Dark side of the moon The Wall Wish You Were Here Achtung Baby HTDAAB Led Zeppelin Led Zeppelin Led Zeppelin Led Zeppelin Use Your Illusion I Use Your Illusion II Coma Dżem Nowoczesne przeglądarki

Alternatywy

niedziela, 14 października 2007

W związku, z pojawiającymi się ostatnio coraz częściej pytaniami. Odpowiadam, że:

Tak, mam wspólokatora.

Tak, to dziewczyna.

Tak, jest ładna i sympatycznia. 

Nie, nie sypiamy ze sobą. 

wtorek, 04 lipca 2006

Czas akcji: po Olowej sesji.
Miejsce akcji: Olowy minimalistyczny ogródek (kilka m2 :)) + winda
Występują: Torianne, rÓfjan Starszy i Młodszy z Kotylionikiem*, dwóch Piotrków, Cyc, Olo

Miało być kulturalnie... Słoneczko przygrzewało, czytamy literaturę. Wszyscy oprócz Buczka, który to z niewiadomych względów po pierwszej stronie deklamowania poezji odmówił i wytrwał w tym postanowieniu prawie do końca imprezy. W sumie namawianie go zajęło nam jakieś pół godzinki, ale nawet koronny argument “ze mną się nie napijesz?” nie zadziałał, więc daliśmy chłopakowi spokój no bo co w końcu kurczę blade, na ostatnich Olonaliach się bardzo zmęczył przecież.
Czytamy sobie i czytamy, a tu nagle Piotrek J. do łazienki się przenosi. Wszyscy zdziwieni, że raptem po kilku kolejkach go zmogło, ale on mówi że nie, że to co innego. Z misją (i wsparciem w postaci husarii Sobieskiego) idzie Cyc. I nie wraca. Co się dzieje? Zaczynamy się zastanawiać. Kolejne prozycje to:

  • może cierpi na tą samą przydałosć co nasz prezydent, mówi że nie

  • egzamin Piotrakowi nie poszedł, ale nie no bo przecież poszedł

  • dziewcyzna go rzuciła, ale też nie pasuje, bo nie ma dziewczyny

  • może życie mu się nie udało, ale w sumie nei wiemy czemu miałoby się nie udać

  • może widział reklamę celulitu, tudzież oglądał dziś Plebanię

Nasze wątpliwości zostały rozwiane dopiero wtedy gry prawie wszyscy solidarnie przenieśli się do łazienki towarzyszyć Piotrkowi i przekonali go, że warto jednak wyjśc na słoneczko. A co mu było niech pozostanie tajemnicą... :)
Potem się rozkręciło, powtarzane wciąż “już możesz, napić się w miarę” zostało zastępione przez deklamowanie (dosłownie) Pana Tadeusza (choć pomocna była ściągawka na butelce). I tu nasze lektury się skończyły. Zbiórka, wyjście do Lidla na zakupy, poszli wszyscy prócz dziewczyn i mnie. Nie wracają. Nie wracjaą. Wracają, dzwonią domofonem, otwieram i czekam, zaraz będa, no bo to w końcu parter i do drzwi wejściowych daleko nie jest. Hmm coś ich nie ma. Hmm coś ich nie ma długo. Hmm zaczynam, się niepokoić, że zaczną jeździć windą (główna rozrywka dzieci z małch miasteczek, ja też lubię :) ). Chyba po kwadransie od wpuszczenia ich słyszę że trafili pod drzwi i moje przypuszczenia się potwierdziły. Z tego co udało mi się usłyszeć to plan jazdy windą był prosty. Chłopaki chcieli zobaczyć co jest pod ziemią i oczywiście w tym celu udało im się pojechać na pierwsze piętro, gdzie wsiedli sąsiedzi, zapewne zdumieni wizją pięciu facetów próbujących gdzieś dojechać windą. Okazali się jednak na tyle uprzejmi, że pokazali który przycisk nacisnąć, powiedzieli z której strony windy są drzwi, choć więcej o nich nie wiem. Cyc próbował ratować reputację w oczach sąsiadów tłumacząc: “Jesteśmy wulgarni i pijemy alkohol.”, co chyba nie okazało się najlepszym pomysłem. Praktycznie to już zapowiadało, że impreza zbliża się do swego końca, który swoją drogą też był pamiętny. Gdy już wszyscy się zbierali do wyjścia, patrże a brakuje dwóch osób. Słyszę, a tu w ogródku jakby wodospad. Wychodzę i widzę dwóch moich kulturalnych kolegów, którzy to najzwyczajniej w świecie odlewają się przez siatkę do ogródka sąsiada. Lekko mnie to zdenerwowało, no bo co w końcu kurcze bladę, ale łazienkę to ja mam już ładną i nawet drzwi są i się zamykają i tam można się załatwić, a nie u sąsiada. Chociaż dobrze, że wybrali tego, który jeszcze się nie wprowadził, a nie tego, który ma ładnie skoszoną cieciorkę i zadbane roślinki. Nazwisk tu nie podam i palcami wskazyawać nie będę no bo co by było jakby przeczytała to Cycowa Mama, tudzież dowiedzieli się o tym ci z tej dużej międzynarodowej korporacji biznesych maszyn i nie przyjeli Piotrka? Tłumaczyli mi poźniej, że oni chcieli dobrze, zresztą uznali, że szkoda by było obsikiwać mi ogródek więc zrobili to u sąsiada.
Pożegnaniom nie było końca, dawno nie widziałem tak przytulająych się facetów (chyba ostatnio na Brokeback Mountain), bo na nadchodzących rÓfenaliach nie wszysyc mieli się zjawić... ale to już temat na następną notkę.

*Kotylionik to zabawny (hmm, na pewno?) pseudonim dziewczyny rÓfjana. Pochodzi to z takiej gry słów: kot i lew, które to mają obrazowo przedstawiać jej charakter. Podobno jest też drugie znaczenie, którego jednak ja nie znam (coś mi się kojarzy z czapką).


wtorek, 11 kwietnia 2006
Odcinek 5: Olonalia

Nie mogło to być, coby parapetówki nie zrobić, a że Taki Jeden dodatkowo Analizę, po ciężkich bojach zaliczył, przeto okazja do świętowania (jeszcze przed świętami), była duża.
Zaczęło się niewinnie: rano jakieś piwko w City, jedno drugie, jadę do Cyca, bo dzień taki leniwy, a na wieczór trzeba być w formie. Po drodze jakiś sklep, jakieś dwa piwa, lądujemy u Cyca, gdzie zostaję uraczony bardzo dobrym spaghetti (nie wolno pić na głodniaka) i oglądam sobie Cartoon Network. Jako, że święta się zbliżały, a kolega nie miał jeszcze dla swej dziewczyny prezentu, usłyszawszy o moim (taki słodki miesiek z fabryki miśków, któremu wrzuca się nagranie swojego głosu i potem jak się go ściśnie, to mówi, twoim głosem), pomysł uznał za zacny i do centrum ruszyliśmy, celem nabycia dobra świątecznego. Wybór misia okazał się sprawą niełatwą “ten jest taki słodki, a ten jeszcze bardziej”, ale w obliczu nagrania swojego głosu była to kwestia raczej błaha. Po głębszym namyśle uznaliśmy, że miś mówiący “kopytko”, tudzież “loda szmato”, nie byłby najlepszym prezentem, a stanęło na romantycznym: “kochom Cie”, które to kolega Cyc kilkukrotnie nagrywać musiał. Zadowoleni, pani nam wypełniła misia, po czym wrzuciła do środka urządzonko z nagranym Cycowym głosem. W kasie spotkała nas miła niespodzianka, bo pani nam nie uwierzyła, że misiek mówi i policzyła jak za takiego bez głosu. Może wynikało to z faktu, że kolega Cyc po kilku piwach nie był zbyt przekonywujący, a poza tym nie mówił tego zbyt głośno, ale skoro pani twierdzi, że miś nie mówi, to nie będziemy się kłócić w tym przedświątecznym nastroju. Miś zapakowany wraz z metryką do misiowego domku, a my udaliśmy się na Wspólną, coby Maćka na imprezę wyciągnąć. Po krótkim przywitaniu: “Hej Maciek, masz absynt?” załadowaliśmy się w metro, celem dotarcia do Tesco, gdzie dokonaliśmy niezbędnych zakupów w stylu: paluszki TKZ*, napój gazowany TKZ, kefir TKZ (na rano, na szczęscie nie miałem przyjemności go próbowac), jakaś wódka, może jeszcze trochę paluszków TKZ, może jeszcze jakaś wódka. Tu naszą uwagę przykuła bodajże Polarna Gwiazda, mająca wygląd (a co ważne także i cenę) niczym wódka TKZ. (Szukaliśmy takiej, ale ku naszemu smutkowi i radości naszych wątrób nie znaleźliśmy). Na szczęscie udało mi się oprzeć szaleństwie niskiej ceny i dorzuciłem do wózka małego, pamiętnego Złotego Kłosa**. Były lekkie problemy z dotarciem wszystkich zainteresowanych białą literaturą na miejsce, gdyż niektórzy, poszli w przeciwnym kierunku i tylko telefon uratował ich od zawędrowania z Ursynowa na Żoliborz: “Widzisz, do Ciebie się idzie, tą drogą, o której Ola powiedziała, że to na pewno nie tędy.”
Reszta wieczoru minęła jak na prawdziwe Olonalia przystało, czyli na wspólnym szybkim czytaniu przeróżnych lektur przerywanym czasem dysputą na tematy rolnicze: “Dmowski powiedział, że żydzi są solą, tej ziemi. A czy widział, ktoś, żeby coś urosło na ziemi, która jest zbyt przesolona?”A gdy kolega Cyc, zaniemógł, odmówił dalszego czytania i zasnął, Rófjan, nie zważając, na nasze protesty uznał, że wszyscy muszą się zachwycać naszą literaturą. Po czym przelał treść noweli z kieliszka, wprost do Cycowego ucha, nie zwracając uwagi na nasze wołanie, nie tyle dobrem kolegi wtedy już podyktowane, ale co bardziej pragmatycznymi względami: “Przestań *****, bo wódkę marnujesz!” Po wylaniu zupki chińskiej na stół, doczytaniu reszty książek, gdy wydawało się, że już ani kartki nie zostało, wyciągnąłem Złoty Kłos, który to ostatecznie imprezę zakończył, gdyż niektórzy, ze względu na ból oczu, czytać więcej nie mogli. Połowa osób poszła do domu, połowa poszła później, a połowa została.
Budzę się rano, trochę jeszczę w głowie wiruje, nie mówiąc, o tym, że głowa boli niemożebnie. Zaglądam do ubikacji. Patrzę, nie ma papieru toaletowego, a pamiętam, że przed pójściem spać kładłem nowy. Jestem tego absolutnie pewny. Ze smutną świadomością, że ktoś musiał w nocy z nadmiaru czytania, swoimi refleksjami się podzielić i cały zapas na czyszczenie zabrudzonych powierzchni zużył, udałem się na obchód, ze zdumieniem spostrzegając, iż wszystko czyste jest. Z myślą:“Cóż, widocznie nie kładłem nowego papieru w nocy”, poszedłem spać jeszcze. Ranek uprzyjemnił mi fakt, że wirowanie dzięki sile odśrodkowej wyrzuciło ze mnie nadmiar wiedzy, co słysząc Cyc, począł się ze mnie umierającego bezczelnie śmiać. Ogólnie impreza się udała, nawet zwróciła, a tajemnicze zniknięcie papieru wyjaśnił mi po południu Rófjan:” Wiesz Olo, papier toaletowy ci ukradłem. Nie wiem czemu, uznałem, że to będzie bardzo śmieszne.”
Do dziś mi skurczybyk tej rolki nie oddał.


*TKZ- Tesco Korzystny Zakup.
**Złoty kłos- bardzo dobry trunek, kojarzony przeze mnie z weselem Siostry Torianne, po którym to weselu chorowałem 3 miesiące, a dzięki jednej z wyniesionych butelek, po raz pierwszy udało mi się sponiewierać na własnym wydziale, w czasie pamiętnej imprezy na początku studiów***
***Impreza odbywała się na naszym wydziale, a dokładniej w klubie studenckim Amplitron, gdzie to grał DJ'Gaik, a ja piłem owego złotego kłosa, popijając go piwem. A gdy zobaczyłem, że już go niewiele zostało, to dokończyłem na raz, po czym Primosz zaczął mi wmawiać, że widzę owieczki. Nie jestem do końca pewien, czy rzeczywiście ich wtedy nie widziałem. Dodatkową atrakcją, była moja modlitwa do Politechniki, gdy stanąłęm na placu z rozłożonymi rękoma, modląc się do mojej Alma Mater o pozostawienie mnie na swoim łonie. Powrót do domu udał się tylko dzięki temu, że nie przespałem przystanku (co się prawie stało.) Jakiś czas po imprezie klub zamknięto, rzekomo z powodu remontu, który do dziś się nie skończył. (Nie wiem w sumie czy się kiedykolwiek zaczął.)



środa, 05 kwietnia 2006

Odcinek 4: Pierwsi goście

Urządziwszy się już jako tako, można było zaprosić gości. Pierwszą osobą oczywiście była Kochana Torianne, która przyjechała do mnie jako i okazja była po temu, by powitać w Warshua, do kraju wracającego Hamleta. Odebrawszy moje szczęście z Zoo Station, pojechaliśmy do mnie witać się z zamiarem do sklepu udania się celem nabycia artykułów ogólnospożywczych (coś do jedzenia i wino). Witanie jednak na tyle nam się przedłużyło, iż wyszliśmy do sklepu dopiero przed 22, a ja byłem już w stanie lekko wskazującym. Lidl (dokładnie ten sam, który występuje w reklamie telewizyjnej) jest tani, ale okazał się zamknięty, co zmusiło nas do długiego dziesięciominutowego marszu na mrozie, brnąc w śniegu do pobliskiego hipermarketu. Zakupy były sympatycze, pełen dobrego humoru uśmiechałem się do innych klientów, pamiętam, że próbowałem do niektórych zagadywać tudzież machać, ale Torianne, chłodziła moje zapędy, do zbratania się z każdym przechądzącym człowiekiem. Mimo wszystko udało się zakupy zrobić przed zamknięciem i już chwilkę po północy delektowaliśmy się pysznymi nocnymi frytkami (patrz jeden z poprzednich wpisów). No ale trzeba było iśc spać, bo nad ranem Hamlet miał przyjechać, a my podjeliśmy się ważnego zadania przywitania go w kraju.
Trochę nam to nie wyszło. Możnaby powiedzieć, że lekko zaspaliśmy, ale nie byłoby to całkowicie zgodne z prawdą. Cóż po prostu Torianne, uznała, że nie wypada się pokazać przybyszowi z zagranicy z nieumytmi włoskami, a poza tym trzeba było rano coś przekąsić. Jeśli pamiętacie zimę w grudniu, to naprawdę, to nie mógł chyba być wtedy taki wielki mróz, skoro Hamlet wytrzymał na nim godzinkę czekając na nas(lekko spóźnionych) w jeansowej kurtałce.
Reszta pobytu przebiegała bez zakłóceń. Dowiedzieliśmy się wiele o zwierzątkach, o inseminacji świn*, o ochydnym smaku duńskiego piwa (ani to smakuje, ani alkoholu nie ma prawie wogóle). A wieczorem udaliśmy się na wycieczkę po stolycy, gdzie ja jako rodowity, z dziada prradziada warszawiak od roku, występowałem w roli przewodnika: “Tu jest Polibuda, tu jest choinka, tu Pałac Kultury, a tu jestem ja i wracajmy do mnie na wino, bo się zimno robi.

*Bardzo frapujący mnie temat. Puszcza się w zagrodzie odgłos knura, albo też wpuszcza się jednego, aby świnki odpowiednio się podnieciły. Następnie siada się wybrance na grzbiecie, ściska kolankami, a ona wtedy myśli, że to samiec ją dosiada. Dalej jest już z górki. Wystarczy podnieść ogonek i wsunąc materiał genetyczny gdzie trzeba, a następnie poczekać, aż urodzą się małe.

poniedziałek, 03 kwietnia 2006

Odcinek 3: Anioł

Coż, może to nie taki prawidziwy Anioł, jeno zwykły Pan Cieć, któren to siedzi przy drzwiach i wizytuje gości. A szczerze mówiąc to tylko siedzi, bo jak po raz pierwszy odwiedzali mnie koledzy, to nikt ich nie pytał do kogo idą, więc do końca nie rozumiem zasadności jego obecności, może poza tym, że przy wejściu/wyjściu wypada powiedzieć dzień dobry (Mamusia tak wychowała). Ponieważ głupio tak tylko wymieniać codziennie uprzejmości, razu pewnego zacząłem rozmawiać z Panem Ciecie i dowiedziałem się, że stróżowanie, to wcale nie taka łatwa praca. Niby w końcu jest telewizor, krzesełeczko i kawka, tudzież cherbatka, ale tak naprawde to akurat tutaj mu się średnio pracuje. Zdrzemnąć się dobrze nie da, bo co chwilę ktoś wchodzi lub wychodzi, a na przykład ci tu spod dziewiątki wczoraj imprezowali i o drugiej w nocu po piwo biegali i człowiekowi spać nie dali. Jeszcze na obchód czasem trzeba iść, a tu błoto wielkie panie, że sobie trzewiki ubłocić całe można. Jednym słowem ciężkie dykty. Nie to co na ten przykład na takiej budowie. Tam jak jest pakamera i we dwóch się siedzi, to jeden zawsze spać może, a i nikt nie chodzi i nie przeszkadza. Uświadomiony tym doniosłym faktem, jaka to niesamowicie ciężka praca jest, w której to spać się nie da pożegnałem się z Panem Cieciem i udałęm się rozmyślać nad jego ciężkim losem. Choć szczerze mówiąc, to mu nie zazdroszczę. Siedzenie kilka godzin dziennie nic nie robiąc, potrafi człowieka wymęczyć, zwłaszcza w czwartki na 6 godzinach wykładów.

czwartek, 16 lutego 2006

Wiercąc uchywty na karnisze udało nam się (a konkretnie to panu Antoniemu, którego zdjęcie zamieszczam poniżej), wwiercić w kabel, tak, że na chwilę zgasło światło, a mnie dopadły już depresyjne myśli, że przyjdzie mi niczym egipcjanom w tych ciemnościach mieszkać. Okazało się po prostu, że kabel był tak głeboko w betonie zatopiony, że magiczne urządzenie rodem z Hogwartu (takie co to bipaniem oznajmia, że w pobliżu jest prund) nic nie wykryło. Cóż, fachowcy potrafią robić psikusy. Takie jak wystająca na pół metra rura wentylacyjna, zamiast na kuchnie (trochę za duże słowo, wystarczyłoby aneks) wystaje prosto na pokój. Choć w sumie wzbudza to zawsze u nowych gości niejakie zdziwienie i zadumę nad zamysłem projektantów. Podobnie rury do kaloryferów idą centralnie przez środek pokoju, co ma tę wadę, iż nie można było jednej z listew przywiercić, tylko jest przyklejona, co objawia się ślicznym czarnym klejem zbierającym się wokól listwy, ale z drugiej strony przyjemnie w nózki grzeje.



Fachowiec zadowolony po pracy. :) Uprzedzając pytania informuję, że to na drzwiach to nie cegła, tylko gąbka pełniąca rolę obijaka. Acha kolor ścian wszędzie, to żółty. Wszędzie. Nie miałem weny takiej jak do kafelek. :)

Gdy tylko pan Antoni skończył, zacząłem kursować między tajną kwaterą Dr Evila, a Alternatywami, coby klamoty przenieść. Właściwie po raz pierwszy uświadomiłem sobie, że 15 minut do metra, to jednak jest trochę, wtedy gdy szedłem uginając się pod plecakiem ze stelażem pełnym książek.* Oczywiście po przyjściu okazało się, że nie mam nic w lodówce (nawiasem mówiąc nie mam też lodówki**), więc trzeba było iść do sklepu. Tym razem nie Tesco, bo do Żanta mam bliżej niestety, więc znów maszerowałem z wypchanym plecakiem (tym razem wypełnionym jedzeniem i różnymi napojami. ;)) W tym miejscu muszę wspomnieć o tym, że zlewu (w sumie kuchni jako takiej) jeszcze się nie dorobiłem i rolę głównego ujęcia wody w mieszkanku pełni to nad umywalką. Tak, że chłodzę na balkonie, a zmywam w łazience, dobrze, że chociaż nie załatwiam swych potrzeb w sypialni. :)
Kupno drzwi pozwoliło mi przypomnieć sobie cudowne czasy jawnego socjalizmu (których notabene nie pamiętam). Sprawa wygląda następująco: drzwi można kupić kiedy się chce. Ale z powodu tego, że w grudniu kończyła się ulga budowlana, to wierzeje (trudne słowo do zapamiętania ;)) stały się towarem deficytowym, gdyż po prostu co poniektóre fabryki nie nadążały za produkcją. Oczywiście Olo chciał drzwi, na które trzeba czekać na dostawę prawie dwa miesiące. Skutkiem tego do całkiem niedawna rolę drzwi do łazienki pełniła śliczna, lekko dziurawa, półprzezroczysta zasłonka, dodającą każdemu wyjściu za potrzebą w obecności osób trzecich, lekkiej pikanterii. W sumie ten delikatny ekshibicjonizm przeszkadzał tylko mojemu Kochanemu Słoneczku i koleżankom, za to facetom nie stwarzało to jakichś większych problemów (nie wiem dlaczego? :)). Kilkanaście dni temu doczekałem się w końcu Panów Monterów, na szczęscie nikt nie sprzedał ponownie kupionych przez mnie drzwi, co przydarzyło się niedawno Rufjanowi. Przyszedł do sklepu, po odbiór zapłaconych drzwi, ale dowiedział się, że nie ma tych jego, bo je sprzedali komuś innemu, tudzież może są na magazynie, ale mają renament i nie wiedzą w końcu czy je mają. Wracając do Panów Monsterów, to drzwi założyli, tylko okazało się, że nie mam klamek. Więc mieszkam sobie w pokoju bez klamek i mam nadzieję, że któregoś pięknego dnia nie zatrzasnę się sam w łazience...

*Zauważyliście pewnie, że w torbie najcięższe zawsze są książki. Wydaje mi się, że jest tak mimo, że sam papier jest lekki, bo to wiedza w nich zawarta tyle waży.

**Za to jej funkcję pełni zewnętrze za oknem. Jakiś czas temu, ta moja lodówka nieco się zepsuła, bo zamiast chłodzić, to mroziła i to do minus 20 stopni, ale teraz sytuacja wraca do normy. Jestem zapewne jedną z niewielu osób, które tak do końca nie chcą by zima przeszła. Bo gdzie ja wtedy będę chłodził piwo?

środa, 15 lutego 2006

Serio, serio przeniosłem się na ulicę Alternatywy, na Ursynowie (na “czwórkę” mam widok z okna). Niestety nie jest to sławetny blok, gdzie kręcono serial (ten “prawdziwy” :) jakieś dwa kilometry dalej się znajduje, może kiedyś się przejdę), ale też bywa zabawnie.

Odcinek 1 Remont

Jako, że w pustych ścianach mieszkać się nie da, przeto sprowadziliśmy ekipę w osobie pana Antoniego, któren to fachowcem jest dobrym, lecz uważa, że co nagle to po diable i trzy tygodnie mu zajęło położenie kafelek, podłógi pomalowanie ścian. Co potrafi majster, ot chyba każdy wie, w sumie ja jakichś większych przejść nie miałem, no może poza łazienka. Po obmyśleniu jak ma ona wyglądać, udaliśmy się po kafelki, nawet były te co chciałem, fajnie, ładnie wszystko wyliczone, wiemy ile dokładnie ma ich być nawet jak mają leżeć. Przyjeżdzamy do pana Antoniego i tłumaczymy na którą ścianę co i jak. Kafelek są trzy kolory plus trzy rodzaje kafelków od szlaczków, do tego na dwóch ścianach chcemy, coby płytki były horyzontalnie, a nie wertykalnie. Tata tłumaczy, tłumaczy, a gdy kończy, to pan Antoni kwituje to słowami: “Mnie to się zdaje, że pan to sam ni wie o co panu chodzi, a ja to już wogóle.” Teraz ja próbuję wytłumaczyć naszą wizję artystyczną. Rysuję na kartce wszystkie ściany, układam na podłodze kafelki, jak mają być. Pan Antoni drapie się po głowie i mówi: “Ja to sobie musze wszystko rozrysować”.Po czym wyciąga skraweczek papieru niewiele większy od znaczka pocztowego, adekwatny do tego ołówek i od początku pyta się co na którą ścianę i sobie dokładnie rysuje kafelka po kafelce dodając sobie tylko zrzumiałe przypisy. Skończył. Chwila na przemyslenia pytania, w końcu on nam zaczyna tłumaczyć jak to widzi, poprawiamy jego wizję i mówimy, że nie o to nam chodzi, po czym on znowu myśli, poprawia pyta się jeszcze raz o wszystko, my mu jeszcze dwa razy wszystko tłumaczymy, po czym pan Antoni kwituje to słowami: “Aaaaaacha, to nie takie trudne.”. Dwie godzinki tłumaczenia, ale gdy po dwóch dniach jechałem zobaczyć jak łazienka wygląda byłem pewien obaw, czy sie dobrze zorzumieliśmy, ale na moje szczęscie, widocznie tak było. A gdy pół łazienki było gotowe, (na szczęście nie cała) to przyjechała Fanka Dżemu i powiedziała, że trzeba pociągnąc kafelki troszkę wyżej, bo tak to źle wyglądą. I pojechaliśmy znów po kafelki, a pan Antoni znów zabrał się za kucie ściany, coby równo było...