Dark side of the moon The Wall Wish You Were Here Achtung Baby HTDAAB Led Zeppelin Led Zeppelin Led Zeppelin Led Zeppelin Use Your Illusion I Use Your Illusion II Coma Dżem Nowoczesne przeglądarki

Podróże

poniedziałek, 18 lutego 2008
  • Idąc brukowanymi uliczkami oglądasz starówkę, na którą właśnie spadł śnieg.
  • W doborowym towarszystwie jesz lasagne ze szpinakiem w przeuroczej restauracyjce, która znajduje się w piwnicach dawnego klasztoru na skraju plant. Jest pyszna, więc dajesz się skusić na lody z naleśnikami i gdy wstajesz od stołu, już wiesz, że kiedyś koniecznie musisz tam wrócić.
  • Idziesz do kinokawiarni w Arsie, gdzie antyczny projektor tak klekocze, że ledwo słychać dialogi chińskiego filmu o pożądaniu, a barierka balkonu zasłania część obrazu. Nie przeszkadza ci to, bo wypiłeś wcześniej karafkę wina do lasagne, a śliczna dziewczyna siedzi ci cały czas na kolanach.
  • W czasie wychodzenia z kina orientujesz się, że ostatni tramwaj odjechał dziesięć minut temu.
  • Idziesz przez starówkę Krakowa nocą.
  • Idziesz przez Kraków nocą.
  • Zamawiasz taksówkę, no bo ile można iść przez Kraków nocą?
  • Wstajesz niewyspany. Co ty robiłeś w Krakowie nocą?
  • Nachodzi cię refleksja odnośnie miejsca w którym śpisz. W każdym większym mieście są Bielany: w Warszawie, we Wrocławiu, w Krakowie też są. Ale czemu to zawsze musi być na takim zadupiu?
  • Zaczynasz poważnie zwiedzać miasto.
  • Jest ci zimno.
  • Po kilku minutach lądujesz w galerii Andrzeja Mleczki, bo wewnątrz jest ciepło i są śmieszne obrazki.
  • Gdy ogrzejesz się trochę i naoglądasz śmiesznych obrazków idziesz zwiedzać dalej.
  • Jest ci zimno.
  • Oscypek i kubeczek grzańca powinny cię rozgrzać trochę.
  • Rozgrzewają, ale to paskudne połącznie.
  • Urządzasz rajd po Krakowkich kościołach. Mariacki jest zawsze na topie, św. Jana robi wrażenie przytulnego, u Benedyktynów jest najbardziej gotycko i tam ci się podoba, u Franciszkanów jest ciemno i ci się nie podoba. Do Piotra i Pawła nie wchodzisz. Na dziś masz już dość kościołów.
  • Prawie zasypiasz w Empiku, a jest dopiero popołudnie i masz jeszcze dziś iść na imprezę.
  • Z zewnątrz oglądasz: skałkę, wawel i smoka. Kościół na skałce jest zamknięty, na Wawel ci się nie chce iść, bo już kilka razy byłeś, a smok? No bez jaj, jak obejrzeć smoka od wewnątrz? Trzeba być faszerowaną owcą. Albo dziewicą.
  • Jest ci zimno.
  • Nie idziesz na imprezę, bo jest zimno, nie chce ci się, a perspektywa wieczoru z grzanym winem i nie tylko faworkami cię kusi.
  • Po śniadaniu o siódmej rano, na które składają się pierożki i dwie filiżanki grzańca, idziesz na mszę do Benedyktynów, gdzie włączasz na głos odtwarzacz empetrójek w komórce. Przez przypadek.
  • Nie ma miejsc na żaden pociąg do Warszawy, więc mimo, że stoisz w Warsie, to płacisz za miejscówkę. Bez wskazanego miejsca. Takie rzeczy to tylko w PKP.
  • Planujesz kiedy znów pojedziesz do Krakowa...
środa, 05 grudnia 2007
Tysiące okropnych rzeczy, gnało nas tego ranka. Dodge Nexia, mignął kierunkowskazem i wypadł na Ursynowskie ulice, zatłoczone niczym zlew po imprezie. Nie patrzyłem w tylne lusterko, bo bałem się, co tam zobaczę. Przejechałem przez rondo i wrzuciłem czwórkę. Pod pedałem gazu wyczułem nieoczekiwany brak oporu. Wcisnąłem więc mocniej. Choć z trudem, ale Nexia to przełknęła. Przez kilka krótkich chwil byliśmy uratowani, oddalając się od zagrożenia. Właśnie wtedy wyrosło przed nami drugie rondo. Szybka redukcja i ostrym manewrem przejechaliśmy przez nie. I zaczęło się dziać coś dziwnego. Naciskanie pedału gazu, przestało przynosić rezulataty, a spod maski dobiegły nas dziwne, głuche dźwięki.

Gdybyśmy lecieli samolotem, to byłby ten moment, w którym łopatki śmigieł przestają się obracać, wydając przerażającą ciszę, a my zamieramy patrząc z niedowierzaniem na wskaźnik paliwa. Wiem, że kontrolka rezerwy świeciła się od kilku dni, ale przecież powinno jeszcze coś być na dnie baku. Nie było. Na próby dodania gazu, Dodge zareagował krztuszącym się jękiem. Wjechałem więc na parking, między budkami z azjatyckim żarciem, gdzie ostatnim wysiłkiem Nexi udało się zaparkować. Tylko raz zgasła po drodze. I razem z uroczą Współlokatorką ruszyliśmy pieszo do metra, by przypomieć sobie czym są ludzie pierogi...

niedziela, 11 listopada 2007
Ze Slashem spotkałem się na dworcu kolejowym w Rzeszowie. Pociąg z Wrocławia przyjechał o bluźnierczej godzinie, czwartej nad ranem, z minutami. Pół godziny później niż mój.
- Mam coś dla ciebie, by uczcić tę okazję. - powiedział na powitanie Slash.
- Też mam coś dla ciebie, mordo ty moja. - i oboje wyciągneliśmy po piersióweczce.
Oczekiwanie na pekaes (radziecka konstrukcja, z lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, którego kierowca nie ukrywał poirytowania wczesną godziną, o której przyszło mu pracować) uwypukliło między nami inne podobieństwa. Tak jak obydwaj nie omieszkaliśmy zabrać ze sobą mocniejszego alkoholu, tak samo obydwaj nie spakowaliśmy chociażby żadnych sztućców, talerzyków, menażek, pasty do zębów, czy też szamponu i paru innych rzeczy. Ale w górach liczą się przecież przedmioty pierwszej potrzeby.

Po ósmej pojawiły się góry. Nie, góry to brzmi zbyt imponująco. Po ósmej naszym oczom ukazały się Bieszczadzkie zbocza, pokryte kolorowym dywanem liści. Jeśli wybierasz się w Bieszczady, to tylko jesienią.

Widok z Połoniny Wetlińskiej na Otryt by Hohnender 

Ustrzyki Górne przywitały nas koło dziewiątej piękną pogodą. Pierwsze kroki skierowaliśmy "pod Caryńską". Żurek i najlepsze na świecie, przygotowywane w mikrofali grzane wino, to wspaniały początek weekendu. Usiedliśmy na zewnątrz i popijając rubinowy napój, który nigdzie indziej nie smakuje tak dobrze, zachwyciliśmy się po raz kolejny jak tu pięknie, po czym ruszyliśmy do Wetliny.

najlepsze grzane wino pod słońcem 

Odległości w Bieszczadach są duże. Dlatego rozwinięta jest tu sieć autobusów, które kursują między wioskami praktycznie co godzinkę, a nawet częściej. Problem polega na tym, że jeżdzą tak tylko, przez dwa miesiące wakacji. Poza sezonem masz szczęście jeśli w ciągu dnia zobaczysz jeden, może dwa pekaesy. Sytuację ratują prywatne busy, które są lekko mówiąc dość pojemne. Czyli, tam gdzie z rozkładu siedzeń wynika, że powinny siedzieć trzy osoby, przy lekkim wysiłku mieści się pół tuzina. Nie wspominając o bagażniku z tyłu, gdzie znaleźliśmy trzy taborety, w czasie drogi też zajęte przez ludzi. Jednym słowem wesoło i przytulnie.

W połowie drogi między Ustrzykami, a Wetliną, pomiędzy dwiema połoninami przycupnęły Berehy. W porównaniu z nimi, Ustrzyki to Nowy Jork. Parking, kiosk z pamiątkami i dwa domy za zakrętem, to wszystko. Kiedyś była to ludna wieś, licząca kilkaset chat, ale została całkowicie spalona w czasie bratobójczych walk Polsko-Ukraińskich. Jak większa część Bieszczadów zresztą. Na naszą uwagę, że to straszna dziura, kierowca busa powiedział, że kiedyś mieszkało tu ponad tysiąc osób.
- Wszyscy wyjechali do Irlandi? - raczej, stwierdził, niż zapytał nas współpasażer.

Po dotarciu do Pierożkowej Babci przebraliśmy się już we wspinaczkowy ekwipunek i byliśym gotowi do wyjścia w góry. Podczas gdy Slash udał się do ubikacji, ja zasnąłem z butami na nogach, mając nadzieję na dziesięciominutową drzemkę. Gdy Slash zobaczył mnie i bezskutecznie spróbował obudzić, uznał, że chwila snu jemu też nie zaszkodzi. Jak otworzyłem oczy, na zewnątrz padało. Dziesięciominutowa drzemka okazała się kilkugodzinnym snem, a ponieważ zbliżał się wieczór udaliśmy się na obiad, a następnie wyruszliśmy do Bazy.

Są na partertach szklanych wieżowców miejsca, gdzie eleganccy biznesmani po ciężkim dniu pracy luzują krawaty i popijając piwo, oglądają mecz z Azerbejdżanem. Są ogródki piwne, przy zatłoczonych deptakch, gdzie w czerwcowe wieczory ludzie chodzą odpocząć i porozmawiać o tym, gdzie spędzą wakacje. Są też bary, gdzie w w mniej lub bardziej kulturalnej atmosferze, studenci oblewają zdane egzaminy i wpadają wypić piwo po zajęciach (zawsze tylko jedno). Baza Ludzi z Mgły nie należy do żadnej z tych kategorii. Leży dokładnie po drugiej stronie skali.

Drewniany budynek ze spadzistym dachem, wygląda jakby przeniesiono go z planu Przystanku Alaska. Tabliczka informuje, że czynne jest "Od otwarcia, do zamknięcia". W środku znależć można bieszczadzkie Mos Eisley. O ile wszystkie ściany w Mos Eisley wypełniają obrazy pędzących koni.

To jedno z tych nielicznych miejsc w galaktyce, w których możesz przytulać się, do żula, zwanego Jimi Hendrix, który mówi, że Perfect ukradł mu połowę tekstów, a Rysiek Riedel nocował na jego polu namiotwym. Potem możesz próbować dodzwonić się do perkusisty Dżemu, ale barka, na której mieszka, będzie pewnie poza zasięgiem. Tu właśnie wmówisz dziewczynie naprzeciwko, że nazywa się Lacrimosa, po czym stwierdzisz, że to głupie imię. A gdy poprosisz o wścieklaka przy barze, możesz usłyszeć od barmana, że mu przykro, ale właśnie zabrakło spirytusu.

Przy pierwszym piwie poznaliśmy Krzysia. Równie dobrze mógł mieć trzydzieści lat, jak i pięćdziesiąt kilka. Prawdziwy jego wiek zna chyba tylko jego niedbale nałożona czapeczka. Siedział, w rozchełstanej koszuli, ukazującej nagi tors. W jednej ręce trzymał tępy kozik, w drugiej, fantazyjny kawałek drewna, któremu próbował nadać wygląd Jezusa, świętego z brodą, albo jakiegoś innego Dusiołka. Nie wiadomo, postęp prac nie był duży i zdecydownie mu nie szło. Po każdych kilku ruchach nożykiem (cud, że miał jeszcze wszystkie palce), wbiajał go ze złością w stół wspominając coś o tępej kurwie, po czym brał kufel z winem i robił rundkę po barze.

Wszędzie indziej na świecie Krzyś spędzałby czas na jakimś dworcu, będąc zwykłym menelem. W bieszczadach, może aspirować do roli artysty. Nawet jeśli ten artyzm ogranicza się do rzeźbienia koślawych, nieszczególnie ładnych figurek. Ponadto dwie rzeczy odróżniają go od zwykłego żula. Po pierwsze nie żebrze, tylko raczej naciąga na kolejkę, albo sprzedaje rękodzieło. Po drugie pije wino z kufla w barze. To chyba świadczy o jakimś statusie. Choć to ostatnie, to chyba norma, bo nie ma wieczoru, żeby Baza nie przyciągnęła takiego typu obwiesi. To też jeden z jej uroków.

Kolejne piwa spędziliśmy objadając się frytkami i grając w piłkarzyki. Najpierw między sobą, a potem zostaliśmy sromotnie rozgromieni, gdy inna drużyna wyzwałą nas na pojedynek. Szafa grająca stojąca w kącie zaśpiewała, na nasze życzenie, głosami Axla Rose'a i Billego Idola. Przy którymś kuflu zauważyłiśmy śliczną dziewczynę. Naszej uwadze nie uszło, to że ma chłopaka. W jakiś sposób dowiedzieliśmy się nawet, że nazywa się Norbert. Nie przeszkodziło nam to opracować przebiegłego planu: "Ty go zajebiesz, a ja ją będę ...." Niestety szczyt mojego geniuszu nie został zrealizowany. Bądź co bądź, Norbertowi wyszło to na dobre.

Grzane wino, choć jak się dowiedziliśmy to samo co "Pod Caryńską" nie smakowało tak, jak tam. Jakoś wtedy figurka Krzysia została upuszczona i zapomniana gdzieś pod barem, a ja siedząc na wysokim stoliku zacząłem z nim rozmawiać. On opowiedział mi swoją historię nieszczęśliwej miłości, ja mu opowiedział swoją. Przyznaję, że moja nie była tak burzliwa, jak Krzysia, który odgrażał się, że pojedzie do tej burek suki z nożem. Taka była myśl przewodnia, którą udało mi się wyłowić z jego pijackiego bełkotu.

Potem były tańce. To znaczy, potem byłem na tyle rozweselony, by porwać dwie dzieczyny między stoły i zacząć z nimi wywijać, przy aplauzie Slasha. Tańce przerwał mi Krzyś, bo krzycząc coś niecenzuralnego, kazał mi zejść ze stołu, tłumacząc on go robił. Jego wkurzenie uspokoiłem, wyjaśniając mu że szanuję jego i jego pracę, a te stoły to są naprawdę zajebiste. I powiedziałem mu, że przecież on to rozumie i nie ma mi nic za złe. Podziałało.

W sumie nie pamiętam kiedy i dlaczego opuściliśmy Bazę.

Rano, gdy obudziłem się koło jedenastej, przypomniałem sobie. Mieliśmy wczesnym rankiem wyruszyć do Cisnej, a stamtąd na Okrąglik. No cóż... Nie zawsze można zrealizować założone plany Zjedliśmy kilka kanapek, przygotowanych na papierze, w którą wczoraj sprzedawca zawinął nam wódkę, wypłukaliśmy resztki dymu papierosowego z włosów i ruszyliśmy na szlak.

poniedziałek, 24 września 2007

Kapłani Voodoo wiedzą że istnieją co najmniej dwa sposoby na zrobienie z człowieka zombie. Na mazurach wybraliśmy ten łatwiejszy.

Wąska uliczka na Ochocie. Skwarne piątkowe popołudnie. Wsiadamy do Dodga Chargera 440. Nim Ola zdąży wrzucić dwójkę, rozlega się dźwięk otwieranego piwa. Po przebiciu się do Legionowa, zatrzymujemy się w Macu na obiad. W czasie konsumpcji posiłku, słyszymy panią, mówiącą do swojego dziecka: "Nie zwracaj na nich, uwagi. Oni są pijani." Nieprawda. Wtedy nie byliśmy pijani. Jeszcze... Trzeba nas było zobaczyć następnego dnia.

Dygresja. Relacja ta jest nieco chaotyczna, bo złożona z moich przebłysków i relacji osób trzecich. Nawet jeśli jakieś szczegóły są rozmyte to myślę, że uda mi się naszkicować obraz wyjazdu.

W tym miejscu chciałbym podziękować Oli za bezpieczne przewiezienie nas tam i z powrotem. Cud że wytrzymała z nami całą drogę. Trzeba mieć wiele cierpliwości, by wytrzymać z rozochoconą czwórka pasażerów, przekrzykującą się bez ustanku. Podróż upłynęła nam pod hasłem: "Piłeś kiedyś w (tu wstaw nazwę miejscowości, przez którą aktualnie przejeżdżamy)?" Zawsze się okazywało, że nigdy w danym miejscu nie piliśmy, co oczywiście skutkowało toastem.

Zakupy zrobiliśmy w rodzinnym mieście Prima, który zareklamował je najlepiej jak mógł: "W Przasnyszu są trzy kebaby." Poza bochenkiem chleba i kilogramem kiełbasy, nikt nie pomyślał by kupić coś więcej. Oczywiście poza wózkiem piwa i kilkoma poweraidami na ranek. Ja miałem wielką ochotę na wino, więc kupiłem cztery butelki.

Tuż przed zmrokiem docieramy nad jezioro. Jest las, jest domek, jest pomost, jest fajnie. Zaczyna padać - mniej fajnie. Ale butelki idą w ruch, rozgrzewają, robi się przyjemnie. Jesteśmy głodni, ale zbyt leniwi, żeby rozpalić ognisko, zwłaszcza że robi się ciemno i nie widać, gdzie jest drewno. Kiełbaski lądują na patelni. Przyjeżdżają dziewczyny, trochę zdziwione, trochę zdegustowane. Tekst: "A niedawno, chłopaki z WAT'u nie mieli problemu z rozpaleniem ogniska.." działa na ambicję i zabieramy się do pracy i rzeczywiście po dłuższym czasie i nam się udaje rozniecić ogień.

Prim zabiera mnie i Rufjana na spacer po lesie. Biorą po piwie, ja zaś w jedną rękę chwytam butelkę wina, a w drugą szklaneczkę. I idę z nimi przez ciemny las, na przemian to ją uzupełniając, to ją opróżniając. W pewnym momencie znika nam Prim, po czym wyskakuje z krzaków, by nas wystraszyć. Wpadamy na pomysł świetnej zabawy. Świetnej wtedy, z perspektywy czasu wydaje mi się to nieco idiotyczne. Zadzwonimy do Cyca, powiemy mu, że zgubiliśmy się w lesie i będziemy udawać, że to Blair Witch Project i ściga nas jakaś wiedźma. Dzwonimy, mówimy, że się boimy, jest strasznie i zaraz umrzemy (nie omieszkając dodać hasła: "I see dead people."). Cyc jednak osiągnął w tym samym czasie wyższy stopień świadomości. Z bełkotu łatwo się domyślić, że jest niesamowicie pijany. Jedyne co nam się udaje zrozumieć z tej rozmowy to Cycowe: "Jak nie masz pieniędzy, to nie dzwoń." Czysta abstrakcja.

Idziemy przez las. Jest ciemno. Trochę wina rozlewam, ale więcej wypijam. Co chwilę atakują nas jakieś gałęzie, strzygły i inne paskudztwa. Przedzieramy się jednak dzielnie, by po kilku kilometrach dojść do jakiegoś jeziora. Jest ślicznie. Księżyc świeci, a my w trójkę siadamy na jakichś resztkach wieżyczki ratownika i sącząc trunki delektujemy się pięknem Polskich mazur.

Wracamy do domku. Wypijam trzecią butelkę, śpiewając "Too drunk to fuck". Coś w tym jest. Wino jest pyszne. Dziewczyny mówią, że czekają na wschód słońca. Ja mówię, że też chcę. Nie wiem w jaki sposób Kasia doprowadza mnie na fotel, stojący na tarasie, przykrywa kocem i mówi, żebym chwilkę odpoczął i że mnie za godzinkę obudzi, a potem poczekamy na wschód słońca. Mówię, że super, tylko, żeby mnie obudziła, bo nie chcę spędzić nocy na dworze.

Budzę się. Czuję, że ktoś wlał mi do pęcherza pięciolitrowy baniak wody. Jest zimno. Jest bardzo zimno. Piździ jak w Suwałkach. Otwieram oczy, jest widno. Rozglądam się, jestem wciąż na tarasie. Weź tu zaufaj kobiecie. Pędzę do ubikacji, a potem drżąc z zimna wskakuje do łóżka, w którym śpi Ruflord. Mieliśmy spać razem, tylko, że on uszczęśliwiony, że padłem na zewnątrz delektował się łóżkiem w samotności. Co więcej, wyglądał nawet w nocy przez okno, czy śpię jeszcze i czy nie wtargnę do jego słodkiego azylu. No i, aż do rana nie wtargnąłem.

Sobota rano. Trochę pijani wstajemy i dochodzimy do wniosku, że nie ma nic do jedzenia, więc jedziemy na zakupy do Szczytna. Raczymy się po kliniku, żeby przypadkiem nie wytrzeźwieć. W Szczytnie Ruflord udaje się na kebaba (wyjątkowo wielki), a potem idziemy na pizzę (wyjątkowo niedobra). Uraczeni kolejnym piwem, spostrzegamy zamek Szczytnieński Ten sam, do którego udał się Jurand ze Spychowa, by ratować swoją córkę, a podli Krzyżacy pokazali mu jakąś szkaradę, która się nadawała tylko do programu "Chcę być piękna".

W zamku tym jest muzeum. Za bilet, warty cztery złote można obejrzeć parę map, wypchane borsuki i lisy, kilka szaf, wiosło i jakieś wrzeciona. Zdecydowanie nie jest to najlepszy sposób spożytkowania tych pieniędzy. Już chyba lepiej udać się do muzeum kolejnictwa w Warszawie, choć to też nie jest mega ekscytująca atrakcja. A przepraszam. W Szczytnieńskim muzeum trafiamy na wystawę plakatu, nawet ciekawa, plakaty śmieszne. Na tyle, że przy jednym z nich wybucham śmiechem. A pani kustosz pyta się mnie co w tym takiego śmiesznego, więc jej tłumaczę. Nie bardzo rozumie. Rozmawiamy sobie trochę. Oglądamy księgę gości, ona mi pokazuje w niej rysunki swojego kilkuletniego synka, ja zostawiam pamiątkowy wpis z adresem bloga. Pani kustosz namawia mnie do zwiedzenia wieży, jedyne dwa złote i porażający widok. Nie korzystamy.

Bar. Jakieś piwo, jedno, drugie, tańczę Madonnę. Chwila przebłysku, że się zaraz upiję i trzecie oddaję Buthowi, sam zamawiam colę. Jedziemy do sklepu, cztery wina, to dobry zakup na wieczór. Jedziemy do drugiego sklepu, bo nie wszystko można dostać w tym pierwszym. Na tablicy ogłoszeń zostawiamy swój ślad.

blogowe ogłoszenie

Nader radośni wracamy nad jezioro. Dziewczyny są mniej radosne. Okazało się, że pojechaliśmy na zakupy, a nie było nas pół dnia. Ok, gramy we frisbee, w siatkówkę, robi się radośnie. Pada pomysł gry w monopol. Gdzieś tak po dwóch godzinkach gry, dziewczyny (które z nami nie grają i są mniej radosne), uznają, że nie da rady się z nami dziś pobawić i jadą do Szczytna. Po kolejnych paru godzinach wypełnionych targami, których by się nie powstydził sam Warren Buffett, gdy kończymy grać, zaczyna się finał.

Wstaje Rufjan. I nagle okazuje się, że jest pijany. Szacunki wskazują na jakieś dziesięć piw, ale są to dość mgliste szacunki. Ze mną i resztą uczestników nie jest lepiej. Rufjan bierze piwo i idzie na spacer. Ja biorę wino i idę z nim. A za nami idzie Ola pilnować, żeby nam się nic nie stało. Podążamy wczorajszą ścieżką. Kilka kilometrów nocą, okazuje się kilkuset metrami za dnia. Gdzieś tam Rufjan prawie spada ze skarpy, próbując się wysikać, gdzieś tam jestem ja, który idę z pustą butelką po winie na głowie. W pewnym momencie w lesie, mijamy Prima, który bezwiednie idzie gdzieś tam. Powstrzymujemy go i wspólnie wracamy do domku.

Tu już skwierczy ognisko, dziewczyny wróciły. Prim bełkocze, że idzie pływać. Reakcja w stylu: "Ocipiałeś?" nie robi na nim wrażenia, pędzi na pomost, dziewczyny próbują go powstrzymać, wskakuje do wody. Buth idzie w jego ślady. Cudem się nie topią, wracają do domku i chyba idą spać, bo ich pod koniec imprezy nie pamiętam.

Pada kolejne wino, jest ognisko na całego. Wiem, że robię Rufjanowi kiełbaskę, on mówi, że to najlepsza kiełbaska, jaką jadł w życiu. Wiem, że rozpijam młodszą siostrę Kingi, kończąc z nią czwartą butelkę. Przy ognisku robi się pusto, wino mi się kończy, Rufjan mówi, że w lodówce powinny jeszcze być jakieś piwa Ruflorda, ale każe mi iść, bo on był przed chwilą ludzi pobudził i było niesympatycznie. Zakradam się niczym ninja do lodówki i biorę dwa piwa. Tu mnie rusza sumienie, więc budzę Ruflorda i mówię, że ja od niego piwo pożyczę, na co słyszę, że to bardzo głupi pomysł, bo jak wypiję to się na niego zrzygam. Ślubuję, że na niego nie zwymiotuję i odchodzę z piwami w ręce.

Końcowa solówka wygląda mniej więcej tak, że przy dogasającym ognisku siedzą Kinga z Anią i obserwują nasz popis. Śpiewam (drę się) z Rufjanem, kto głośniej, robię fikołki na trawie, tańczę przy ognisku, a wszystko to wieńczę samoczyszczącym się, pełnym obscenicznych gestów tańcem, w ognisku, przy wtórze własnych wrzasków i trzech różowych słoni. Kurtyna. Brawa. Gwizdy.

Budzę się w łóżku z Ruflordem, czuję się wyśmienicie. Mam nogi, ręce, wszystko pod kontrolą. Byłoby cudownie, ale teraz docierają do mnie szczegóły. Dowiaduję się, że upiłem się z Rufjanem niesamowicie, że zrobiłem wstyd, że zasnąłem praktycznie na kolanach młodszej siostry Kingi, że Kasia odprowadziła mnie za ucho do łóżka, niczym uczniaka, że przed padnięciem do łóżka wykonałem śliczny podwójny piruet i że po raz pierwszy Ruflord słyszał, żeby ktoś śpiewał przez sen: "Jestem pijany Olo, la la la la."

I tak, miałem moralniaka. Normalnego kaca nie było, pomógł przepyszny żurek, power aidy i soczysta pizza w Szczytnie. Nie bolała mnie głowa, nie wymiotowałem, nie suszyło, ale było mi głupio. Głównie dlatego, że gdy tylko rano Kinga mnie zobaczyła, to wybuchnęła śmiechem, a mina Ani wyrażała dość wysoką dezaprobatę. Nie mówiąc o innych komentarzach. U Rufjana było niewiele lepiej. Wśród dziewczyn zaczęły krążyć pogłoski, że biegał po domku, jak go Pan Bóg stworzył. Coś w tym musiało być...

Pod prysznicem doszedłem do wniosku, że jestem alkoholikiem i że już zawsze nim będę. Postanowiłem nie pić. Wytrzymałem prawie cały sierpień - miesiąc trzeźwości. Ponad trzy tygodnie...

Na koniec dialog najlepiej podsumowujący wyjazd na mazury. Sprzątałem, a raczej próbowałem coś sprzątać, gdy ktoś, bodajże Ola powiedziała:

- Olo. I tak nie odkupisz swoich win.

- Jakich win? - Zapytałem.

- Czterech.

poniedziałek, 25 czerwca 2007
Można robić rzeczy magiczne:
  • Pojechać do Wrocławia, i przez prawie całą siedmiogodzinną podróż czytać "Chłopaków Anansiego" Neila Gaimana.
  • O 21:30 spotkać się z przyjacielem na rynku we Wrocławiu, któremu nie chciało się po ciebie wyjść na dworzec, bo siedzi przy piwie.
  • Można na tym rynku skosztować cudownych warzonych piw w Spiżu, zakochać się w nich i rozumieć czemu przyjacielowi się nie chciało iść na dworzec.
  • Poznać dwudziestoczteroletniego chłopaka, który jest w trakcie sprawy rozwodowej, bo żona go biła kablem od żelazka. Zapomniałbym, jutro ma randkę z pietnastoletnią dziewczynką.
  • Odprowadzić nowo poznaną koleżankę na straszne zadupie i wylądować w okolicach pierwszej w DaGrasso, na tymże zadupiu.
  • W taksówce w drodze na nocleg, usłyszeć od kierowcy historię z czasu jego wojska, o tym jak w barze obraził jakiegoś człowieka, który następnego dnia rano okazał się jego przełożonym.
  • W sobotę przed południem udać się do Spiżu na rynku i korzystając z tego, że twój przyjaciel jest w pracy, delektować się wybornym jasnym piwem i zakończeniem najlepszej książki Gaimana.
  • Przypadkiem usłyszeć, jak czterdziestoletni facet, noszący zawiadiackie okulary przeciwsłoneczne i podrywający kobietę przy stoliku obok, mówi jej, wskazując na mnie, że też by chciał czytać Shakespeare'a po Irlandzku, czyli przy piwie.
  • Udać się do akademika przyjaciółki, którą odwiedzasz tam po raz pierwszy od trzech lat i bez problemu trafić do jej pokoju, wywołując uśmiech i zaskoczenie.
  • Przejść się po starówce Wrocławia, tak intensywnie, aż w butach zrobią się dziury.
  • Wylądować w Irish pubie, na zielonym piwie, z przyjacielem.
  • Objeść się do nieprzytomności w KFC i wypić ze dwa litry Pepsi (wielka dolewka).
  • Podziwiać ratusz we Wrocławiu skąpany w deszczu.
  • Podziwiać przechodzące azjatki, skąpane w deszczu.
  • Zmoknąć w deszczu czekając pół godziny na przystanku, dziurawe buty w tym pomagają.
  • Za namową znajomego, który ukończył kurs barmański, kupić litr Wermuta i 0,7 Ginu Lubuskiego, bo ty, nie możesz pić whiskey, a twój przyjaciel wódki, a chcecie się upić w dobrym stylu.
  • Po pierwszym łyku wiedzieć, że się nie upijesz, bo taka mieszanka, to straszne świństwo.
  • Potrzebować solidnej brązowej torebki po tym, jak porzucasz drink i pijesz Gin Lubuski, popijany Wermutem.
  • Uznać z przyjacielem, że dziś to się jednak nie upijecie, więc pozostaje wam granie na gitarach do trzeciej w nocy.
  • Zacząć oglądać Ojca Chrzestnego, ale usnąć jeszcze w trakcie wesela.
  • Obudzić się w niedzielę i uznać, że to jest cholernie dobry weekend.
sobota, 12 maja 2007
Nie czułem się najlepiej i plany majówkowe nie wypaliły, mimo naprawdę kuszących ofert, zostałem w domu. Choroba wygrała. No nie do końca. Na jeden dzień można się było wyrwać.

Ranek. Wsiadam w pociąg, który stoi sobie jeszcze na stacji, a ja wyciągam pierwsze z przygotowanych na podróż piw. Właśnie mam je otwierać, gdy obok mnie siada matka z dzieckiem, które pociągiem ma nieprzyjemność jechać pewno po raz pierwszy. Widać to bo o wszystko się pyta mamę. O to jak długo jedziemy, co to za pociąg i po co jest ten śmieszny stoliczek przy oknie. Ja wiem, że piwo, że dobre, że słoneczko świeci i nic tak by mi tej podróży nie umiliło, ale po prostu nie mogę otworzyć. Myślę sobie, że dziewczynka mała jeszcze, nowy środek lokomocji poznaje, więc nie będę jej uczył, że pociąg dla dużej części społeczeństwa to idealne miejsce na chlanie. Będzie jeszcze miała czas się o tym przekonać. Zagłębiam się zatem w Annę Kareninę (książkę dokładniej) i udaję intelektualistę, bo wiem, że dziewczynka nie jedzie daleko i zaraz wysiądzie, a ja oddam się piciu, co też po dwudziestu minutach następuje. Jako, że ja jadę niewiele dalej, wypijam piwo i wysiadam z pociągu.

Na strasznym zadupiu trzeba przyznać. Krawiec ma niedaleko działkę nad jeziorem, a na niej mały drewniany domek. I do tego domku właśnie się wybieram. Krawiec i Spaik czekają już na peronie. Robią pamiątkowe zdjęcie jak robię z pociągu jeden mały krok dla ludzkości, duży dla mnie. Wsiadam do samochodu i dowiaduję się, że w ciągu kilku dni, które tu spędzili nawet parę razy udało im się być trzeźwym, więc zapowiada się nieźle. Podjeżdżamy pod sklep. Jest to przybytek w stylu takich, gdzie czas zatrzymał się ćwierć wieku temu, a jedyne co się zmieniło to kolor fartuszka sklepowej. Kupujemy ze dwa wina, kilkanaście piw marki "Podgórskie" bodajże, w każdym razie najtańsze które można dostać. W drodze do domku zatrzymujemy się u znajomego gospodarza nalać do baniaków wodę, bo bieżącej nie ma. Po chwili dojeżdżamy i zapoznaję się z dwoma pozostałymi imprezowiczami. B., który jest współlokatorem Spaika i Vipexem, niedawno poznanym znajomym, który jednak najbardziej ceni sobie samotność.

Piwo, nieważne jakie, na brzegu jeziora smakuje wybornie. Parę następnych też. B. przyrządza przepyszną karkóweczkę. Vipex jej nie je. Z opowiadań dowiaduję się, że między innymi Spaik wczoraj rozwalił grill, po czym odlał się na samochód Krawca, bo go po prostu w ciemności nie zauważył. Pomysł przypada mi do gustu i z pełną premedytacją podążam w jego ślady. Oprócz Vipexa wszyscy idziemy się opalać na pomost. Nie jest to najlepsza decyzja, bo zimno jak diabli, więc opalamy się w ubraniu, ale z piwem. Mówię Krawcowi, że zbezcześciłem jego samochód, dzięki czemu mam okazję podziwiać jego niecodzienną minę. Choć widok, jak myje on samochód nie umywa się do reklamy Go Daddy.

Kolejne atrakcje to gra w Warszawę. Stawka jest wysoka, kto przegra, to zmywa. Vipex oczywiście się wymiguje. Ponieważ ostatnio grałem w tą grę gdzieś w okolicach podstawówki, a do tego bronię tylko jedną ręką (w drugiej trzyma wino, które co jakiś czas kosztuje), wynik jest do przewidzenia. Wkurzony, ze przegrałem idę się zdrzemnąć. Nie trwa to długo, bo po chwili koledzy wyciągają mnie znów na pomost. Tym razem ze Smirnoffem. Vipex nie pije. Wracam do domku po kieliszki. Nie znajduję żadnych, więc biorę literatki, też się nadają. Wódka w literatkach, idealnie zmrożona wchodzi niczym Mike Tyson na ring. Wchodzi i powala. Do tego stopnia, że zaczynam na pomoście tańczyć greka Zorbę. Na efekt nie trzeba długo czekać. Sąsiadka mówi mi, że właśnie jej małe dziecko powiedziało o mnie, że ten pan chyba jest nienormalny. Chyba jestem, bo po chwili Tyson powala mnie na pomost. Podczołguję się do krawędzi, wyrzucam głowę za burtę i dostaję objawów choroby morskiej. Nokaut. Wódka nam się kończy, ale przynajmniej raki będą miały pożywienie.

Budzę się w domku. Coś mi śmierdzi. Strasznie śmierdzi. To pianka do golenia. Mam piankę do golenia na rękach. Mam piankę do golenia na obraniu. Pochodzę do lusterka. Mam ją na głowie, cały jestem w piance do golenia. Pół ściany też jest w piance.

Dygresja: Później po obejrzeniu zdjęć, okazało się, gdy spałem Krawiec wpadł w twórczy szał. Przyozdobił moją głowę koroną, w ręce dzierżyłem topór, a na ścianie był namalowany mój przyjaciel z włócznią. Pewnie było coś jeszcze, ale ze zdjęć tego nie widać, jak ktoś chce, mogę wysłać na maila, choć sądzę, że prędzej czy później moje zdjęcie trafi na joemonster do galerii urwany film.

Nie ukrywam złości. Oni nie ukrywają, że uciekają. Na zewnątrz jest ciemno i zimno. Zamykam drzwi, posiedzą sobie na zimnie, to zmądrzeją. Nie wiem, co mnie kusi, ale biorę Krawcową gitarę i przez otwarte okno daję istny popis. Chociaż prawdę mówiąc, "Wish you were here" w moim wykonaniu przypominało raczej odgłos jaki wydałoby trzy letnie dziecko upadając na stertę naczyń. Sam krzyk i hałas. Gdzieś po godzince, zmęczony graniem i znużony samotnością postanawiam ich wpuścić do domku. Zaczynam wydzwaniać do znajomych, nie pamiętam co im mówię, ale dzwonienie do znajomych po pijaku cieszy zawsze niezmiernie. Gdzieś tam jeszcze majaczy mi partyjka Małysza, idę spać po raz drugi.

Ranek, głowa boli i cały śmierdzę pianką. Domek zresztą też. Na dworze zimno jak diabli. Nie muszę chyba pisać, że zmywanie na dworze (przez wczorajszą przegraną grę), w zimnej wodzie i na kacu, po całej imprezie nie należy do przyjemności. Jakieś śniadanie, jakieś sprzątanie. Niedobrze mi. Impreza zwraca się w krzakach poza działką, niedaleko brzegu. Nie zapowiada się miły dzień. Ładujemy z Krawcem śmieci z kilkudniowej imprezy do samochodu. Praktycznie pół bagażnika. Jedziemy je wyrzucić. Okazuje się jednak, że tam gdzie zawsze kontener stał, tam go dziś nie ma. Hmm, szukamy gdzie indziej. Pod pobliskim sklepem jest tylko kontener na puszki, jedziemy zatem do sąsiedniej wsi. Tam, też tylko pojemnik na plastik i na puszki. Zostawiamy samochód gotowy do ruszenia, gdyby jakiś miejscowy miał coś przeciwko, że zostawiamy śmieci obok pojemników na recycling. Co można, to Krawiec wrzuca do pojemników, podczas gdy ja chyłkiem opróżniam, pełen worków bagażnik. Szybko wsiadamy i odjeżdżamy po pokrytej kurzem drodze. Zazwyczaj popieram segregację odpadów, no ale żeby normalnych koszy na śmieci nie było nigdzie? Przecież to przesada.

Powrót dość ciekawy. Bagażnik wypakowany po brzegi, tym razem torbami (między innymi cała wielka torba Spaika, wypełniona książkami). Siedzę z przodu z gitarą między nogami. Vipex, Spaik i B. z tyłu z drugą gitarą, moim 70litrowym plecakiem i dwoma laptopami. Nie mam pojęcia jak się zmieściliśmy. Śpieszymy się do domu, bo B. musi zdążyć na pociąg, którym pojedzie do Łodzi, skąd z kolei pojedzie autobusem do domu, na jakimś zadupiu pod Kielcami. Praktycznie zdążamy. Praktycznie, bo jakieś 3 minuty przed odjazdem pociągu, zatrzymujemy się na przejeździe kolejowym (dworzec jest tuż obok, po drugiej stronie torów) i po 3 minutach widzimy przemykający obok pociąg do Łodzi. Jedziemy na przystanek pekaesu. Okazuje się, że za kwadrans jest autobus, więc wysiadamy i czekamy na niego z B. Spojrzenia ludzi uświadamiają mi, że nie wyglądam najlepiej. Kurta w białe plamy, wygląda jakbym wpadł do dołu z cementem, pod tym brudna koszula i takie same spodnie. Włosy nieumyte i nieuczesane, bo po piance nie dało się z nimi nic zrobić. Dosłownie jakbym uciekł z rumuńskiej budowy. Mina rodzicielki, gdy wszedłem do domu, bezcenna. Od progu zapytała czy chcę Alka-seltzer i zaczęła przygotowywać rosół.

Na koniec muszę dodać, że Vipex, to sympatyczny pomarańczowo biały pachołek drogowy, który został zabrany z pobocza, gdzieś w Kole, około pierwszej w nocy, gdy Krawiec ze Spajkiem błądzili w drodze nad jezioro. Ale naprawdę świetny z niego kompan.

poniedziałek, 18 grudnia 2006
Pierożkowa Babcia
Po dwóch nocach spędzonym w namiocie, mokrzy i trochę zmęczeni uznaliśmy, że wystarczy nam ubikacji w formie sławojki i krowiego koryta jako łazienki, że mamy tego trochę dosyć i w sumie to byśmy się pod jakimś dachem wyspali. Jako, że Ustrzyki bazą noclegową nie powalają (swoim rozmiarem również), udaliśmy się z wszelkimi tobołami do Wetliny. Ta ciągnąca się jak spaghetti, wzdłuż jednej drogi wieś, to prawdziwa Bieszczadzka metropolia. Z wszystkimi luksusami godnymi porządnego kurortu. Jest i kościółek i strumyczek z mostkiem oraz przystanek pekaesu, jadłodajnia, bar o intrygującej nazwie „Baza ludzi z mgły”, nawet ze cztery czy pięć większych pensjonatów, no wspaniały widok na Połoninę Wetlińską. Słowem, wszystko o czym marzy porządny turysta. No, marzy też on o suchym i ciepłym noclegu. Tu już jest gorzej. Pierwsze podejście, tabliczka noclegi i się pytamy. Hmm, to co właściciel szumnie nazywa miejscem noclegowym, to ciemny strych szopy, na który wchodzi się po praktycznie pionowej drabinie, a no i oczywiście szlauch w ramach higieny. Raczej nie jest to szczytem naszych marzeń. Idziemy dalej, ale wszędzie brak miejsca, nawet w przykościelnym schronisku. Tracimy już nadzieję, gdy w którymś z kolei domku wita nas miła Babcia, że tak, że ma miejsca na Kempingu, ale ktoś nas ubiegł, zarezerwował Kemping i ma wrócić za godzinę, ale jeśli nie wróci to możemy zamieszkać. Pytamy się co to za Kemping, więc Babcia prowadzi nas na tyły ogródka, gdzie między domem, a szopą stoi domek letniskowy. Może troszkę większy od składzika na narzędzia, na tyle duży, że mieszczą się tam dwa łóżka, stolik i krzesełko. Na ścianie malowniczy koń na rykowisku. Kemping iście imponujący, ale cena bardziej niż przystępna, zostawiamy więc dziewczyny w przybocznym rowie, by się poopalały i jakby nikt nie przyszedł zajęły Kemping, a sami z Bartkiem idziemy szukać dalej. Po przejściu całej wsi znajdujemy raptem dwuosobowy pokoik u sołtysa, a że jest nas czterech, to właścicielka łaskawie raczy spuścić cenę o trzy złote... z 25. Nie lubimy takich żartów. Wracamy do Babci, okazuje się, że nikt nie przyszedł, więc Babcia zgadza nam się wynająć. Kemping przytulny, łazienka kolektywna w domku u Babci, tylko nie ma kupa-szczotki. Niby nic, ale parę wiader wody poszło, tylko po to by spłukać co nieco. A sama Babcia sympatyczna. Dnie całe spędzała na lepieniu pierogów. W kuchni urządziła sobie ich małą fabrykę. Każda wyprawa po wodę do domku wiązała się z dialogiem o pierogach, o tym, że są z gorczycą, z kapustą, z grochem, dżemem i praktycznie wszystkim co można sobie wymarzyć. W sumie te rozmowy o pierogach, nie były najgorsze, a był to jedyny mankament mieszkania u Babci.

Żul
Żule w Bieszczadach są również, ale przynajmniej gościnni. Gdy dziewczyny się opalały, a my szukaliśmy dla nich noclegu, taki nocleg zaproponował Żul. Mówił, że zna Heńka, i że Heniek chętnie im coś wynajmie, zwłaszcza jak Żul je zaproteguje. Dziewczyny grzecznie podziękowały i że się zastanowią. A Żul powiedział, że okej, jakby go szukały to on jest cały czas pod sklepem i tam go na pewno znajdziemy. Noclegu nie potrzebowaliśmy, ale sprawdzaliśmy potem zawsze czy był pod sklepem. Był.

Filozof
Pierwszy raz spotkaliśmy go w rowie. To znaczy, my siedzieliśmy w rowie, a on przechodził i zagadał. Rozmowa tak ogólnie o życiu, czyli gdzie tu można znaleźć nocleg, jakie fajne są imprezy (zwłaszcza w Bazie i że mamy wpaść do Bazy) i co jest najlepsze na kaca. Zaczyna nam opowiadać o festiwalu reggae w Ostródzie, że jedzie i że świetna impreza. Bartek uśmiecha się i robi gest polegający na złączeniu kciuka i palca wskazującego, tak jakby pokazywał zero i przyłożeniu ich w ten sposób do kącika ust. Filozof się uśmiecha: ''Właśnie o to chodzi zioom.” Trzeba tu wspomnieć jak mówi Filozof. Otóż jest to głos strasznie pedalski, a jednocześnie mocno przepity, co razem z dość lichą posturą daje iście komiczny efekt.

Nie było to jednorazowe spotkanie, bo drugi raz zauważyliśmy go w schronisku na połoninie Wetlińskie i tam dowiedzieliśmy się o nim troszkę więcej. Znaczy się, że mieszka w Paryżu, jest kucharzem, a z wykształcenia filozofem. Do Polski przyjeżdża w Bieszczady i na wspomniany festiwal. Zaprosił nas jeszcze do Ostródy i więcej już mieliśmy go nie spotkać.

Wędkarz
Cały kosmopolityzm Wetliny polega na tym, że o ile do Ustrzyk przyjeżdża się głównie dlatego, że jest blisko w góry i się po tych górach chodzi, to do Wetliny przyjeżdża się głównie dlatego, ze jest fajna zabawa i się pije. Ostatnią osobą jaką spotkaliśmy pierwszego dnia tamże był Wędkarz. Stoimy sobie popołudniową porą, nad potoczkiem, uroczym bardzo, gdy zbliża się do nas koleś. Sądząc po pewnym kroku, pijany w miarę. Niesie ze sobą sporych rozmiarów badyla i pyta się nas, czy nie będzie nam przeszkadzać jak trochę kija pomoczy. My, że nie, więc on wkłada swój kij do wody i moczy. Dosłownie. Po jakiejś minucie ta zabawa mu się nudzi, i mówi ''Byzytrągi nie chcą łapać. To są jakieś Byzydury są.” Zaczynamy go więc pocieszać. On mówi, że przyjechał tutaj w celu codziennego upijania się i że jest świetnie i wogóle jesteśmy fajni. Rzucamy sobie cytatami z filmów, a potem kamieniami przez rzeczkę. Puszczamy trochę kaczek, a nasz towarzysz mówi, że musi nas przeprosić i udaje się w sobie tylko znanym kierunku. Jedno trzeba przyznać: Wetlina ma klimat. Ale najlepsze było wciąż jeszcze przed nami.

 
środa, 25 października 2006
Początkowo miał się tu znaleźć opis wyjazdu w Bieszczady. Jednak uznałem, że forma: wstaliśmy, poszliśmy w góry, zachwyciliśmy się górami, zeszliśmy do świetnej knajpy, gdzie poznaliśmy przemiłych ludzi, upiliśmy się, poszliśmy spać, mogłaby okazać się zbyt nudna dla potencjalnych czytelników. Zamiast tego postanowiłem przybliżyć wam sylwetki Bieszczadzkich Aniołów, osób, dzięki którym te przepiękne góry mają swój specyfinczy i niepowtarzalny klimat. Oczywiście z większościa z nich wiąże się krótsza, lub dłuższa histroria, którą jednak opowiedzieć należy.

Młody
Pierwsza postać, która staneła nam na naszej dwudziestoparogodzinnej podróż w Bieszczady (tak, tak dzięki kochanemu PKP, pociąg jedzie z Łodzi przez Kraków, czyli trasa wygląda jak litera “L” zamiast “\”) był Młody. Chłopak kuzynki Bartka, u której się zatrzymaliśmy na parę godzin w Łodzi. Dał nam rzeczy, bez których wyjazd byłby niemożliwy, takie jak namiot, latarki, harcerską kuchenkę na ropę pamiętająca czasy Gomółki. Przepakował także nasze plecaki, dzięki czemu nie przypominaliśmy małej karawany, ale turystów. Choć wciąż nie wiem, jak poradził sobie z moim 80litrowym plecakiem. Gdy ja go zapakowałem i założyłem, to przewyższał mnie o głowę, a na dole w worku na śmieci, przewiązanym sznurowadłem, dyndał (to odpowiednie słowo, nie wisiał, tylko dyndał) śpiwór. Gdy Młody go przepakował, to nie dość, że wszystko zmieściło się do środka, to jeszcze zostało miejsce. Ale skąd mogłem wiedzieć, że plecaka nie pakuje się w stylu:”wrzucę wszystko do środka i dorzucę poduszkę.” To tylko obrazuje jak przygotowani byliśmy do wyjazdu.

Ala
Alę spotkaliśmy kilka dni przed podróżą w sklepie z plecakami, gdzie swoje 80litrowe cudo kupowałem. Co prawda prawie się nie znaliśmy, ale jakoś tak się zgadaliśmy, że razem jedziemy w Bieszczady. Okazało się, że Ala mieszka dwa domy ode mnie i chodziliśmy razem do podstawówki. A ponieważ jechała do znajomych na znajome pole, to w ten prosty sposób znaleźliśmy miejsce do spania w Bieszczadzkiej stolicy - Ustrzykach Górnych. Jest to osada, której istotę stanowi skrzyżowanie ze czterema sklepami, trzema barami i przystankiem autobusowym, wokół którego toczy się życie. Jest jeszcze kościółek i kilka domków położonych w okolicy, ale praktycznie wystarczy odejść 100m od przystanku by być daleko poza Ustrzykami.)

Kierowca pekaesu
Nic to, że spóźnił się pół godziny, ale dzięki temu dowiedziałem się jak pojemne są Sanockie pekasey. Wystarczy powiedzieć, że prawie każdy miał plecak podobnej kubatury, co mój, a i tak z przodu między kierowcą a drzwiami zmieściło się jakieś 8 osób. 3 godziny jazdy w niemiłosiernym ścisku, ale i tak wszyscy mieli dobre humory, na czele z kierowcą. Gdy ktoś powiedział, że wysiada w Przysłupie, (taka miejscowość) on zatrzymał pekaes przy jakimś słupie telefonicznym i zapytał się kto chciał wysiąść przy słupie. Radości pasażerów nie było końca. Choć własnie w tym autobusie zgubiłem swoją kurtkę przeciwdeszczową. Ale ona akurat chyba nie jest w górach najniezbędniejszą rzeczą.

Pierwszy autostopowiczom przyjazny
Odległości w Bieszczadach są spore. Dlatego też głównym środkiem transportu dla nas był autostop. Metoda o tyle interesująca co niepewna. Czasem pierwszy samochód się zatrzyma, a czesem w godzinę się nic nie złapie, o czym się niestety przekonaliśmy. Pierwszego dnia w górach, ufni w dobrą wolę kierowców udaliśmy się z Ustrzyk do Wołosatego (miejscowość tak daleko, na południowy wschód, że tam nawet ptaki zawracają) i chyba gdzieś po pół godzince znalazł się chętny nas podwieźć. Sympatyczny starszy pan z dwójką dzięci, w zdezelowanym aucie, słuchający chrześcijańskiej poezji śpiewanej. Żaden środek transportu nie dostarcza takich uroków jak autostop.

Panie z Pieskiem

Pierwszy zdobyty szczyt, to najwyższa po Polskiej stronie gór Tarnica. Powiedzieć, że kondycyjnie byliśmy przygotowani, to przesada. Gdzieś w połowie trasy Torianne uznała, że ona pierdoli i nie ma sił, ochoty i ambicji wejść na górę, i że mówiłem że podejście jest łatwe i że kłamałem. Nie kłamałem, bo to podejście naprawdę nie jest takie straszne, ale bez treningu może stanowić pewien problem. Trochę podłamał nas fakt, że mniej więcej wtedy wyprzedziło nas parę emerytek z małym ratlerkopodobnym pieskiem, z którymi spotkaliśmy się, jeszcze raz jakiś czas później, gdy schodziły. One już zaliczyły szczyt, a nam dopiero on majaczył na horyzoncie. Ale fakt, faktem górę zdobyliśmy i Torianne była z siebie naprawdę dumna. Po drodze zmoczył nas jeszcze deszczyk, ale zakupiłem ultraseskowoną niebieską pelerynkę, która mnie po części od niego ochroniła.

Trzech gości z gitarami, Czech, facet od Fantazji
Jeden z trzech barów w Ustrzykach, nazywa się “Pod Caryńską”. Pewnie bierze się to z faktu, że z pod niego startuje trasa na stosowną połoninę, ale my tam zawędrowaliśmy schodząc z Tarnicy. Owszem, dzień wcześniej byliśmy tam na przepysznym winie grzanym, po którym miałem chęć integrować się z autochtonami, tańcząć greka zorbę. Na szczęście Bartek mnie powstrzymał. Za to wymęczeni schodząc z Tarnicy, uznaliśmy, że grzane wino na dole stanowi miłą zachętę do dalszego schodzenia, bo las ciągnął się niemiłosiernie i sił już brakowało. Zawędrowaliśmy więc prosto ze szlaku, brudni i zmęczeni pod Caryńską, gdzie uraczyliśmy się winem i obiadem. Już mamy wychodzić, a tu wchodzi dwóch kolesi z gitarami i zaczynają się stroić. Postanowiliśmy zaczekać. I słusznie. Zaczynają grać nastrojowe piosenki, idealne w góry. Repepertuar głównie SDM, którego raczej nie znam, ale słychać, że ta muzyka tu wybitnie pasuje. Po kilku piosenkach cała knajpa zaczyna śpiewać z nimi. Najlepiej wychodzą “Bieszczadzkie Anioły”, które w ciągu tego krótkiego tygodnia usłszymy jeszcze nie raz. Nastrój troche psują szanty, które niezbyt pasują w środku gór. Grzane wino, gitary, góry, brakuje tylko trzaskającego kominka, no i jeszcze śnieg mógłby być. Impreza się rozkręca. W pewnym momencie, grają sam podkład bluesowy, no co Bartek zaczyna improwizować piosenkę w stylu:”Na połoninie nikt nie zginie”. Ma jednak na tyle chrypkę i przepity głos, że dostaje brawa od obecnych w barze. Później jest już tylko lepiej. Robi się tłoczno, gwarno. Kto nie śpiewa, lub pije to tańczy, także na stole. Takiej spontanicznej imprezy, wśród praktycznei nieznanych sobie osób jeszcze nie widziałem. Bartek mówi, że jakiś Anglik postawił mu drinka, mówiąc: “For Rock & Roll”. Kupujemy więc trzy wścieklaki z zamiarem odwdzięczenia się mu. Rozmawiamy chwilę, tłumaczymy, że to typowo polski drink, ale słyszę, że ten Anglik ma wyjątkowo czeski akcent. Pytam się go o to i okazuje się, że to nie jest żaden Anglik, jeno najprawdziwszy Pepiczek. Słowianin słowianina pozna. Trwa dalsza konwersacja, nie pamiętam już o czym, ale wiem, że bardzo nam się podobało. Czechowi również. Stolik obok nas okupuje kilka dziewczyn, których głównym zajęciem jest tańczenie na stole, i jeden koleś, który co chwila do nas podchodzi z kieliszkami i podlewa nas wódką. Nie odmawiamy. Po przebrnięciu większości harcersko-obozowo-żeglarskich piosenek grana jest “Fantazja”. Nie wszyscy może kojarzą, ale to ta piosenka bodajże Fasolek, która idzie mniej więcej tak:”Bo fantazja, fantazja, fantazja jest od tego, aby bawić się, aby bawić się, aby bawić się na całego.” Przy tej piosence, miły sąsiad podlewający nas wódką (widać, że sam jest po porządnej ulewie) wyznaje, że przy tej piosence po raz pierwszy się masturbował. Mówi to jak najbardziej poważnie. Dla mnie ta piosenka nigdy nie będzie już taka sama i niewinna jak kiedyś. Nie pamiętam, kiedy się tak bawiłem. Spontan totalny, opłacało się zostać. Powrót do namiotu w godzinach jeszcze chyba nocnych. Młody dał nam dwie latarki górnicze, takie na głowę, co to się w kopalniach nosi. Dzień skończyliśmy więc biegając w tym latarkach po polu namiotowy i świecąc innym w oczy. Pole namiotowe to zbyt wielkie słowo. Bo czy przydomowy ogródek, na którym stoi kilka namiotów, latryna i łazienka, którą było stare poidło dla krów, można nazwać polem namiotowym? Dlatego uznaliśmy, że potrzebujemy więcej cywilizacji i następnego dnia, ruszyliśmy do Wetliny szukać jakiegoś niedrogiego noclegu, nucąc słyszany zeszłej nocy "Bo nowy dzień wstaje." Ale tamtejsze Anioły to już temat na kolejną notkę.
piątek, 29 września 2006
Bohaterem dzisiejszego wpisu jest Renault Master. Jako, że Zdzisiek sprzedaje te samochody, to jeden taki dostał jako służbowy. A dokładniej wersję dostawczą, znaczy się typowo do przewozu towarów, a nie ludzi. Nie przejechał nim nawet 300km, więc nówka. Ale zacznijmy od początku.

Zaczęło się jak zawsze niewinnie. Spotaknie z byłą Panią od Angielskiego z liceum. Polubiliśmy ją bardzo i nie pierwsze to takie spotkanie już było. Jedno piwo, drugie piwo, trzecie piwo i po części dzięki jej namowom, ale chyba bardziej dzięki chmielowi udało się mi z nią przejść na Ty, co już od jakiegoś roku uskutecznialiśmy. Błędem naszej Pani od Angielskiego było to, że zamówiła tylko kawę i gdy zacząłem opowiadać kolegom o Azjatkach na uczelni:"Ale one są takie mongolskie, a nie jak te z filmów porno." Torianne starała się ratować sytuację odwracając uwagę naszego gościa od nas. Ale chyba nie do końca jej to wychodziło. Cóż prawie nie zauważyliśmy jak nasza była nauczycielka opuściła lokal, po czym my sami postanowiliśmy się zmyć.

Krawcowi udało się zaliczyć egzamin poprawkowy, więc padł pomysł, aby Zdzisiek zawiózł nas na Spaika działkę celem dokończenia imprezy. Pomysł okazał się nie najgorszy, więc wszyscy prócz Zdziśka, który jedyny był trzeźwy władowaliśmy się w radosnych podskokach na tył furgonu. Główną atrakcją stały się próby stania na stojąco, wspierane trzymaniem się sufitu, w czasie pokonywania zakretów. Nie trzeba chyba dodawać, że próby te kończyły się prawie natychmiastowymi upadkami. Dopiero następnego dnia domyśliłem się skąd mi się wzięło tyle siniaków na kolanie. Podróż bardzo wesoła, nasze wyczyny co jakiś czas przerywał Zdzisiek, mówiąc że mamy siadać, bo niezbyt wskazane jest by przewozić tak ludzi, zwłaszcza policja ma ku temu zastrzeżenia. My jednak niewiele sobie z tego robiliśmy. wizyta w sklepie, kupno kefirku, wody i czipsów. Te ostatnie rozeszły się nadzwyczaj błyskawicznie. Wizyta pod monopolowym. W czasie gdy ktoś kupował wino, uznałem niczym Forrest Gump, że chce mi się siku. Niewiele się namyślając otworzyłem drzwi boczne, po czym stojąc w nich dumnie, dokonałem aktu barbarzyństwa, podlewając sam środek ulicy. Na szczęście było to w środku nocy i nie w środku miasta, a na jego peryferiach. Trzeba przyznać, że czyn ten spotkał się z zainteresowaniem współtowarzyszy, jednak nikt nie poszedł w moje ślady. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że to robiąc kierowałem się intencją, by nie pobrudzić samochodu, a że akurat nikt nie jechał uznałem, że nikomu to przeszkadać nie będzie.

Działka Spaika na którą jechaliśmy znajduje się jakieś 20 km od miasta. I była to jedna z namilej spędzonych podróży, z której niewiele co prawda pamiętam. Wiem, że było bardzo wesoło, przyjemnie i klimatycznie. Czasem akrobatycznie, gdy wstawaliśmy, by za chwilę upaść przy hamowaniu. Pomysł wypicia jednej butelki na wale przeciwpowodziowym na szczęście nie wypalił, bo inaczej przyszło by nam spędzić noc na świeżym powietrzu, niewiadomo gdzie. Domek okazał się piętrową, stabilną konstrukcją. To co się stało po kilku(nastu?) szklankach Sophii dowiedziałem się z opowiadań dnia następnego. Podobno chcieli mnie położyć spać. Podobno ja nie chciałem. Podobno jak tylko udało im się mnie umościć w łóżku na górze, po chwili schodziłem na dół. Podobno na czworakach. Podobno kilka razy. Podobno potem była nawet wódka, której na moje szczęście udało mi się nie tknąć. Ale wszystko to tylko domysły.

Poranek jeszcze przyjemny. Podróż powrotna Masterem już nie taka ekscytująca jak w tamtą stronę. Raczej siedzimy lub leżymy niż stoimy. Trzęsie strasznie i ogólnie niedobrze. A do tego podłoga cała zasłana czipsami. Już wiem, czemu się wczoraj tak szybko skończyły. Do późnego popołudnia chorowałem. Rosołek niewiele pomógł. Ale wiem, że z czystym sercem mogę wam polecić Renault Master. Po alkoholu podrużuje się tym samochodem bardziej niż luksusowo. Choć i tak pojawił się pomysł by z tyłu wstawić kanapę. I telewizor.
czwartek, 10 sierpnia 2006

Dzień pierwszy, idę sobie takimi Kretyńskimi krupówkami, czyli zatłoczoną uliczką pełnej restauracji, hoteli, sklepów i ogólnie wszystkiego co można naiwnym turystom sprzedać, aż tu nagle mało samochód mnie nie przejeżdza. Po czym podchodzi do mnie okoliczny Grek i mówi, żebym tu uważał, bo Grecja przoduje w europejskim rankingu na największą liczbę wypadków drogowych. Od 10 lat. Rzeczywiście się o tym przekonałem. Są na świecie narody, które jeżdzą przepisowo, nie wymuszają pierszeństwa, nie używają klaksonów i można się wśród nich czuć bezpiecznie na drodze. Grecy na pewno do nich nie należą. Wyznają oni pogląd, że zasady ruchu, znaki drogowe, to tylko wskazówki, do których można, ale nie koniecznie trzeba się stosować, bo przecież każdy z nich umie świetnie jeździć, w przeciwieństwie do tego barana co się wlecze przed nim. Raz nieopatrznie usiadłem z przodu tamtejszego pks'u, po czym uznałem, że to ostatni raz, gdyż stresować się nie chcę. Wolę zapomnieć co kierowca wyprawiał na wąskich górskich drogach. W sumie Polacy nie jeżdżą tak źle.

Inną sprawą jest podejście do turystów. Że tak powiem od dupy strony. To znaczy, że Grek zrobi wszystko, żeby dostać od ciebie euro, nawet w dupę wlezie, a jak nie dasz, to wlezie ci jeszcze dalej i sam weźmie. Polscy górale połowy się tego jeszcze nie nauczyli, co tamtejsi umieją. Np, przed każdym sklepikiem, restauracyjką, najbardziej nawet beznadziejną stoi naganiacz, który w kilku co najmniej językach, zachęca Cię, byś tu właśnie wszedł, bo nigdzie nie ma takiej tradycyjenej greckiej kuchni. Pierwszego dnia cię to śmieszy, drugiego nie kręci, a trzeciego już irytuje. Ile to razy można być poklepywanym po ramieniu i niemalże siłą zaciągany do pierwszej lepszej knajpki. A jak raz gdzieś już byłeś, to następengo dnia cię poznają i zapraszają znowu na greckie jedzenie.

Co do jedzenia, to niestety pomysł był taki, by jeść to co tamtejsze. I owszem poznałem kilka ciekawych potraw, ale po tygodniu już było tego dosyć. Choć w sumie kuchnia gracka nie jest taka niedobra. Jedną z ciekawszych potraw jest musaka.



Jest to coś na kształt lasagne. Składa się z kilku warstw, między innymi z papki z ziemniaków, makaronu (odmiana z makaronem nazywa się bodajże pasticcio), pomidorów, bakłażanów i sosu beszamelowego. Całość jest zapiekana i zazwyczaj podawana w miseczce jak powyżej. Z pierwszym kęsem dobre, po zjedzeniu połowy zaczyna się robić trochę mdłe.

Ciekawe są także wydrążone pomidory, przyrządzane podobnie jak nasze gołąbki, tyle, że rolę kapusty pełni właśnie pomidor. Choć najsmaczniejsze były dolmades, czyli gołąbki w winogornowych liściach. Jest to raczej przystawka, ale smakuje wybornie, gorąco polecam. Tzatziki mnie zawiodły. Te co jadłem niewiele się różniły od mizerii. Nawet dobre, ale smakują nudno, są bardzo łagodne i w niczym nie przypominają tych podawanych np. w sfinksie, a te drugie bardziej mi smakują, są bardziej ostre. Cóż, wolę podróbę od oryginału. Sałatka grecka, czyli horatiki, to oczywiście jazda obowiązkowa. Nawet polubiłem ser feta, co jak na mężczyżnę jest dość dziwne, z tego co zauważyłem. Oczywiście są jeszcze souvlaki, czyli grilowana jegnięcina oraz stefido i kleftiko czy jakoś tak, ale to są po prostu różne rodzaje baraniny, jagnęciny, wołowiny, której się dużo tutaj je. Mnóstwo moją także Kretyńczycy sałatek morskich, z rybek i owoców morza. Między innymi udało mi się spróbować małżyków, krewtek (jak u Forresta Gumpa), a nawet ośmiornicę, leciutko gumowata. Plus przepyszne kalmary w cieście. Gyros podobny do tego z placu Konstytucji. Podsumowując: kuchnia grecka mimo litrów zdrowej oliwy i warzyw w dużej mierze opiera się na tłustych, ciężkostrawnych potrawach, a wszystko smakuje, jakby polane sosem od spaghetti. Niemniej jeśli jeść to od czasu do czasu, to jest całkiem dobra.

Na koniec zostawiłem pewien grecki zwyczaj, a właściwie zabawę, z tego co udało mi się zrozumieć, gdyż pierwszego dnia, gdy nie było jeszcze zbyt ciepło to właśnie w takiej brałem udział. Gra toczy się na plaży oraz przy brzegu. Sygnałem ją rozpoczynającym jest wywieszenie czerwonej flagi na maszcie przy plaży. Wtedy, ci nie uczestniczący w zabawie wchodzą do wody, gdzie sobie śmiało dokazują, gdyż zazwyzaj są wtedy naprawdę wielkie fale. Uczestnicy gry, ubrani w takie śmieszne czapeczki są wyposażeni w gwizdki i gdy zobaczą kogoś w wodzie to gwiżdżą. Celem gry jest naliczenie jak najwięcej osób w wodzie. Gdy tylko zorientowałem się w zasadach tej miejscowej zabawy, uznałem że należy pomóc najbliższemu uczestnikowi, toteż pobiegłem szybko do wody. On jednak zamiast się ucieszyć zaczął gwizdać, coś krzyczeć, a nawet się denerwować. To ja mu tu pomagam, żeby więcej punktów zdobył, a on na mnie krzyczy? Zresztą widać, że ta gra wywołuje emocje, bo zamiast policzyć mnie raz, to zagwizdał kilka razy, czyli pewnie mnie policzył kilka razy. A wiedział, że po takim czymś został zdyskfalikowany i pewnie dlatego tak się wściekał na mnie jak wyszedłem z wody. Ale to jego wina, bo ja po prostu chciałem mu pomoć.
 
1 , 2