Dark side of the moon The Wall Wish You Were Here Achtung Baby HTDAAB Led Zeppelin Led Zeppelin Led Zeppelin Led Zeppelin Use Your Illusion I Use Your Illusion II Coma Dżem Nowoczesne przeglądarki
Kategorie: Wszystkie | Alternatywy | Dża | Muzyka | Olonalia i pozostałe imprezy | PKP | Podróże | Różne | Warshau
RSS

Olonalia i pozostałe imprezy

poniedziałek, 27 października 2008

W ostatni weekend poszedłem do klubu w makijażu*, jadłem zdrowego, dietetycznego kurczaka ze szpinakiem i obejrzałem Mamma Mia. Czy to znaczy, że jestem już gejem?

*Swoją drogą zrobione oczy nie liczą się jako przebranie i nie pozwalają wejść za darmo do Club70.

niedziela, 22 czerwca 2008
Blog dawno karmiony nie był, trochę dziki się zrobił i tak spode łba na mnie groźnie łypie. Aż strach podejść. Żeby przemóc strach i się przypomnieć, rzucę blogowi garść ogłoszeń i fragmentów tekstów niedokończonych, może nie zagryzie mnie... od razu.

Euro

Nie, meczy komentować nie będę. Pochwalę się tylko, że dzięki prostemu zakładowi i przegranej Polski z Niemcami jestem bogatszy o ośmiopak piwa. Lubię inwestycje pozbawione ryzyka. Kolega chciał się założyć również o wynik meczu Austria-Polska, ale przecież to już byłby hazard.

Blog, wakacje

Tak sobie myślę, by niedługo parę tekstów się pojawiło, tym bardziej, że i wakacje będą i może czasu trochę więcej znajdę. Z innych pomysłów wakacyjnych to pisanie inżynierki gdzieś w planach mi miga, mam już dość uciekania przed promotorem. (Cyc spotkał promotora w windzie. Wyobrażacie sobie tragedię? Nie miał dokąd uciec.)

Indiana Jones

Obejrzałem. Podobał mi się.

Olonalia

Od pół roku żadnych nie było. Aż głupio tak, dlatego na dniach coś zorganizować trzeba, bo jeszczcze wyjdzie na to, że zamrażalnik mam po to by szpinak mrozić, a nie wódkę chłodzić. Przecież tak nie może być. Owszem były różne imprezy w między czasie, ale takie, żeby opisywać? Były za to...

Piotrusiowe urodziny

Na które trochę spóźniony dotarłem, bo wpierw miałem imprezę fabryczną. Potem jeszcze były problemy ze znalezieniem miejsca zabawy. Dzwonię do Piotrka: „Minąłem właśnie Kino Femina", co go zbyt nie ucieszyło: „Zawróc, zawróc, idziesz w złą stronę". W końccu go znalazłem i powitałem szampanem, który wypiliśmy na środku ulicy, po czym wtoczyłem się do jego mieszkania. Dokończyłem pić szampana i zasnąłem.

Budzę się, sprawdzam, co się działo ze światem pod moją nieobecność. Świat przeżył, ze mną gorzej. Ptaki niemiłosiernie hałasują za oknem, a ja leżę w ubraniu na jakiejś kanapie u Piotrka. Solenizant śpi na podłodze, widzę, że odnośnie warunków noclegowych to nie ja miałem najgorzej. Piotrek wstaje i mówi do mnie przepitym głosem: „Sprawdź co masz w kieszeni." Wyciągam z kieszeni dwie łuski po nabojach, a Piotrek z grobową miną mi oznajmia: „Było wczoraj dwóch policjantów, zabiłeś ich. Musiałem pozbyć się ciał".

Gdyby nie, to, że pamiętałem, że jedną z atrakcji urodzinowych Piotrka było wyjście na strzelnicę, to bym się przeraził. Rzeczywiście była wczoraj policja i w ramach prezentu urodzinowego dała Piotrkowi sto złotych, za zakłócanie ciszy nocnej. Ja zostałem namówiony żeby wyjść i przytulić panów policjantów, na co zbyt ochoczo przystałem. Na szczęście jednak powstrzymały mnie drzwi, które były zbyt zamknięte, bym je sforsował w stanie w którym byłem, więc na stu złotych się skończyło. Na szczęście.

czwartek, 20 marca 2008

Dzisiejsza notka jest wyjątkowa. Standardowy tekst został zastąpiony przez podcast , lub też jak to kominek mówi notkę głosową, którą popełniłem inspirowany butelką mołdawskiego wina i szampanem. Idea jest prosta: możecie to nagrać na odtwarzacz mp3 i słuchać w siłowni, w drodze do pracy, lub obierając ziemniaki.

W poniższym linku znajdziecie między innymi:

  • Przepis jak należy pić absynt
  • Lap Dance (lepszy niż w Grindhousie)
  • Szczyptę seksu
  • Gościnne wspominanego Cyca
  • Trochę głosu tJednego

Warto dodać, że asystowała mi urocza Ola, a cała audycja podlana jest tak jak lubicie dużą dawką alkoholu.

UPDATE 

Pierwszy dźwięk: Jak pić Absynt - czyli tjeden.blox.pl głosowo Teraz już powinno działać. (plik ma koło 28Mb).

Miłego słuchania! :)

niedziela, 06 stycznia 2008
  • Nie należy robić zakupów, na kilka godzin przed sylwestrem. Zapamiętać. Gdy wybrałem się do pobliskiego Reala, odniosłem wrażenie, że połowa Chińczyków przebrała się i przyjechała tutaj robić sztuczny tłum. Druga połowa musiała pojechać do Tesco. Myślę, że klikudziesięciominutowe kolejki przed kasami (tych przy stoisku z alkoholem nawet nie liczę) zaowocowały kilkoma dobrymi znajomościami, a pewnie w przyszłosci i jakimś małżeństwem.
  • Normalne imprezy wyglądają podobno tak, że gospodarz przygotowuje jedzenie, a goście przychodzą do niego. Tym razem polegało to na tym, że goście przygotowali jedzenie, a gospodarz po nich pojechał. Dosłownie.

  • Asia z Cycem przygotowali surówki (które dojadałem potem jeszcze przez kilka dni), pyszne ziemniaczki i mielone w fantazyjnych kształtach. "Ten jest w kształcie penisa" "Nie, to nie penis, to literka T." Był nawet podobno mielony w kształcie sierpa i młota. Podobno, bo ja widziałem tylko gwiazdkę.

  • Gdy wszyscy dostali swoje kielonki, Ruflordowi przypadł w udziale jedyny, który był większy niż pozostałe. Na pytanie, czemu dostał taki duży kielonek, odpowiedziałem, że to dlatego, że Ruflord jest lepszy, na co usłyszałem radosne: "Olo lubię Cię. Mogę mieć to na piśmie?"

  • Stare hity w stylu Macareny, Mr.Bombastic są lepsze. Jak i karaoke przy Chłopcach Radarowcach. "Kochaj mnie w tej koniczynie", też wywołało furrorę.

  • Rok zakończyłem tańcząc Madonnę, a następnie Kalinkę (Kalinka, kalinka, kalinka maja! W sadu jagada malinka, malinka maja...). Spodnie się nie rozpruły.

  • "Ja wam nie pozwolę tego pić." - mówiła Ola wylewając o północy szampana (przywiezionego z Rosji, w cenie poniżej czterech złotych). Żaden z nas nie miał fajerwerków, ale dość skutecznie pocieszyliśmy się, gdy Rufjan doszedł do wniosku, że Ci, którzy puszczają sztuczne ognie musieli za nie zapłacić, a my mieliśmy to wszystko za darmo.

  • Oli kurczaczki i sałatka dopełniła Olonalia, na tyle, że jedzenia mieliśmy tyle co małe wesele. A wszystko podkreślił przygotowywany według staropolskiej, tajnej, przekazywanej z pokolenia na pokolenie receptury, Żur. Ruflord przywiózł cały gar i chwilkę po północy, każdy dostał czubaty talerz, z pływającym jajkiem i kiełbaską. Jako pierwszy posiłek w nowym roku sprawdził się świetnie. Prawie.

  • Absolut Kurant, mimo, że jest niekacowy, nie nadaje się do picia. Zapamiętać. Dlaczego jest niekacowy? Wyobraźcie sobie imprezę w tym momencie, w którym część osób myśli już tylko o tym jak znaleźć się w domu, a pozostała częśc rozgląda się jeszcze za czymś co nadaje się do picia i nie jest rozpuszczalnikiem. Jedna z osób cicho i dyskretnie wychodzi do toalety, bo czuje, że żurek rozpaczliwie próbuje wrócić do świata. I w chwili gdy z resztkami gracji, klęka nad sedesem, piosenka się kończy, muzyka cichnie i wszyscy zgromadzeni słyszą, jak ktoś w ubikacji energicznie wylewa pomyje z kubła.

  • Podobno moją imprezę pokazywano w TVN, taka była najlepsza. Tak usłyszałem, ale nie skomentuję, bo TVN nie oglądam. Nie mam telewizora.

A dwa dni później pojechałem znów na uczelnię. Na barbarzyńską ranną godzinę, przez co musiałem wstać wcześnie i tłuc się metrem, razem ze stadem ludzi pierogów. Zdziwienie. Na wydziale było dziwnie pusto, szatnia była zamknięta, a po korytarzach kręciły się nieliczne sprzątaczki. Rozumiem, że można zaspać na kolokwium, nie wiedzieć, że jest egzamin i nie przyjść, zapomnieć o wykładzie. Ale przyjść do szkoły, gdy ma się dzień wolnego?

poniedziałek, 29 października 2007
Wydarzenia wczorajszego wieczoru wymagają paru słów wyjaśnienia. Jeśli ktoś przypadkowy przeczytałby poniższą relację, mógłby mieć o nas złe zdanie. A wbrew temu, co można wywnioskować, jesteśmy w miarę normalną młodzieżą. Mamy poglądy, dyskutujemy o książkach, ekonomii, polityce, czasem nawet o sztuce (jeśli nowy teledysk Dody, to sztuka). Zajmujemy się czymś więcej niż oglądaniem filmów Tarantino i piciem alkoholu. Generalnie jesteśmy kulturalni, niektórzy z nas wiedzą jak zawiązać krawat, nie przeklinamy zbyt często i zdecydowanie ustępujemy miejsca staruszkom w metrze. Charakter tego bloga, nakazuje mi jednak pisać o tej naszej, nieco mroczniejszej naturze...

Od razu po telefonie od Ruflorda: "Rozpalaj grilla, wjeżdżamy za piętnaście minut.", wziąłem się do rzeczy. Trochę węgla, morze rozpałki, jedna zapałka i już po chwili ruszt radośnie grzał się nad ogniem. Przedwcześnie. Gdy usłyszałem domofon jakąś godzinkę później, grill swoje najlepsze minuty miał już za sobą. Od progu dostałem od Ruflorda i Rufjana po butelce z piwem. Pustej i przed chwilą wypitej. Do wyrzucenia. Wpadł Buczek i się zaczęło.

Normalny Światowid, to cztery kolejki, na cztery strony świata. Tym razem dodaliśmy też kierunki pośrednie. Podwójny to osiem. Zero siedem, przeczytane przez czterech (Ola nie pije), w czasie poniżej trzynastu minut to jednak zbyt szybko. Rozbijanie karczków, gdy nie ma się młotka, to niełatwe zajęcie. Używając swojej dłoni, dobrze poradził sobie z tym Rufjan, nieco gorzej Buczek, który robił to, przez foliowy worek. "Nie musisz jebać przez worek." - stwierdził rzeczowo Ruflord, co ja uzupełniłem "Buczek. Jak masz tabletki, to nie musisz jebać przez worek "

Czytaliśmy dalej, Ruflord zgrillował karczki, ja spaliłem grzanki, zapojka zaczęła znikać w zastraszającym tempie.
- Buczku, kupiłeś sok? - padło pytanie, bo coś napoju było mało.
- Kupiłem trzy cytryny.
- Ale to jest gazowane. - zdziwił się Ruflord.
- Nie, kupiłem trzy cytryny. - Buczek twardo obstawał przy swoim.
- Ale jest taki napój gazowany, trzy cytryny się nazywa. Gazowany. - wyjaśnił Ruflord.
- Kupiłem trzy cytryny. - magiczna mantra.
- Czekaj, czekaj, to ja tu czegoś nie rozumiem. Kupiłeś takie normalne trzy cytryny, takie żółte? - Rufjan nie mógł opanować zdziwienia.
- No meen, dokładnie.
- A na huj?
Okazało się, że Buczek miał zamiar zaserwować nam siwuchę, na sposób tequilli (czyli z cytryną i solą). Cytryny kupił wcześniej, ale w monopolowym zabrakło siwuchy, więc pomysł upadł, a on kupił nemiroffa. Mogliśmy sobie co najwyżej lemoniadę zrobić.

Potem było już tylko gorzej. Gdzieś Buczek zapytał się, który dzisiaj jest. "Niepłodne." Odpowiedział Ruflord. Prosto z konkursu w Poznaniu, dotarł Cyc. Czubata szklanka wódki, na powitanie (chleb i sól też była), przybliżyła go do naszego stanu. Usłyszeliśmy o mistrzach świata w programowaniu zespołowym i świetnym lachonarium z stolicy Wielkopolski. Uznałem, że Oli jest smutno, bo nie pije, więc zrobiłem jej kisiel (smutno ci, może kisiel?). A potem zatańczyłem greka zorbę. Sam.

A potem poszliśmy szukać Asi, bo nie mogła do nas trafić. A potem kupiłem hot-doga na Statoil. A potem poszedł Buczek. A potem przyszła Asia. A potem leżałem na trawie. A potem biegł do mnie Rufjan. A potem się zderzył i upadł na samochód. A potem kopnąłem go dwakroć. A potem się obraził i pojechał z Olą i Ruflordem. A potem zatańczyłem z Asią i Cycem greka zorbę. A potem jakiś psychodeliczny kawałek Iggiego Popa, tylko z Asią. A potem się obudziłem sam w pustym mieszkaniu.

Była czwarta nad ranem, słychać było Lindę śpiewającego "już nigdy nie będzie takiego lata", na stole leżało wszystko i kieliszki pod stołem. A potem poszedłem spać.

sobota, 25 sierpnia 2007
Jak się czci urodziny Ruflorda? Wyprawiajac mu Olonalia.

Wiem, że były wczoraj Olonalia. Wiem również, że spóźniłem się na nie jakieś pół godziny (długa kolejka w Realu) i większość ekipy czekała pod drzwiam. Pamiętam pysznego Nemiroffa, wyborną sałatkę i soczystą karkóweczkę. Był Dude, toast za Jana Sebastiana Bacha i Światowid*. Potem był sąsiad nas uciszyć, a potem się upiliśmy. Dość znacznie... Jak zawsze.

Nie było wyprawy do komory Xenu, choć możliwe że o czymś nie wiem. Gdzieś mi majaczą tańce i rozmowy egzystencjonalne o naturze kobiet z Butchem. I w sumie niewiele więcej.

Wiem jeszcze, że dziś wstałem o 6:30 i wciąż pijany potłukłem coś szklanego, a w pociągu przydały się butelka wody i mountain dew.

Opowie mi ktoś Olonalia?


* Światowid - cztery kolejki wódki, które są toastem w ekspresowym tempie, wznoszonym na cztery strony świata. Zwyczajowo rozpoczyna go stwierdzenie Rufjana: "No to Jan Sebastian Bach".

wtorek, 24 lipca 2007

Dnia 07.07.07 widziano trzech osobników płci męskiej, spożywających nielegalnie w tramwaju alkohol. Podejrzani dla niepoznaki przelewali substancję wyskokową, do butelki napoju Cherry Coke. Ze sprawdzonych źródeł wiadomo, że po opuszczeniu tramwaju mężczyźni, udali się do mieszkania jednego z nich, by dalej spożywać alkohol w połączeniu ze smalcem i ogórkami. Podjerzewa się, że chcieli on uczcić trzy siódemki w dacie, trzema 0,7 napoju wyskokowego, jednak z braku odpowiedniego asortymentu w sklepie monopolowym, zadowolili się dwoma 0,5.

Jeśli ktokolwiek widział, lub wie, gdzie mogą się znajdować podejrzani, proszony jest o kontakt z oficer dużurującym całą dobę pod specjalnym numerem telefonu:

0-22 *** *** ***

 

Nadinspektor Mariusz Prońko

Centralne Biurko Śledcze  

vódka tramwajowa 
 
vódka tramwajowa 
 
vódka tramwajowa 
 
vódka tramwajowa 
wtorek, 10 lipca 2007
Najlepsze filmowe hity mają swoje sequele. I sequele, sequeli, a często sequele, sequeli sequeli. Główni bohaterowie pozostają bez zmian, czasem pojawiają się nowi, czasem kogoś zabraknie. Fabuła zawsze jest podobna i wiadomo, czego się spodziewać. Mimo to, chętnie oglądamy kolejne Shreki i Szklane Pułapki, bo po prostu lubimy te filmy, mimo, że kolejne części, mogą się wydawać na pozór identyczne. Z jednej strony jest znajomo i już jakbyśmy to gdzieś oglądali, a z drugiej, zawsze coś nas zaskoczy. Podobnie jest z Olonaliami.

Cyc przychodzi dwie godziny przed czasem, Primosz pół godziny po. Czekanie umilamy sobie oglądaniem spotów "I am Canadian". Poniżej genialna reklama z łosiem. 

Jeśli ktoś jest ciekawy czemu wydarzenia tego wieczoru potoczyły się tak, a nie inaczej, niech obejrzy tę reklamę i koniecznie hymn. A jak się spodobało, to są to reklamówki piwa Molson i jest tego więcej.

Po jakiejś godzinie, nie czekamy już na spóźnialskich i otwieramy pierwszą książkę. Ciekawa, więc popijamy ją sokiem. Przychodzą dziewczyny. (Zawsze to lepiej brzmi, niż przychodzą dwie dziewczyny.) Kasia z Kingą jednak nie reflektują na wspólne czytanie, ale i tak jest sympatycznie. Z ponad dwugodzinnym poślizgiem pojawia się reszta ekipy. Rufjan, Ola i Ruflord mieli zorganizować catering. Przywiezienie kilku karczków, paru warzyw i grilla bez rusztu ciężko nazwać pełnym sukcesem. Problem grilla rozwiązuję wykorzystując ruszt z mikrofalówki (co z niego zostało to osobna kwestia). Do sałatki, którą ma zamiar przygotować Ola potrzebujemy kukurydzy. Owszem, mamy trzy puszki, ale ponieważ ja jem tylko świeże produkty, nie mam na stanie otwieracza. Ostry nóż, trochę uporu i wytrwałości załatwiają sprawę, choć reszta osób patrzy się na mnie, tak jakbym co najmniej próbował w piwnicy pełnej benzyny, przerabiać niewypały na petardy noworoczne.

Grill się smaży, my czytamy książki (których jest dość sporo, bo ledwo się w biblioteczce mieszczą), sałatka okazuje się bardzo dobra, mięsko później też. Denerwuję się na Rufjana, który spóźnił się niemiłosiernie, wziął grill, ale zapomniał rzeczy podstawowej, a teraz siedzi i tylko marudzi. Pół szklanki pełnej liter uspokaja moje nerwy i o wszystkim zapominam. Wkracza Piotrek, lodołamacz niewieścich serc. Ponieważ, my jesteśmy już po dużej dawce literatury, dostaje karniaka. Szklanka najlepszej poezji z trudem, ale przechodzi przez jego gardło. Chyba robimy Piotrkowi krzywdę, ale to się okaże dopiero później.

Potem jest tak sequelowato, jak w szóstej części Akademii Policyjnej. Jest madonna (nie wiem, co się moim znajomym podoba w tym, jak robię z siebie głupka), jest dużo czytania, przychodzi sąsiad, żeby trochę ciszej (zawsze przychodzi, chyba go w końcu zaproszę), czytamy dalej. W pewnym momencie kładę się na chwilę odpocząć, a już mi ktoś przynosi kołderkę, poduszeczkę... odpływam.

Budzę się po jakichś dwóch, trzech godzinach, zdziwiony, że spałem. Jak dowiedziałem się później od Kasi w międzyczasie wydarzyło się dużo. Impreza przeniosła się z ogródka pod dach, była wyprawa do komory Xenu (winda), szaleńcza eskapada po węgiel, a nawet disco, przy muzyce z YouTube. Rufjan jeździł po pokoju na małej żółtej kosiarce (wszędzie została trawa), a Ruflord udawał, że umie grać na gitarze (nikt mu nie uwierzył). Podobno chciano mnie przenieść do sypialni, ale Cyc ostrzegł obecnych, że lepiej się do mnie zbliżać, bo w takim stanie wstępuje we mnie bestia: gryzę, kopię i molestuję. 

Ponieważ moja relacja jest z drugiej ręki, tu zamieszczę wspomnienia Ruflorda:

It was a hard day's night, znowu...
Zaczęło się klasycznie, spóźniliśmy się do Tjednego dwie godziny. Zaczęli wódkę bez nas...no cóż. Tak bywa jak się człowiek spóźni. Wkroczyliśmy dumnie z grillem, odpaliliśmy, poleciała wódka.
Po jakimś czasie Tjeden wyraźnie osłabł biedny. Coś tracił moc. Niczym powietrze z przedziurawionej napompowanej prezerwatywy - siła z Tjednego uszła. Opadł bez czucia na wyrko.
Procedury awaryjne nakazują ustalić stan osłabniętego, zadać pytania czy będzie rzygał, czy podstawić michę, czy przenieść do wyrka.
Na wszystkie pytania Tjeden udzielił odpowiedzi przeczącej. Poszedłem lufkę skonsumować i wzmocniony tym wspaniałym napojem uznałem, że chyba należy człowieka przykryć kołderką.
Tak zapadł nasz niedźwiedź w sen zajebisty.
Po kilku wódkach (kilku BUTELKACH, żeby nie było nieporozumień) znalazłem z Rufim kosiarkę i gitarę.
Co można zrobić jak kolega nietrzeźwy śpi, obok w pokoju stoi kosiarka i gitara? No wiadomo...
Rufi wjechał do pokoju z kosiarką, ja wkroczyłem z gitarą. Tekst miałem wymyślony w przerwie między zakładaniem gitary a wykonaniem pierwszego kroku...
Tak odśpiewaliśmy odę ku czci nietrzeźwych gospodarzy którzy słodko śpią, podczas gdy swawolni goście jeżdżą kosiarkami po ich mieszkaniach. 

I tak jak się budzę, to po chwili wszyscy opuszczają imprezę. Oto co się stało w drodze powrotnej w Oli samochodzie marki Dogde Nexia. Ola prowadziła, a Rufjanowie z Piotrkiem, przy użyciu zabranego ode mnie szkła raczyli się wziętą ze sobą książką. Do czasu, gdy Piotrek powiedział, że mu niedobrze, po czym był głośny pisk, hamowanie i Ola kazała Piotrkowi opuścić pojazd, co też posłusznie uczynił. Na szczęście, bo mycie tapicerki, do najprzyjemniejszych czynności nie należy.  Koniec opowieści.

Zostaję sam z Cycem. Co może robić dwóch facetów w środku nocy? Oczywiście grać i śpiewać "Przepijemy naszej babci domek mały" i inne hity z przeglądu piosenki biesiadnej w Połęcku koło Krosna Odrzańskiego. Wódka się kończy i praktycznie mamy już iść spać, gdy któryś z nas wpada na pomysł, że to nie koniec, a dopiero początek i wybieramy się do jakiegoś klubu. Zważywszy na nas stan, pomysł dość karkołomny. Jak to skomentował później Rufjan: "Jak to poszliście? Przecież ty ledwo stałeś na nogach!" Zostawiamy wiadomość Ruflordowi, że ruszamy na miasto i wychodzimy.

W metrze zaczyna rozmawiać z nami, jakiś człowiek, który twierdzi, że rok spędził w Australii, a dziś się wybiera na jakąś imprezę. To tak samo jak my, więc oferuje się, że zaprowadzi nas do Jadłodajni Filozoficznej i tam jest świetnie i na pewno będziemy się dobrze bawić. Po wyjściu z metra częstuje nas piwem. Bawimy się zatem świetnie: my śpiewamy Kandyjski hymn Molsona, on nas prowadzi w jakieś przeklęte rewiry i w pewnym momencie traci orientację. Jacyś ludzie wskazują nam drogę, która podążamy. Towarzysz się odłącza, uważa, że do Jadłodajni jest w drugą stronę. To jednak my trafiamy na miejsce, a w międzyczasie inspirowani obejrzanymi reklamami i South Parkiem ("It's aboot time..."), uznajemy, że Cyc będzie udawał mojego kolegę z Kanady. Aby być w pełni wiarygodny, Cyc wymyśla historię swojego życia, że się wychował w Kanadzie, a teraz przyjechał na studia. Zmienia ustawienia w komórce na angielskie i odtąd rozmawiamy już tylko w języku Szekspira. Co jest średnim pomysłem, bo o ile normalnie Cyc mówi tak, że go ciężko zrozumieć, to po pijaku i angielsku, jest to prawie niemożliwe.

Jadłodajnia całkiem sympatyczna, do tego klimat dość kosmopolityczny. Okazuje się, że pomysł z udawaniem Kanadyjczyka, był słaby, bo tu spotyka się prawdziwych Hindusów i wiele innego narodu. Cyc jednak się trzyma scenariusza, zamawia piwo ("It's from Dojlidy!") i bawimy się wybornie. Po piwie tańce, potem kolejne piwo, kolejne tańce. Próbuję zagadać do jakiejś dziewczyny, ale potok słów wylewający się z moich ust, nie ma chyba najmniejszego sensu i jednym słowem niezbyt dobrze mi to wychodzi. Jakaś dziewczyna pyta Cyca, z jakiej jest prowincji i czy mówi po francusku. Tu już nasz misterny plan zawodzi i nie wiemy co odpowiedzieć.

Wychodzimy na zewnątrz, gdzie jest już jasno i na ławce przed klubem wtłaczamy w siebie ostatnie piwa. Następnie bierzemy się pod ramiona i zataczając się obficie, opuszczamy upadającą imprezę, wykrzykując, że Cyc jest z Kanady. Cała sytuacja budzi śmiech u osób postronnych. Ale najważniejsze, że my się dobrze bawimy.

Po kilku krokach i krótkiej dedukcji, dochodzimy do wniosku, że musimy być gdzieś na Powiślu, ale gdzie to nie mamy zielonego pojęcia. Znajdujemy zatem skrzyżowanie, z wypisanymi nazwami ulic, Cyc zamawia taksówkę na to skrzyżowanie i udajemy się do jego mieszkania. Drugi raz byśmy tam nie trafili i do dziś nie jesteśmy pewni, gdzie wtedy zawędrowaliśmy.

Budzę się koło 14 w Cycowej kuchni. W telewizorze słychać głosy z Cartoon Network, a ja się czuję nawet nie najgorzej. Co prawda gorzej, niż po imprezie dzień przed Olonaliami, ale bez takiego kaca, jak dwa dni wcześniej, gdy podali nam zatrute piwo w City. Odbieram kilka sms'ów wyrażających obawę, czy oby jeszcze żyję i gdzie po pijaku na miasto się wybrałem. Po jakimś czasie Cyc dochodzi do siebie. Jak najlepiej nabrać sił po całonocnej imprezie? Jedząc a really tasty burgera w Burger King'u. Wybieramy się więc do centrum, na obiad, rozstajemy się potem pod metrem. Około siedemnastej osiągam dom. I gdy jestem, tuż przed drzwiami przypominam sobie, że trzeba posprzątać po grillu, a ja nie mam ani kropli płynu do mycia nauczyć. O zapachu, który mnie uderza, po otwarciu drzwi chyba nie muszę mówić...

niedziela, 17 czerwca 2007
Niektóre pobudki w życiu człowieka, są wyjątkowe i zwiastują naprawdę dobry dzień. Na przykład można tak napisać o gorących ustach kobiety, które pod kołdrą, zaczynają cię budzić o świcie. Co prawda, akurat w tę sobotę mnie taka przyjemność nie spotkała, ale też było przyjemnie.

Budzi mnie sms. Zerkam na zegarek. Parę minut po trzynastej, uwielbiam sesję. Patrzę, kto czegoś ode mnie chce, o tak barbarzyńskiej porze. Rufjan pisze, że o 18 u niego jest dziś mała imprezka i że muszę przyjść. Cudownie, nie mogło być lepiej. Do 17 udaje mi się wziąć prysznic, zjeść śniadanie i lekki obiad (sałatka grecka), wypić jedno piwo, a potem pozmywać. Na spotkanie z Primem i Kasią, spóźniam się zwyczajowy kwadrans. Po godzinnej podróży, wysiadamy po drugiej stronie miasta, gdzie pod Kerfurem, już czeka na nas Rufjan, z którym odbieramy Ruflorda z przystanku autobusowego i idziemy na zakupy, gdzie bez problemu, przy stoisku z piwem odnajdę nas Buczek.

Hmm, zakupy, to brzmi dumnie. U nas ograniczają się do kilku zgrzewek piwa, paru paczek czipsów i butelki Warny, białej, półsłodkiej, którą mam zamiar wypić z Kasią. Pomysł, by choć raz zrezygnować na imprezie z wódki, na rzecz piwa, jest prawdę mówiąc średni. Po pierwsze butelka wódki jest lżejsza, niż osiem piw i łatwiej po prostu ją donieść na imprezę, a po drugie nie ma jak wypić Światowida (czyli czterech kolejek wódki, które są toastem w ekspresowym tempie, wznoszonym na cztery strony świata).

Rozpoczynam piwem, potem dostaję Krwawego Rufjana. Czyli wódka plus lift jabłkowy plus cytryna. Całkiem dobre. Ponieważ gospodarz nie ma korkociągu (barbarzyńca), wygania mnie do łazienki z butelką wina, i drewnianą łyżką. Numer z odcięciem szyjki nie przechodzi, nikt nie podziela mojego entuzjazmu, że to proste, łatwe i bezpieczne. Kończę zatem, oblany winem w kroku, po tym jak wepchnąłem korek, a wino uleciało w górę. Ściany łazienki też podobno ochlapane, ale kto by się tym przejmował?

Wino szybko się kończy, piwa idą też w dobrym tempie. Nastrój imprezowy mi się udziela. Podsyca go Ruflord, który dumnie wkracza w czarnej koszulce. Ale to nie jest zwyczajna, czarna koszulka, tylko taka z elektronicznym licznikiem na przedzie. Takim jak np. na budziku, lub innym zegarku. Cyferki cały czas się zmieniają, a co minutę licznik się zeruje. Wrażenie jest niesamowite, idealna na imprezę. Od razu zaczynamy snuć domysły, co ta koszulka odlicza. Dochodzimy do wniosku, że, jest to koszulka arabskiego terrorysty, choć po zapoznaniu się z historią tej koszulki, uznaję, że licznik przypomina nam, że co minutę ginie kangur, a my możemy go uratować jeśli wypijemy co minutę kieliszek wódki. I tej wersji się będziemy trzymać.

Dlaczego, akurat kangur? Ruflord ma znajomego, w Australii, który ostatnio odwiedził Europę, między innymi po to, by pokazać tę koszulkę na jakichś targach reklamy w Hanowerze. W drodze powrotnej zawitał do Warszawy, zatrzymał się na jakiejś kwaterze przy Nowym Świecie, dokąd zaprosił Ruflorda, wraz z kilkoma znajomymi. A, że był w Polsce, to trzeba było się napić wódki. Ponieważ nie było kieliszków pod ręką, nalano wódki, tak z 3/4 szklanki. Ruflordowe oczy zrobiły się wielkie, niczym dwuzłotówki, ale ponieważ, to twardy zawodnik, wziął głęboki oddech, wstrzymał powietrze i dzielnie przełknął 3/4 szklanki wódki. Dopiero po chwili spostrzegł, że oczy znajomych zrobił się okrągłe jak pięciozłotówki. Okazało się, że oni, ledwo umoczyli usta i mieli zamiar sączyć wódkę jak whiskey. Nic dziwnego, że po takim pokazie Ruflord otrzymał na własność lanserską koszulkę.

Piwa mijają szybko, jak jesienne dni. Podpuszczony przez towarzystwo, zaczynam wykonywać własną wersję "Hang up" Madonny. Idzie mi całkiem nieźle, do momentu, w którym moje spodnie w wyniku ekscesów, nie wykonują głośnego "pfffr" i od pośladków, do połowy uda, nie tworzy się wielkie rozdarcie. Nieco wybija mnie to z rytmu Zresztą, poniżej możecie docenić piękno mojej choreografii. (Pod koniec w tle pojawia się Ruflord z koszulką.)

 

Potem jest już spokojnie. Oglądamy 300. Pijemy piwo. Rufjan na wszystkich krzyczy, że jesteśmy głośno, nawet gdy nikt się nie odzywa. Nie jestem jeszcze bardzo pijany, gdy wszyscy zaczynają się ewakuować. Jak wszyscy to i ja. W metrze zapominam, że przez dziurę w spodniach doskonale widać moje bokserki, ale chyba nikt nie zwraca na to uwagi. Osiągam dom, spać. Choć plan dnia, którym było porządne upicie się, nie wypalił, to i tak było przyjemnie. Koniec i bomba, kto nie pił piwa, ten trąba.

sobota, 02 czerwca 2007
Upiłem się raz w życiu. Dwa lata temu. I nie mam zamiaru tego powtarzać. Poniższa wyczerpująca relacja stanowi przestrogę, jak nie należy myśleć, pić i ogólnie zachowywać się.

Pub Student
Czerwiec, ostatni egzamin z fizyki ogólnej. Na ten dzień planowałem wyzerowanie się, po pierwszym roku i uczczenie w wielkim stylu początku wakacji. Prawie się udało.

Dochodzi jedenasta, egzamin skończony, idziemy do Studenta na piwo. Parę kolejek w słonecznym, zatłoczonym barze. Smakuje wybornie. Lekko podchmielony, opuszczam bar i jadę do kina Femina. Od dawna myślałem o powtórnym obejrzeniu "Zemsty Sithów" po skończonych egzaminach, co właśnie postanowiłem uczynić. Bitwa na początku podoba mi się jak za pierwszym razem, cały film zresztą też. Wsiadam w tramwaj, wracam do Studenta...

Łyski
...gdzie część ekipy wciąż raczy się piwem. Czuję, że w kinie wytrzeźwiałem i po chwili do nich dołączam. Słońce przechodzi w późne popołudnie. Jesteśmy umówieni na wieczór u Rófjana na kwadracie, tymczasem wracam do domu. Robię spaghetti, zjadam je. Biorę ze sobą z półki Whiskey i wychodzę. Nie jest to jednak taka Whisky, jaką szkoccy lordowie pijają w swych zamkach. Nie, ta którą mam powinna się nazywać łyski. Na etykiecie ma nadrukowane dumne: "Made in Polmos Sieradz", ale gdyby sądzić po smaku, równie dobrze mógłby ją wyprodukować pan Antek spod Biłgoraju. Mój współlokator Spaik, dostał ją od Krawca, kilka miesięcy wcześniej. I przez te miesiące kilkakrotnie próbowaliśmy się od niej dobrać. Bezskutecznie. Analizując walory smakowe, aż dziw, że uchowało się jej tak mało (coś koło pół butelki). Praktycznie jedna jej szklanka potrafi opróżnić zawartość żołądka, niemniej dziś mam zamiar skończyć butelkę. Zresztą Spaik zostawił mi ją, gdy się wyprowadził, a że ja się wyprowadzam jutro, to szkoda, żeby się zmarnowało.

Saska Kępa
Jadę kilka przystanków autobusem i wysiadam na Saskiej Kępie. Pojawiają się trzy symptomy zwiastujące nadciągającą klęskę. Jednak ich nie dostrzegam. Po pierwsze, mimo kilku piw w Studencie czuję się całkowicie trzeźwy. Dochodzę zatem do wniosku, że dziś jestem nieśmiertelny. Nie jest to chyba do końca prawdą. Po drugie, skoro jestem nieśmiertelny, a do następnego egzaminu we wrześniu, mam co najmniej dwa miesiące, mam ochotę się upić. Nie, nie upić. Sponiewierać. Wyzerować jak Jan Mazoch w Zakopanem. Po trzecie, mam ze sobą nieszczęsną łyski. Nikt mnie jednak nie ostrzega, więc radośnie sunę naprzód, niczym Titanic, ku górze lodowej.

Spotykam się z Rufjanem, jego kuzynem, Olą, Cycem i Piotrkiem J. Ponieważ droga do bloku daleka, wstępujemy do "Mini Europy". Asortyment nieważny. Kupujemy po piwie, resztę mamy zamiar nabyć w monopolowym. W drodze do Rufjanowego kwadratu, chwalę się wszystkim przyniesioną łyski. Po powąchaniu zapachu dobiegającego z butelki wszyscy okazują się sceptyczni. Skoro nie chcą ze mną skosztować sieradzkiego wyrobu, wypiję sam. Przechylam butelkę i z piję z gwinta. Dużo. Dużo za dużo, jak się miało potem okazać. Prawie mi się ulewa, jednak piwo do popicia pomaga. Z dezaprobatą patrzę na to co pozostało w butelce i zostawiam na później. Niewiele, ale może się jeszcze przyda.

Wjeżdżamy windą na siódme piętro, skąd rozpościera się piękny widok. Niestety dziś inne bloki go zasłaniają. Mimo wszystko rozkoszujemy się widokiem. Puszkę piwa wypijam tak szybko jakby to były zawody. Prawie udaje mi się zabić niesmak po łyski. Zostawiamy rzeczy w mieszkaniu i udajemy się do monopolowego. Po drodze nie jest już ze mną najlepiej. Jest wręcz tragicznie. Przypomina mi się "Ukryty chińczyk, przyczajony tajwańczyk" i staram się biegać po ścianach, tak jak oni. Biorę rozpęd, biegnę dwa kroki po ścianie i o dziwo nie spadam. Choć do końca nie jestem pewien. W drodze do sklepu mijamy bar i ogródek piwny. Tylko głupi by nie skorzystał. My korzystamy, wypijam jakieś dwa piwa, może więcej może mniej, nie wiem. Zbieramy się. Ktoś coś kupuje w monopolowym, ja chyba delikatnie sugeruję wino, ale nie wiem, czy mnie nikt nie rozumie, czy nie słucha, w każdym bądź razie wina nie kupujemy.

Finał
Dalej opowieść staje się rozmyta i nieostra, do dziś do końca nie ustaliłem co się działo później. Wracamy do Rufjana. Po drodze jakieś piwo na mostku, nad płynącym pod blokiem ściekiem. Romantycznie. Siadamy na murku pod klatką. Wyciągam komórkę i popełniam smsa'a do Torianne w stylu: "Kocham cie, jesteś moją ukochaną, kocham cie" z tym, że trochę mniej składnego i co druga literka jest nie na miejscu. Nie wiem jak Torianne, po tym smsie od razu poznała, że jestem pijany? Siódmy zmysł, czy co?

Okazało się, że ktoś kupił żołądkową gorzką i mnie nią teraz częstuje. Biorę butelkę i piję z gwinta. Raz mi się zdarzyło pić wódkę jak wodę mineralną i to było właśnie wtedy. Nie czuję obrzydliwego smaku, tylko wlewam w siebie ciecz pełną alkoholu. Gdy w końcu kończę, miny towarzyszy nie wyrażają aprobaty. Słaniam się w windzie, ale jakoś osiągam siódme piętro. Zalegam na fotelu i tu film się urywa...

Najgorszy poranek ever
Budzę się. Jestem w ubraniu, we własnym łóżku, do tego pościelonym. Świetnie. Wstaję. Mniej świetnie. Siadam na krześle, błędnymi oczyma lustruję pokój. Mój wzrok zatrzymuje się na łóżku, na środku którego widzę jakąś kolorową plamę. Kurwa, jestem na siebie wściekły. Ziewałem w technikolorze, po pijaku. Człapię po jakaś wodę do picia, wypijam, idę do łazienki, wymiotuję, płuczę usta, biorę prysznic, wymiotuję, płuczę usta, wracam do pokoju. Zabieram się do ocenienia strat. Pościel, spodnie, ściana i podłoga obok łóżka zapaskudziłem. Źle. Router, który stoi obok też. Bardzo źle. Coś z tym trzeba będzie zrobić. Nie bardzo mogę myśleć, pochłaniam znów wodę. Która godzina? Sprawdzę na komórce. Hmm, nie mam komórki, hmm nie mam portfela. Kurwa mać. Szukam, nie znajduję. Okradli mnie, a raczej sam się dałem obrobić, pewnie zostawiłem wszystko w taksówce. Jo żem sem debil. Wypijam wodę, myję zęby i jadę na wyniki wczorajszego egzaminu.

Pod gmachem fizyki spotykam wszystkich imprezowiczów. Dowiaduję się co wczoraj się działo i że praktycznie wróciłem do domu koło 22. Okazuje się, że Ola przechowała mój portfel i komórkę. Całe szczęście, bo pewnie bym zgubił. Włócząc nogami idę pod salę, szukam siebie na liście. Cholera, dwója. Trzeba będzie iść do profesora, dowiedzieć się czemu i poprawić od ręki. Wchodzę do gabinetu, znajduję swoją pracę. Jest drugie zadanie całkowicie źle. Profesor pyta mnie co ja tu napisałem i dlaczego to jest źle. Ja myślę, znaczy się udaje że myślę, bo myśleć nie mam siły. Telefon do profesora. Profesor wychodzi i każe mi się w międzyczasie zastanowić jak powinno być to rozwiązane poprawnie. Zostaję sam w gabinecie ze swoją pracą. Na biurku przy którym siedzę leżą egzaminy innych, również te poprawne. Nieśmiało zaglądam w któryś, ale już wiem, że i tak nie jestem w stanie niczego zrozumieć. Głowa boli niemiłosiernie, z żołądka dochodzą niepokojące sygnały, a ja siedzę zrezygnowany, podczas gdy ostatnia szansa uniknięcia poprawki przepływa mi między palcami. Wraca profesor, mówię mu szczerze, że nie wiem jak rozwiązać to zadanie, on zaprasza mnie na wrzesień, żegnamy się. Wychodzę przed gmach i wtedy dociera do mnie, że problem polegał na tym, że trzeba było całkować po obwodzie, a nie po polu. Jo żem sem debil. Idę do biblioteki. Mówię, że chciałbym przedłużyć, te sześć książek z fizyki, co to je wypożyczyłem. Pani mówi, że nie ma problemu, ale muszę jej najpierw pokazać te książki, a ona mi je wtedy znów wypożyczy. Pytam czy nie da się inaczej, bo książki ciężkie, a ja też nie bardzo mam siły i ochotę tachać torbę z książkami (każda średnio po kilkaset stron, w twardej oprawie), przez całe miasto. Nie, niestety nie da się inaczej.

Liczenie strat, grzebanie zmarłych
Wracam do domu, wpierw udaję się do łazienki. Potem, płuczę usta, robie sobie śniadanie. Połykam dwie bułki z serem, biorę butelkę wody i kładę się na łóżku. Po chwili znów biegnę do łazienki. Potem płuczę usta, wracam, kładę się, w mojej głowie odbywają się nieustające eksplozje jądrowe. Znów do łazienki. I tak przez najbliższe parę godzin. Zostawiam drzwi do łazienki i do pokoju otwarte, bo po co je co chwila zamykać i otwierać? Trochę dochodzę do siebie. Biorę się za mycie ściany i podłóg, pranie prześcieradła i dywanu. Jak umyć włączony router? Również wodą, chyba nic mu się nie stanie. Ogarnąłem pokój, ale wciąż widać ślady wczorajszej nocy. Na szczęście wyprowadzam się dziś, oddam właścicielce klucz i nie będzie mnie już więcej na oczy widzieć. Bo wstyd trochę. Zawożę książki do biblioteki i przedłużone przywożę z powrotem. Torba oczywiście ciężka jak diabli.

Dochodzi wieczór, zjadam zupkę chińską. Nie służy mi długo, bo znów biegnę do łazienki. Rodzice przyjeżdżają zabrać moje rzeczy. Zaczynam się zatem pakować. Tłumacze im, że miałem to zrobić wcześniej, ale nie miałem ani czasu, ani sił. Zabierają mnie na jedzenie. Zamawiam naleśniki na słodko. Pierwsza potrawa od wczoraj, która nie poszła na zmarnowanie.

Drugi poranek
Jest siódma rano. Zatrzymuję się w barze przy stacji benzynowej, na trasie Warszawa - dom. Czuję, że jestem głodny, zamawiam więc na śniadanie jajecznicę, a do tego frytki. Zjadam, wsiadam do samochodu i zaczynam czuć, jak najgorszy kac w życiu odchodzi w niebyt.

I to prawie wszystko. Relacja byłaby jednak niepełna, gdybym pominął pewne, dość istotne, wydarzenia z samej imprezy. Zatem jak już przez to przebrnęliście, to na koniec spojrzenie z innej, nieco ciekawszej strony.

Relacja Ruflorda
It was a hard day's night - powinienem wtedy powiedzieć. Ewentualnie zacząć nosić spadochron na imprezy i także powiedzieć - it may be a hard day's night. Zaczęło się niewinnie jak na spotkaniu dziewczynek z kółka różańcowego. Kupimy sobie parę piw, napijemy się na lokalu u Rófjana, będzie najlepiej. Rófjan, zanim wyprowadził się na Hawaje wynajmował kwadrat na 8 chyba piętrze na Saskiej Kępie. Ósme albo siódme? Jakoś tak było.

I spotkaliśmy się w składzie, który obecnie jest składem regularnym. Lato było, sesja lub po sesji - humory wspaniałe. Kupiliśmy piwo i szliśmy na ten kwadrat wysoki. Po drodze Tjeden podciągał z butli jakąś politurę i był szczęśliwy. Piwo pił, politurę, pił i się cieszył. I pocił.

Dotarliśmy na lokal. Wysoko było, to jeszcze przy windzie zostało odemknięte po piwie. Gdy skład znalazł się w tej komorze lansu okazało się, że Tjeden jest bardzo szczęśliwy i biega oraz skacze, jest niczym sarenka! Niczym kozica! Niczym teletubiś.

Tu zaczyna się akcja...czas około 22. Stanąłem na balkonie, za plecami miałem towarzystwo i brykającego Tjednego. Pod sobą miałem jakieś 8 czy 7 pięter. Przed sobą pustkę. Stałem, jakieś piwo sobie piłem i nagle zobaczyłem że coś się chyba nie dzieje zgodnie z regulaminem. W moim kierunku krokiem pląsająco-posuwistym zmierzał nietrzeźwy młodzieniec. Miałem jakieś 0,3456 sekundy na reakcję. Zaparłem się mocno o balustradę (przypominam, 8 czy 7 pięter) i na plecach poczułem impet przyjaźni. O kurwa (nie da się inaczej) ale było - wygięło mnie i no nie wiele brakowało a bym się wydostał z lokalu z pominięciem klatki schodowej.

Jak strach minął, wtrząchnąłem kupę ze spodni postanowiłem zastosować wrodzone zdolności. Wszystkich okrzyczałem, przejąłem telefon Tjeden, który w międzyczasie sobie zgasł i wykazywał tylko resztki kontaktu. Tu zeznania świadków się mieszają, zrobił się troszkę burdel, bo jedni mieli wielką bekę z całej sytuacji, inni mieli oczy jak 5 złotych ze strachu, inni w dupie mieli wszystko. Generalnie wyszło tak, że z odebranego telefonu zamówiono taksówkę. Nietrzeźwy kolega został sholowany na parking, gdzie ukłonił się panom policjantom. Taksiarz dostał propozycję - panie wieziesz pan naszego kolegę pod dom i pomagasz mu pan wejść do mieszkania. Taksiarz chyba normalny był, bo się zgodził. Dostał pieniądz i miał za to zapewnić nietrzeźwemu transport niemalże do samego łóżeczka.

I odjechali.

A ja sobie stałem na parkingu i patrzyłem na te 8 czy 7 pięter w górę i myślałem - ale bym kurwa pierdolnął...

 
1 , 2