jako większą od kaczki. Owszem, to prawda, lecz z pewnością nie cała prawda.

Obok mnie siada jakaś dziewczyna, okazuje się, że jest z Nowego Jorku, przyleciała specjalnie na koncerty (po Warszawie podąża za Tori do Pragi, Budapesztu i bodajże Wiednia), a bilet kupiła też dopiero dzisiaj. Opowiada mi mniej więcej co i jak będzie na koncercie, że po sześciu piosenkach Tori zejdzie się przebrać, a na koniec trzeba biec pod scenę, bo tak się wszystkie koncerty kończą. Ogólnie bardzo sympatyczna. Kończymy rozmawiac gdy gasną światła....

... i na scenę wchodzi Tori, w stroju Angel. Wygląda obłędnie.

Wolne wnioski odnośnie piosenek:

  • Body and Soul - perkusja, soczysty riff, cała sala klaszcze. Tori praktycznie, nie siada na stołku, tylko unosi się kilkanaście centrymetrów nad nim. I tak przez cały koncert. Nie widziałem nigdy nikogo, tak grającego na fortepanie (ale w sumie ja rzadko widzę, kogoś grającego na pianienie, więc porównania nie mam)
  • My Posse Can Do - dociera do mnie gdzie jestem. Tori gra prawie na wyciągniecie ręki. Jej ręce ślizgają się po klawiszach, a głos brzmi lepiej na żywo, niż z płyty...
  • God - zawsze lubiłem tą piosenkę, teraz już wogóle. Uhuhu ślicznie wyśpiewane.
  • Dragon - jak dla mnie trochę za nudna piosenka. Czasem odnoszę wrażenie, że Tori nagrała kiedyś jedną piosenkę, a teraz ją cały czas miksuje.
  • Secret Spell - mnóstwo energii i radości, aż szkoda, żę się siedzi.
  • You Can Bring Your Dog - jeden z moich faworytów na tym koncercie. Zaczyna się seks z foretpianem, a artystka zaczyna uwodzić głosem...
  • ...by po skończeniu zniknąć. Scena pustoszeje. Słychać tylko energetyczny miks Professional Widow. Nieco szkoda, że nie na żywo, ale za to jest klimatycznie. Napięcie rośnie i...
  • ... Big Wheel, czyli piosenka, którą w czasie tworzenia poddano potrójnej destylacji i został sam seks. Tori niedawno przekroczyło czterdziestkę. Przy tej piosence nie ma to znaczenia. Gra, rusza się i tańczy, niesamowicie kusząco. Odliczanka od ośmiu i "Don't you forget MILF". Czysty erotyzm.
  • Crucify i Caught A Lite Sneeze - napięcie nieco odpada, ale co kto lubi.
  • Cornflake Girl - mistrzostwo fortepianu. Nic dodać nic ująć.
  • Bells For Her - dla mnie jeden z remiksów poprzednich piosenek. Zdecydowanie, nie jest to jej najlepsza piosenka.
  • Glory Of The 80s - znów, tak jak Olo lubi. Wesoło i radośnie i znów krzesełko robi się nieco zbyt ciasne, jak na koncert.
  • Winter - piękna piosenka. Jeden z największym hitów. Zagrane świenie. Zaśpiewane fatalnie. Tori widocznie chciała, żeby zabrzmiało niekonwencjonalnie, zwolniła więc tempo, co całkowicie zarzżnęło tę piosenkę. :(
  • Baker baker - to było na wishlisćie i się nie zawiodłem.
  • Putting The Damage On - po pierwszych dźwiękach, mam prawie orgazm. Ribbons undone, myślę sobie, piosenka, która najbardziej chciałbym usłyszeć. Okazuje się jednak, że to tylko Putting The Damage On. Też śliczne, ale...
  • Black Dove - nawet nie myślałem, że kiedyś to usłyszę, na żywo. Tori stojąca między fortepianem, na którym gra jedną ręką, a pianinem, na którym gra drugą robi wrażenie. To, że śpiewa na przemian, na dwa mikrofony, również.
  • Code Red - na któym schodzi
  • Precious Things - bis. Widzę, że pod sceną pojawiają się pierwsze osoby. Biegnę więc i ja. Staję praktycznie na wprost, w pierwszym rzędzie. Zostaję tylko ja i Tori.
  • Bouncing Off Clouds - dobrze, że stoję, bo teraz bym już nie usiedział. Motyw na refrenie brzmi genialnie. Wspólne klaskanie, tak powinien wyglądać cały koncert. Czyli wywalić krzesełka z kongresowej!
  • Pancake - drugi bis. Cz już ten koncert ma się skończyc? Przecież dopiero się zaczeło
  • Hey Jupiter - wymarzona końcówka. Spokojna, ślicznie zaśpiewana. 100% Tori w Tori. Schodzi. Skandujemy, ale to już chyba koniec. Zapalają się światła, setlista ląduje jakieś pół metra obok mnie. Ale wpada w czyjeś ręcę. Opuszczam salę ze smutkiem, że to już koniec, odnajduję Juriusza i wracamy do domu, by do jeszcze do trzeciej w nocy słuchać Tori.

Wolne wnioski odnośnie Tori:

  • Jest piękna, jest genialna, jest seksowna. I ma Głos.
  • Trochę nie te włosy. Wolę, gdy ma na głowie burzę rudych loków, ale to już chyba nie te czasy.
  • Kolejne wymaganie, odnośnie przyszłej dziewczyny: Musi lubić Tori Amos. Tori nie ma brzydkich fanek. Przynajmniej takich w Sali Kongresowej nie zauważyłem.
A teraz czekam na PJ Harvey.
środa, 27 czerwca 2007
To nie jest taka prawdziwa recenzja. Raczej można by to nazwać zapisem pewnych dość przyjemnych, dwudziestu czterech godzin z mojego życia.

Środa rano. Jest parę minut po dziewiątej, wychodzę z domu. Mimo wczesnej godziny, czuję jak docierają do mnie niemiłosierne promienie słońca. Sytuację pogarsza to, że ubrany jestem w dżinsy, glany i czarną koszulkę Pearl Jamu. Czerwona chustka, zwisa z mojego paska, jak za czasów liceum. Już teraz jest gorąco, a co będzie za kilka godzin na Stadionie Śląskim?

Dworzec jest pełen ludzi, którzy wyglądają podobnie do mnie. Młoda, ładna dziewczyna widząc moją koszulkę uśmiecha się do mnie. Odwzajemniam jej uśmiech. Czysty pociąg do Katowic, w którym połowa pasażerów, jedzie w tym samym celu co ja, mknie, poczas gdy ja po raz kolejny czytam opowiadania Gaimana.

Wiele złego, słyszałem o dworcu w Katowicach. Że śmierdzi, że jest brudny i że to największe dzieło szatana na śląsku. Prawda jest taka, że to dworzec jakich wiele w Polsce. Przyznaję, że trochę ponieżej ogólnego poziomu dworców, ale tylko trochę.

Spotykam Slasha i Monikę, od których dowiaduję się, że mają tu bardzo tanie Pratchetty. Bardzo tanie w tym przypadku znaczy pięć złotych mniej niż w sklepie, ale z myślą o jutrzejszym powrocie, zaoopatruję się w najnowszą "Prawdę". (Prawdę mówiąc, dość słaba). Idziemy do McDonalda.

I tu pierwszy zawód. Nie tylko fani Pearl Jeamu przyjechali na koncert. Impreza niestety została połączona z występem Linkin Parku, co objawia się pokaźną ilością dużo młodszych osób. Mały shake i frytki, u siedemnastoletniego chłopaka, który swoim dwudziestocentymetrowym irokezem, paroma kolczykami w okolicach brwi i wojowniczym spojrzeniem, które manifestuje światu: "Patrzcie jaki jestem groźny, odgryzam kotom głowy na śniadanie.", powoduje co najmniej komiczny efekt. Ok, umówmy się od razu, że postaram się nie naśmiewać z fanów LP... zbytnio.

Po McDonaldzie czas na obiad. Lądujemy w sympatycznej pizzeri, z paroma piwkami. Gdy przynoszą pizzę, staje się ona mniej sympatyczna. Pizza okazuje się pulchną masą drożdzy, polaną keczupem, z czymś co na wierzchu wygląda na szynkę o smaku tuńczyka (miała być z tuńczykiem). Ogólnie, bardziej przypomina dowolną dworcową zapiekankę i zdecydowanie nie jest warte swojej ceny. Ale jest hmm... intrygująca?

Ponieważ wypadałoby się w końcu udać na koncert, wbijamy się do tramwaju i lądujemy pod Stadionem. Mieli już wpuszczać, jeszcze nie wpuszczają, idziemy więc na trawkę. Przypominam sobie, że za dwadzieścia minut jest kolokwium, nie waham się więc zadzwonić do znajomych, przypomnieć im, że się świetnie bawię i że złożę za nich ofiarę Dża. Ok, wpuszczają. Ustawiamy się więc w grupie ludzi i stoimy tak dobre pół godziny. Po czym orientujemy się, że wystarczy przejść dziesięć metrów na bok, gdzie nie ma kolejki, by wejść od ręki.

Kupujemy po piwie i rozkładamy się na trawce. Jest sympatycznie i młodzieżowo. Kończymy piwko, idziemy na płytę. Scena niezbyt duża, taka zwyczajna, zdecydowanie nie intrygująca. Dwa dość mizerne telebimy po bokach. Trzeba przyznać, że dwa lata temu U2 zrobiło na mnie większe wrażenie. Rozkładamy się na płycie. Pierwszy support kończy grać, nazywają się Guitarez, ale bez rewelacji.

Potem pojawia się Coma. Po części na ten koncert przyjechałem dla nich, zobaczyć jak sobie poradzą na dużym stadionie. Radzą sobie dobrze. Co prawda wszystko dość cicho, zwłaszcza wokal (zauważyliście na koncertach, że jeśli coś jest za cicho, to zawsze to wokal?). Grają same nowe piosenki: Pierwsze wyjście z mroku, Czas globalnej niepogody, Tonacje, System, Skaczemy, świetną Ostrość i Schizofrenię. Szkoda, że nie można usłyszeć starszych utworów, takich jak Piosenka Pisana Nocą, czy chociażby Anioły, ale teraz grają tylko to co wydali na płycie. A naprawdę szkoda, bo wiele świetnych piosenek chciałoby się usłyszeć jeszcze raz.

Po Comie razem z jakąś połową publiczności opuszczamy płytę, udając się w stronę cienia, na piwo. Występ Linkin Park'u nie budzi w nas żywszych reakcji niż ta w stylu: "Szkoda, że grają, bo trzeba jeszcze dłużej na Pearl Jam czekać." Jakieś dwie piosenki przed końcem ich występu wracamy na stadion, a tam wielki szok. Ludzie na trybunach szaleją, nie mówiąc o tych na płycie. Siadamy gdzieś z tyłu, przed nami stoją chłopaki z Comy, Rogudzki stoi przede mną. Dobrze, przynajmniej, nikt mnie nie widzi i z tego powodu, ludzie właśnie jego, a nie mnie proszą o autograf. Zaczynam czytać Pratchetta, ale gdzieś po stronie, dochodzę do wniosku, że co jak co, ale czytanie na koncercie nie świadczy najlepiej o szacunku dla wykonawców, więc przez przyzwoitość chowam go. Zresztą LP zaraz mówią jaki to Pearl Jam nie jest świetny, po czym schodzą.

Czekamy na główną gwiazdę utworu. Czekamy dłużej. Czekamy, a potem jeszcze trochę czekamy. Robi się ciemno i po jakimś pół godzinnnym spóźnieniu wychodzą. Najpierw Rearviewmirror, potem Animal. Eddie wygląda świetnie, rusza się świetnie, zgadnijsce jak śpiewa?. Chłopaki zdecydowanie dają radę. A nawet więcej. Czuć, że to jest rockowy koncert. Publika, może niezbyt żwawa, czasem trochę podskakuje, ale ogólnie bez szaleństwa. Ale najlepsze jest wrażenie kameralności. Nie czuje się, że to koncert na który przyszło 50 tysięcy ludzi, tylko czuje to, że grają wyłącznie dla ciebie.
Eddie czyta po polsku z kartki, ale radzi sobie gorzej niż Benedykt. Jak ktoś jest ciekawy, co powiedział, poniżej interesujący skan.

Przemowa Eddiego

A poniżej dla porównania wersja audio.

pj2007-06-13.04


Grają dalej, dalej świetnie. Najbardziej zapada mi w pamięc mocne World Wide Suicide i ballada Elderly Woman Behind The Count. Eddie śpiewa, publika śpiewa, ja staram się nie śpiewać, bo nie umiem, gitarki grają tak jak lubię najbardziej. Jestem w niebie. Ostre Even Flow i łapiący za serce Nothingman. No i Daugther. Bardzo długa solówka, przechodzi w bardziej niż znajomy riff. Eddie podejmuje "We don't need no, education." Zespół zbiera u mnie olbrzymiego plusa. Zawsze to miło na koncercie usłyszeć jakiś cover Floydów, choćby to był tylko jeden refren. Przeradza się to w mały protest song: "President Bush, leave  a kids alone, President Bush, leave this world alone." Jakby to powiedziała Ela Zapędowska, odnośnie Daugther, to jestem zdecydowanie na tak. Zespół schodzi ze sceny, ale po chwili wraca. Grają Whipping i zaczyna się Black. Jest bardziej niż cudownie. Cały utwór porywa, a końcówka z "tururutu turutu" i "we belong, we belong together" istnie łapie za serce. I ściska, aż to nie zaczyna krwawić. Wydaję się, że nie może być lepiej, ale słychać otwarcie Jeremy. Euforia i szaleństwo. Śpiewają i skaczą chyba już wszyscy. Ja nie wytrzymuję i drę się w niebogłosy, ale na szczęście się nie słyszę. Mam nadzieję, że nikomu nie psuję uczty. Zresztą mam to gdzieś, bo wszyscy i tak idą w moje ślady. Potem uspokojenie, Indifference. Bardzo nastrojowo, bardzo ślicznie, bardzo pięknie. Schodzą, zaczyna się skandowanie na bis. Które przygasa, gdy zapalają się światła.

Że co, że już? Przecież dopiero zaczeli. Grali nieco ponad półtorej godziny i tylko tyle? Rozchodzący się ludzie i sprzątanie sceny uświadamia nam, że to niestety prawda. Po koncercie dotarła do mnie setlista, na której miał być jeszcze Alive, Rockin' a może nawet Last Kiss. Wtedy do setlisty marzeń zabrakłoby mi chyba tylko Wishlista. Podobno koncert musiał się skończyć o dwudziestej trzeciej, a ponieważ było opóźnienie, przy wynoszeniu sprzętu Linkin Park'u, to wszystko zaczęło się dużo później i grało tak krótko. To co zagrali, zagrali lepiej niż bardzo dobrzę, więc też jestem ukontentowany, ale niedosyt pozostaje.

Idziemy na przystanek tramwajowy. Nie dziwi nas, że przystanek nie jest zatłoczny. Jest przepełnieniy, do tego stopnia, że częśc ludzi stoi na torach, a część na ulicy. Do pierwszego tramwaju nie udaje się nam dostać, za to do drugiego pchani falą, wręcz się wsuwamy. Choć w środku, już standardowy tłok, podobny do tego z godzin szczytu w Warszawie. Mija północ, więc z Moniką śpiewamy Slashowi sto lat i składamy życzenia. Myślę, że to całkiem przyzwoity początek urodzin.

Wysiadamy na rynku w Katowicach, kierujemy się do McDonalda. Późna kolacja, moje wykonanie na głos fragmentu World Wide Suicide powoduje uśmiech przy sąsiednich stolikach. Idziemy na dworzec pekaes'u. Parę minut przed drugą, Slash z Moniką może będą mieli autobus do Wrocławia. Może, bo rozkład w internecie nijak się ma do tego na słupie. Czekamy na ławce, mi udaje się nawet zasnąć. Trochę po drugiej dochodzimy do wniosku, że dziś jednak ten autobus nie kursuje, a nam robi się zimno, czas się udać na dworzec PKP. Po drodze mijamy bardzo sympatyczne dziewczyny, z którymi nawiązuję krótką wymianę zdań. Mają autobus o szóstej rano i wizję nocy na ławce. Zresztą tak samo jak ja. I bardzo im się podoba moja chustka.

O ile, za dnia dworzec w Katowicach może próbować sprawiać wrażenie przyjaznego, to w środku nocy już nawet nie próbuje. Na plus trzeba zaliczyć to, że jest jasno i ciepło. Na minus wszystko inne. Wrażenie trochę łagodzi, fakt że ludzie, którzy przyjechali na koncert, widocznie przegnali bezdomnych. Ale o miejsce na dworcu trudno, bo praktycznie pod wszystkimi ścianami i na schodach ktoś śpi, nie mówiąc już o ławkach. Zresztą nam nawet na myśl nie przychodzi zostać na dworcu, a jednym z ważniejszych powodów jest brak jednej konkretnej toalety. Zamiast tego jej funkcję pełni cały budynek, a odór moczu roznosi się w powietrzu lepiej, niż informacja o wyjściu na piwo, wśród studentów. Znajdujemy więc przyjemny bar, gdzie raczymy się colą, a ja zasypiam przy stoliku.

Przed czwartą budzi mnie Slash, ma już pociąg do Wrocławia, żegnamy się, zostaję sam. Robi się już widno, a ja z braku zajęcia idę szukać dziewczyn, z którymi mi się jakiś czas temu przyjemnie rozmawiało. Znajduję dwie dziewczyny, które siedzą na ławce, okazuje się, że to nie te, których szukałem, ale mimo wszystko pytam się, czy mogę się przysiąć, zgadzają się. Następuje powolna wymiana zdań w stylu, czy przyjechałem na Linkin Park, bo one tak i gdzie kto studiuje. Niezbyt intrygujące. Ponieważ wszyscy jesteśmy śpiący rozmowa przeradza się w niemrawą obserwację ludzi śpieszących do pracy. Żegnam się z nimi, a po chwili już zaczepia mnie żul, który pyta o godzinę. Odpowiadam, że piąta, na co on się dopytuje, czy rano, czy po południu, a na infomrację, że jest rano robi wielkie ehh. Kolejna inrtygująca rozmowa. Opuszczam go bez żalu i ostatnią godzinkę spędzam w jakimś ogródku piwnym, czytając Prathetta.

Pociąg przyjeżdza o czasie, od razu zasypiam, budzę się dopiero pod Warszawą. Za dwie godziny mam egzamin, ale uznaję, że jestem niesamowicie śpiący i zmęczony. Dodatkowo, po całej nocy w Katowicach wyglądam dość mizernie i czuję, że pachnę trawą, kurzem i koncertem. Kieruję się więc w stronę domu, który osiągam w okolicach dziesiątej. Prysznic. Spać.

Było warto.

piątek, 11 maja 2007
Wyjątkowo w tym roku obejrzałem eurowizję. Pomogła mi w tym Iga, Maciek i butelka Martini. Nie będę opisywał, kto co jak śpiewał, bo jak was to interesuje to pewnie oglądaliście, a jak nie interesuje to nie będę zanudzał. Mój faworyt to Macedonia. Naprawdę mi się podoba. Piosenka też. Poniżej pare autentycznych komentarzy z dzisiejszego wieczoru.

Dania (transwestyta w piórach)
- Penis mu wystaje.
- O kurwa, zmienił sukienkę.

Polska (The Jet Set)
- Respekt dla tego murzyna, podoba mi sie.
- On to mowi? On jest rasistą!

Serbia
- Jaki kurdupel.
- O ja pierdole. (to się wogóle pojawiało częściej)
Po minucie piosenki: -Kurwa to jest kobieta! Ogólnia ta eurowizja ma problemy z określeniem płci.

Malta (śpiewa rekordzistka w występach na eurowizji)
- Ale dziwisz sie jak oni tam mają 200 obywateli, to z czego wybierać? Wiesz ile ona wesel musi obskoczyć. Oni tam mają przejebane, bo jak jest eurowizja i 100 osób jedzie do Finlandii, to w kraju zostaje ich tylko 8 i głosowanie jest o dupe rozstrzaść.

Andora (widząc perkusistę, ogólnie zespół to blog 21)
- Coś ci sie kurwa rozmazało na ramieniu. Dwójke ma, dwójke ma na ramieniu namalowana mazakiem.
- Lo 27 to przy nich pokolenie kolumbów.

I na zakończenie jedno mądre stwierdzenie.
- Nie posyła się Mietka Szcześniaka na eurowizję, jeśli się chce wygrać.

środa, 31 stycznia 2007

Teledyski Aerosmith. Widzieliście Amazing? Widzieliście Crazy? Widzieliście Crying? Oglądałem te teledyski pierwszy raz pewno gdzieś pod koniec podstawówki, lub na początku liceum. I zrobiły na mnie wrażenie. Duże. I wrażenie pozostało. Oglądałem od tego czasu wiele dobrych teledysków, ale żaden nie przebił pod tym względem Aerosmith. Nie jest to bynajmniej zasługa zespołu, który swój występ w tychże ogranicza do grania na gitarach w różnych dziwnych miejscach i wygibasów przy mikrofonie Stev'a Tylera. Chodzi raczej o jego córkę Liv. I o Alicie Silverstone. I o fabułę. I o marzenia nastolatków.

Amazing - marzenie każdego samotnego, napalonego nastolatka. (Też takim kiedyś byłem) Usuwasz pryszcze, zakładasz kask, wybierasz motor, dziewczynę i ahoj przygodo. Jesteś w teledysku. A tu wszystko dozwolone, możesz polecieć samolotem, pójść na piechotę, a przede wszystkim jest Ona. I ty z nią. Na pędzącym motorze (bezpieczne tylko w cyberprzestrzeni). Nawet jak Ci się cola przedwcześnie wyleje, to zawsze jest backspace. I zakończenie, zawsze cieszy i zaskakuje. Miło też być czyimś marzeniem. Good night.

Crazy - kto z was nie chciał kiedyś wsiąść do takiego kabrioletu. Z takimi dziewczynami. Jest w tym teledysku coś z ostatniego dnia szkoły. I odrobina (odrobina? - dużo) szaleństwa. Odrobina? seksu. Czy ktoś widział gdzieś, żeby tak tankować samochód? Punkt dla ciecia, trzy punkty dla kolesia przy kasie, zawsze chciałem być na jego miejscu. Jest nawet striptiz. Żeńskiej widowni pozostaje traktorzysta. Też niczego sobie.

 

Cryin' - najlepszy. Zaczyna się mocno. Od mocnej gitary i... Alicji Silverstone. I to ona nadaje rytm temu teledyskowi. Ładnie potrafi dać w mordę. Ładnie samochód jej się psuje. Rozpina sukienkę. W taki sposób, że jak byłem mały była to dla mnie jedna z najbardziej erotycznych scen wszech czasów. Ten dziecięcy uśmiech po założeniu kolczyka... Znam nawet jedną osobę która robi tak samo. Ale wszystko przebija scena na moście. Zwykłe dżinsy, koszula w kratę i powiewające na wietrze blond włosy. Może się to wydać dziwne, ale tak właśnie wyglądał mój ideał dziewczyny z liceum. Chociaż, czy ja wiem, czy on się tak bardzo zmienił?

 

Amazing i Crazy .

P.S. Aha, jeszcze skok. Dziwne, że jej pół brzucha nie wyrwało. Ten kolczyk musiał być nieziemsko mocny.

piątek, 19 stycznia 2007
Na pewno jedną z najlepszych tras koncertowych na jakich nie byłem, jest Pulse Floydów. Muzyka, światła, emocje, tak w trzech słowach można opisać tamte koncerty. Multikino przed sesją zrobiło mi i Primowi miłą niespodziankę puszczając DVD z Earls Court. Plus ponad godzinę dodatków potem (w sumie puścili wszystko co było na płycie, łącznie ze zdjęciami i rozszerzoną listą płac, ale to w sumie dobrze, bo nic mi nie umknęło).




Co można w skrócie powiedzieć o tym koncercie?
Był śliczny Shine on, był leciutki Learning to fly, praktycznie większa połowa Division Bells, One of these days, no i kompletna, koncertowo wykonana (dosłownie i w przenośni) Ciemna strona księżyca. Sam zespół (praktycznie ci sami ludzie co w stoczni) i muzyka to nie wszystko. Fakt, muzycznie powalające, jak usłyszałem CD, to przed pół roku nie wyjmowałem ich z odtwarzacza. Ale potem zobaczyłem koncert. Powiedzieć, że zrobił wrażenie, to eufemizm. Powalił mnie i zniszył. Światła, efekty, wybuchy, płonące samoloty, setki laserów a w środku stoi parę osób i na luzie wykonuje Muzykę. Nie widziałem bardziej dopracowanego i robiącego większe wrażenie show. Można tego słuchać, ale dopiero oglądając docenia się całość.



Na koniec parę słów o perełce. Mianowicie chodzi o Comfortably Numb. Tak wykonanej na żywo piosenki nie widziałem nigdzie indziej. Gdzieś dwie trzecie piosenki zajmuje solówka. Ale jaka. Nie ma w niej żadnego zbędnego dźwięku, ani żadnego nie brakuje. Te za to co są, podnoszą z każdą sekundą napięcie. Gilmour sotpniuje je i podwyższa, po czym wchodzi na tak wysokie rejestry*, że są one na granicy dobrego smaku, ale robi to z takim wyczuciem, że słychać tylko czystą przyjemność. Orgazm w uszach. O oprawie wizualnej do tego nie mówię, bo jest równie powalająca, a nie chcę wam psuć zaskoczenia. Jeśli będziecie mieli kiedyś okazję ten utwór z tego koncertu zobaczyć, to naprawdę polecam. Nawet jeśli nie lubicie Pink Floyd i takiej muzyki. Naprawdę warto.

Cudowny koncert, szkoda że tylko w kinie, a nie na żywo. Aż mi się przypomniał pewien sierpniowy, słoneczny dzień i kilka godziń, gdy spełniły się moje dwa marzenia. Kusi mnie teraz by wydać setkę euro i jechać do Pragi, lub Berlina zobaczyć ostatniego Floyda, którego nie widziałem - Watersa.

* Przypis tylko dla studiujących na Polibudzie - nie chodzi o rejestry EAX, EBX, ECX i EDX.
 
1 , 2